Po raz trzeci w historii, koszykarze Legii grają w fazie grupowej Ligi Mistrzów. I choć rozgrywki te nie są tak prestiżowe jak te piłkarskie, to jednak w koszykarskim światku Basketball Champions League ma swoją wartość. OK, daleko jej do Euroligi, gdzie przede wszystkim grają kluby z wielokrotnie większymi budżetami, w halach takich, jakiej w Warszawie prawdopodobnie nie będzie przez kolejną dekadę.
Przed kilku laty legioniści w BCL grali z Galatasaray, Ostendą i Hapoelem Holon, przed rokiem przyszło nam rywalizować z niemieckim Heidelbergiem, greckim Promitheasem Patras oraz Rytasem Wilno. A w sezonie 2019/20 nasz zespół grał jeszcze w kwalifikacjach do BCL z klubami z Prisztiny i Niżnego Nowogrodu. W tym roku w grupie trafiliśmy ponownie na "Galatę", a także SIG Strasbourg oraz Cibonę Zagrzeb. Sportowo grupa wydaje się trudniejsza niż przed rokiem, a by awansować do kolejnego etapu rozgrywek (play-in), należy wyprzedzić co najmniej jednego z rywali.
fot. L
Na inaugurację przyszło nam jechać do Francji. Wyjazd do Strasbourga cieszył się sporym zainteresowaniem i był jednym z lepszych naszych wyjazdów. Oczywiście liczbowo były już mecze lepsze lub porównywalne (Wilno, Bristol) w Europie, ale ok. 35 osób na trybunach we Francji trzeba uznać za bardzo przyzwoity wynik z naszej strony. Większość kibiców podróżowała z Modlina do lotniska EuroAirport Bazylea-Miluza-Fryburg dzień przed meczem, choć byli i tacy, którzy lecieli już w weekend. Dalej drogi były różne. Jedni od razu skierowali się (Flixbus lub pociąg ; niespełna 1,5h jazdy) do Strasbourga, ale część ekipy wybrała jeszcze zwiedzanie Szwajcarii - zarówno Bazylei, jak i dłuższy trip w stronę Lucerny i szwajcarskich Alp. Właściwie każdy z wymienionych wyborów gwarantował świetne "okoliczności przyrody".
Chociaż pierwsza połowa meczu w Strasbourgu nie po naszej myśli, to wciąż wierzymy, że legioniści odwrócą losy spotkania BCL. @Legiakosz walcząca do końca!
W dniu meczu we Francji, a w Strasbourgu również, miały miejsce liczne protesty mieszkańców, głównie młodzieży szkolnej. Wszystko rozpoczęło się 17 września, kiedy w podparyskim Creteil miały miejsce pierwsze protesty licealistów. Uczniowie uważają, że szkoła wymaga od nich sporo, zaś sama nie zapewnia podstawowych warunków nauki (zły stan pomieszczeń, brak wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami, nieodpowiednia liczba nauczycieli). We wtorek przed południem w centrum Strasbourga protestowało ok. 5 tysięcy osób. Oczywiście postawiło to w stan gotowości całą lokalną policję. Nawet w hotelach uspokajano, by się nie denerwować, bo policja pilnować będzie porządku przez całą noc na każdym skrzyżowaniu. Nie było takiej potrzeby - do wieczora była już cisza i spokój.
fot. L
Sam mecz rozgrywany był o godzinie 20:00 w hali Rhénus Sport mogącej pomieścić 6200 widzów. Dojazd do hali z centrum miasta zajmuje komunikacją ok. 20 minut. Ta znajduje się vis-a-vis Europarlamentu. Całkiem sympatyczny obiekt, w którym z każdego miejsca jest dobry widok na parkiet, a na dodatek promenada została odpowiednio wykorzystana. Znajdują się tam liczne kioski gastronomiczne, a także sklep klubowy. A w nim m.in. różowe stroje klubu - jedna kolejka w październiku we wszystkich sportach drużynowych rozgrywana jest właśnie na różowo, jako wsparcie inicjatywy Różowy Październik - przypominającej o profilaktyce i walce z rakiem piersi. Zresztą akcja rozgrywana jest znacznie szerzej niż "tylko" wśród sportowców - na różowo podświetlona została także Wieża Eiffla. Jako ciekawostkę można podać, że Francuzi planują powiększenie Rhénus Sport, poprzez rozbudowę jednej części obiektu.
Na większości meczów przychodzi ok. 5 tysięcy kibiców. A co ciekawe, większa liczba widzów gromadzi się przy okazji meczów ligowych, aniżej europejskich rozgrywek. Mecz z Legią obejrzało z trybun 3833 widzów. Fani Legii mogli nabywać wejściówki po 12 euro (najtańsze), na sektor L, znajdujący się w narożniku. Bilety na pozostałe sektory kosztowały od 20 do 40 euro. Młyn gospodarzy znajdował się po drugiej stronie parkietu, na dolnym poziomie. Nie był przesadnie wielki - do 80 osób, co i tak biorąc pod uwagę ich realia trzeba uznać za wynik przyzwoity. Na przedzie wywiesili na barierkach dwa banery - "KOP SIG" (z bębniarzem) oraz "Strasbourg" (graficznie... bieda straszna). Podczas prezentacji rozciągnęli mini sektorówkę (na oko 2x5m) z logo grypy KOP SIG, tj. bocianem z bębnem. Bocian jest zresztą nie tylko w logo klubu i klubową maskotką - to główny symbol Alzacji i samego Strasbourga.
Miejscowi prowadzili regularny doping przez całe spotkanie, ale stał on na takim poziomie, że nie mieliśmy większych problemów, by było nas słychać w całej hali. Oczywiście były momenty, szczególnie, gdy w nakręcanie do wspólnych okrzyków włączał się spiker, było trudno przebić się przez tumult, szczególnie z nagłośnienia. Ale z perspektywy całego spotkania, na pewno nasz doping był doskonale słyszalny nie tylko w transmisji telewizyjnej w TVP Sport, ale również w 6-tysięcznym obiekcie. Było nas 33 osoby i na miarę możliwości staraliśmy się z całych sił zdzierać gardła sławiąc najwspanialszy klub na świecie. "Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Legia gra..." - niosło się dobrych kilka razy po obiekcie. Miejscowi byli bardzo pozytywnie nastawieni. Nawet ochrona nie miała żadnych obiekcji, że grupa z Warszawy dopinguje żywiołowo i zasłania widok Francuzom, którzy chcieli obejrzeć mecz na siedząco. Kulturalnie przesadzono miejscowych na inne miejsca. Policja, która przybyła przed meczem pod halę, na sam mecz nie wchodziła, a przed obiektem nie próbowała zgrywać bohatera. I zachowywała się, co jak wiemy nie jest normą w tym zawodzie - po ludzku.
Co prawda to SIG był faworytem spotkania, ale nikt z nas nie ukrywał, że spodziewa się wygranej legionistów, którzy parę dni wcześniej, po wywalczeniu Superpucharu Polski, wygrali także (choć już w słabszym stylu) mecz ligowy w Słupsku. Tym razem od połowy drugiej kwarty na boisku był obraz nędzy i rozpaczy. Trójka rzucona przez gospodarzy równo z syreną kończącą I część spotkania, jeszcze bardziej nas dobiła. Tyle, że po zmianie stron, obraz gry był tragiczny. Ostatecznie Legia przegrała rekordową liczbą punktów w Europie (62:100) i nawet część miejscowych opuszczała przedwcześnie halą, wiedząc, że żadnych emocji już tego wieczora nie uświadczą.
My zaś, pomimo strasznego występu legionistów, staraliśmy się dopingować na maksa do samego końca. "Ch... z wynikami, hej Legio jesteśmy z Wami!" - skandowaliśmy i do końcowej syreny zdzieraliśmy gardła jak opętani. Doskonale po hali niosło się głośne "Ceeee...", świetnie brzmiał "Hit z Wiednia", czy "Gdybym jeszcze raz...". I nawet końcowa syrena nie zakończyła naszych wokalnych popisów. Jeszcze dobrych kilka minut z naszego sektora niosły się głośne pieśni sławiące Legię. A Francuzi wychodzący z hali nie mogli wyjść z podziwu, nagradzając naszą grupę oklaskami. Tych niestety zabrakło ze strony koszykarzy Legii (nie licząc tych na środku boiska). Ci wkurzeni po fatalnym występie szybko udali się do szatni. Mamy nadzieję, że taka historia więcej się nie powtórzy. Zarówno w Europie, jak i na krajowym podwórku.
Kilkanaście minut po meczu wyszliśmy z hali, a tam - co zaskoczyło chyba nas wszystkich - kibice gospodarzy zrobili nam istną owację na stojąco! Prawdopodobnie urzekł ich fakt, że pomimo tak wysokiej porażki (-38), ani trochę nie odpuszczaliśmy i dawaliśmy z siebie wokalnie 100 procent. A reakcja Francuzów po wyjściu z hali sprawiła, że jeszcze tam, dobrych kilka minut pośpiewaliśmy. I dopiero po pewnym czasie ruszyliśmy w stronę centrum miasta. Większość z nas do Warszawy wracała w środę, dzień po meczu, również z Bazylei. Przed nami kolejne europejskie spotkania. Najbliższy mecz Legia rozegra w Zagrzebiu z miejscową Ciboną, po czym czeka nas dwumecz z Galatasaray - najpierw na Torwarze (4.11) i dwa tygodnie później w Stambule.