Dobrze otwierasz, to się nie martwisz; wysoko ustawiona linia obrony; wahadła nie dla nas; kłopoty, kłopoty; ileż można?!, strata Nsame - to najważniejsze punkty po niedzielnej porażce Legii Warszawa 1-2 z Cracovią.
Punkty po meczu z Cracovią
1. Dobrze otwierasz, to się nie martwisz
Legia ma problem ze skutecznością i nie ma sensu tego pudrować. To fakt. Ale jeszcze większy problem tkwi w tym, że to właśnie my pierwsi w wielu meczach stwarzamy sobie świetne okazje, które powinny dawać prowadzenie. Niewykorzystane się mszczą i otwierają rywalom drzwi.

Przykłady? Szkurin w meczu z Arką Gdynia miał piłkę, którą po prostu musiał zamienić na gola. Nie zrobił tego – i cały scenariusz meczu się posypał. Z Cracovią deja vu. Rajović oddaje strzał, bramkarz leży już na ziemi, piłka spada pod nogi Alfareli, wystarczy dołożyć stopę... A jednak – zamiast siatki mamy aut bramkowy.
I wtedy wraca to samo pytanie: co by było, gdyby Szkurin czy Alfarela zachowali zimną krew? Odpowiedź jest prosta – Legia miałaby dziś o pięć punktów więcej. A tak? Zamiast komfortu i spokoju mamy frustrację.
Bo takie sytuacje to nie są pół okazje. To są piłki, przy których napastnik powinien jedynie spytać bramkarza: „w który róg chcesz dostać?”. Wtedy ustawia się całe spotkanie. Problem w tym, że Legia zamiast ustawiać mecze, sama je sobie komplikuje.
2. Wysoko ustawiona linia obrony
Legia w meczu z Cracovią – i nie tylko w nim – grała wysoko ustawioną linią obrony. I trzeba przyznać: to był błąd, który kosztował bardzo drogo.
Filozofia Edwarda Iordănescu jest jasna – obrona ma podchodzić wysoko, agresywnie pressować i odbierać piłkę już w środkowej strefie. Problem w tym, że obecna Legia nie ma do tego odpowiednich piłkarzy. Brakuje stoperów z szybkością i zwrotnością, a bez tego granie na takiej wysokości to proszenie się o kłopoty.

Wystarczy spojrzeć na bramkę straconą z Cracovią. Napastnik rywali ustawił się kilka metrów za linią naszych obrońców, powoli zbliżał się do nich… i wtedy nastąpiła katastrofa. Artur Jędrzejczyk popełnił szkolny błąd – niepotrzebnie wychodził wysoko do środka pola. Jeden prosty przerzut obok niego wystarczył, by Stojilković miał przed sobą autostradę do bramki Tobiasza.
To nie przypadek, a powtarzający się schemat. Legia nie może sobie pozwolić na taką grę przeciwko drużynom z szybkimi napastnikami, bo to zwyczajnie proszenie się o kłopoty. W kadrze nie ma dziś ani jednego defensora, który wygrałby czysty biegowy pojedynek z rywalem. Dlatego zamiast ustawiania linii wysoko, trzeba zejść głębiej, grać kompaktowo i zabezpieczyć tyły. Inaczej każdy dłuższy przerzut za plecy będzie dla nas zabójczy.
3. Wahadła nie dla nas
Wahadła? Niestety, na ten moment to nie jest rozwiązanie dla Legii.
W meczu z Cracovią było widać, że piłkarze w tym ustawieniu nie czują się komfortowo. Arkadiusz Reca i Petar Stojanović mieli pełnić rolę zawodników pracujących jednocześnie w ofensywie i defensywie, ale to nie ich naturalne środowisko. Reca jeszcze próbował ciągnąć grę do przodu i faktycznie przez jego stronę szło najwięcej akcji, ale obaj mieli zbyt małe wsparcie od środkowych pomocników. Trójka w środku pola często gubiła ustawienie, nie potrafiła kontrolować tempa i zamiast budować akcje – zostawiała wahadła odcięte od gry.
Do tego dochodzi sposób grania. Legia była bardzo bezpośrednia – długie piłki na Rajovicia czy później Nsame miały być szybkim skrótem do bramki. W praktyce była to droga donikąd. Cracovia skutecznie pilnowała naszych wahadeł i zamykała boczne sektory, a w efekcie rzadko dośrodkowywaliśmy piłkę w pole karne. A przecież właśnie tam Rajović mógłby wykorzystać swoją siłę i wzrost.
Problem jest prosty: Legia w wahadłach nie ma jakości, ani odpowiednich profili piłkarzy. Gdy gramy skrzydłowymi, ofensywa wygląda dużo lepiej. Tworzymy więcej sytuacji, środek pola ma klarowne zadania, a boczni obrońcy dostają wsparcie, którego teraz zwyczajnie brakowało.
Dlatego trzeba powiedzieć to wprost: z obecnym składem system z wahadłami nie działa. Im szybciej Legia od niego odejdzie, tym lepiej.
4. Kłopoty, kłopoty
W meczu z Cracovią tylko czterech piłkarzy utrzymało miejsce w składzie po rewanżu z Hibernianem – Kacper Tobiasz, Artur Jędrzejczyk, Steve Kapuadi i Bartosz Kapustka. Reszta jedenastki została wymieniona. Trener tłumaczył przed spotkaniem, że zmiany były konieczne. Ale tu pojawia się pytanie: jak naprawdę przygotowana jest Legia do sezonu, skoro już na jego początku trzeba wymieniać ponad połowę drużyny, by rozegrać ligowy mecz?
Patrząc na boisko, trudno nie odnieść wrażenia, że piłkarze Legii są po prostu zmęczeni. Sam trener również wygląda na przygaszonego i – jak sam przyznał – mało sypia. To dziwi, bo przecież wielu z tych zawodników w poprzednim sezonie potrafiło łączyć grę w Europie. Owszem, spotkania w pucharach niosły za sobą inne emocje, większe zaangażowanie, ale dziś różnica między Europą a Ekstraklasą praktycznie się zatarła. W obu przypadkach Legia prezentuje się średnio i regularnie „puchnie” w drugich połowach.
To niepokojący sygnał. Jeśli już na starcie sezonu pojawiają się takie problemy z fizycznością i przygotowaniem motorycznym, to co będzie dalej? Za chwilę Legia będzie grała równolegle na dwóch, a może nawet trzech frontach, gdzie o regenerację i dodatkowe treningi będzie jeszcze trudniej.
Jeśli sztab szybko nie zareaguje i się nie wyśpi, może się okazać, że zmęczenie stanie się największym przeciwnikiem Legii. Oby obecne kłopoty były tylko chwilowym kryzysem, a nie zapowiedzią dłuższej zapaści.
5. Ileż można?!
Moja cierpliwość do stałych fragmentów w wykonaniu Legii właśnie się skończyła. Proszę wybaczyć, ale to, co oglądamy, to kpina i kompromitacja. Odpowiedzialność spada na trenerów Grzegorza Mokrego i Iñakiego Astiza – bo to oni odpowiadają za ten element gry.

Spójrzmy tylko na drugą bramkę straconą z Cracovią. Można się gorzko uśmiechnąć, patrząc, jak fatalnie nasi obrońcy kryją rywali w polu karnym. Ale gdzie tu miejsce na śmiech, skoro zawodnik mierzący 185 cm wygrywa pojedynek główkowy z taką łatwością i zdobywa gola? To nie jest kwestia przypadku – to czysta organizacja, a raczej jej brak.
Legia pilnie potrzebuje specjalisty od stałych fragmentów. Kogoś, kto poukłada drużynę zarówno w defensywie, jak i ofensywie. Bo ile można? Zamiast zagrożenia pod bramką rywali mamy chaos. Zamiast wykorzystywać potencjał naszych wykonawców i zawodników, którzy potrafią uderzyć głową, oddajemy pole przeciwnikom. A przecież w nowoczesnym futbolu to właśnie stałe fragmenty decydują o wynikach meczów i całych sezonów.
Legia nie może pozwolić sobie na taką słabość. Jeśli szybko nie nadejdzie zmiana, to każdy kolejny rzut rożny czy wolny będzie dla kibiców nie okazją do nadziei, ale powodem do obaw.
6. Strata Nsame
Oprócz samej porażki, jedną z najgorszych wiadomości dla Legii jest utrata Jeana-Pierre’a Nsame. Doświadczony napastnik przeżywał w Warszawie drugą młodość – w dwunastu meczach sześciokrotnie trafiał do siatki, ale przede wszystkim był kluczową postacią ofensywy. Bez niego te spotkania mogły wyglądać znacznie gorzej.
Niestety w meczu z Cracovią wydarzyło najgorsze - zerwanie ścięgna Achillesa. Taka diagnoza oznacza wielomiesięczną pauzę. Raz już podobna kontuzja wykluczyła Nsame na ponad siedem miesięcy i jeśli historia się powtórzy, to trzeba powiedzieć brutalnie: w barwach Legii już go prawdopodobnie nie zobaczymy. Kontrakt kończy się wraz z sezonem, a przy tak wysokiej pensji przedłużenie wydaje się mało realne.
To ogromny problem dla Legii, bo w ataku nagle została spora wyrwa. Ilja Szkurin nie wydaje się być w poważnych planach trenera, Alfarela to zawodnik bardzo chimeryczny, którego gra opiera się na przebłyskach, a nie regularności. Zostaje jedynie Mileta Rajović – napastnik, który faktycznie z meczu na mecz wygląda coraz lepiej, ale wciąż potrzebuje czasu, by przejąć ciężar ataku i seryjnie trafiać do siatki.
Legia traci nie tylko goli Nsame, ale przede wszystkim jego doświadczenie, pewność i zdolność do grania na granicy pola karnego, gdzie potrafił utrzymać piłkę, odciążyć drużynę i zrobić miejsce dla kolegów. Bez niego ofensywa staje się przewidywalna.
Przyszłość? Bardzo trudna. Jeśli Rajović szybko nie wejdzie na wyższy poziom, a klub nie poszuka jakościowego zastępstwa, to strata Nsame może być punktem zwrotnym w całym sezonie.
Kamil Dumała
