Legia wreszcie zagra?a - mo?na by naiwnie napisa?. Owszem, zagra?a - to znaczy wysz?a na boisko zdeterminowana zamiarem zwyci??enia w meczu pi?karskim. Co robi?a wcześniej? Pozostawiam do rozwagi ewentualnym czytelnikom. Jeśli znam t? dru?yn?, a i pewne klimaty panujące obecnie w lidze - to teraz przyjdzie czas "zas?u?onego odpoczynku", czyli przechodzenia obok meczu lub dwóch. Co sk?ania mnie do wcią? czarnych prognoz? To, co powy?ej - przecie? nie mo?na raz gra? a raz nie, nie mo?na raz chcie?, a innym razem nie chcie?, innymi s?owy nie wiedzie? co si? chce osiągną? w dyscyplinie, która w tak prosty sposób określa o co w niej chodzi. Tym bardziej, kiedy nie wchodzą w gr? umiej?tności rywali, tylko w?asna - planowa jak sądz? niemoc - umiej?tnie sterowana. Legia wie, nauczona wieloletnim doświadczeniem, jak odpuści? mistrzostwo Polski umiarkowanie. Nie mo?e tego zrobi?, przegrywając wszystko z kretesem, bo kibice si? wściekną i nakukają komu trzeba. Trzeba starą wypróbowaną metodą gra? w kratk? i powolutku, mimochodem niby, traci? punkty do lidera - co Legia zdaje si? uskutecznia bardzo konsekwentnie. Uzbiera?a ich ju? 6. Jaki w tym sens? - Taki w?aśnie, ?e by? mo?e ktoś za te punkciki niby niefrasobliwie lub pechowo stracone wynagrodzi... Mo?e jest inny powód o którym nie mam poj?cia (brak pieni?dzy w kasie na premie za mistrzostwo?). Pisz? o tym, co wida?, a wida? tyle, ?e Legii raz si? chce, a innym razem wr?cz przeciwnie. ?atwo to pozna? po niech?ci zawodników do poruszania si? po boisku biegiem. Z Pogonią biegali a? mi?o, kopali nawet za bardzo, strzelali, jakby od tego zale?a?a ich dalsza kariera. I tak w?aśnie powinno by? w ka?dym meczu. A ?e nie jest, darujcie, nie mam zamiaru przekonywa?. Pewne odpowiedzi dostniemy ju? w kilku najbli?szych kolejkach, a przysi?gam, wola?bym wylewa? do edytora tekstów analizy pi?karskie zamiast psychologiczno-mentalnościowych czy te? wr?cz spiskowych. Uznajmy wi?c, ?e nastąpi?o cudowne ozdrowienie. Majewski przypomnia? sobie po co wyganiaja go co tydzie? w przykrótkich spodniach na ten trawnik, Giuliano odzyska? wszystkie si?y i szybkoś?, Piekarski uzna?, ?e chyba jest jednak dobrze przygotowany do sezonu, a Mi?ciel jako jedyny nie ozdrowia?, bo stara si? wytransferowa? do ojczyzny Napoleona i dopóki Francuzi b?dą go ogląda?, dopóty b?dzie konsumowa? ?d?b?a boiskowych muraw. A Murawski - urośnie i nie przlobuje go ju? ?aden niecenzuralnie ochrzczony Mielcarski.
Kiedy? to Legia ostatni raz wygra?a tzw. spotkanie na szczycie? Chyba dawno temu - mo?na za takie uzna? wyjazdowe zwyci?stwo w meczu z Ruchem w sezonie 1999/2000. Jeśli nie bardzo - bo Ruch ju? wtedy odpada? z czo?ówki tabeli, to chyba trzeba wskaza? jesienne spotkanie z chorzowianami na ?azienkowskiej. Mniejsza z tym, ale uświadomi?em sobie, jak smakuje korzystny wynik w takim pojedynku. Ostatnio raczej dawano mi wielokrotne okazje do poznania uczu? kibic, którego ukochana dru?yna w?aśnie takie spotkanie przegra?a. Szkoda tylko, ?e najprawdopodobniej wspominany przeze mnie mecz z Pogonią przyjdzie okupi? pogorszeniem stosunków z kibicami Pogoni. Po lekturze wypowiedzi tych?e na sąsiednim www raczej nie nale?y mie? wielu z?udze?, co do nastrojów goszczących w sercach szczeci?skich. Obawiam si? ?e zgoda ta - nawet jeśli podtrzymywana b?dzie przez odpowiednie kr?gi kibicowskie - mo?e okaza? si? tworem sztucznym nieco i wbrew przekonaniom, gdy z opinią owych kr?gów nie zgodzi si? tzw. niewtajemniczona wi?kszoś?. Po raz kolejny okaza?o si?, ze wygra? remizowy patriotyzm i tendencje odwetowe oraz separatystyczne. Co kraj, to obyczaj.
Mnie nurtuje jeszcze sprawa s?dziowania. Nie chodzi bynajmniej o faulogola dokonanego przez Kie?bowicza na Batacie i pseudofaulogola - niedokonanego przez dwu szczecinian na Piekarskim, dzi?ki którym Legia by? mo?e, wygra?a piątkowy mecz czy te? psudospalonego zamiast karnego dokonanego na Giuliano, po którym Legia wygra?a by? mo?e tylko jedną bramką. Chodzi o brutalne faule od ty?u (w wykonaniu obu dru?yn), które są traktowane przez s?dziów jak co najwy?ej nieco bardziej ekspresyjna forma pettingu. Zawodnicy zaprawieni w takich pieszczotach nie baczą na dobry zwyczaj przerywania gry, a ju? tym bardziej nie strzelania na bramk?, kiedy jeden z rywali dogorywa na boisku nie ogąc si? upewni?, czy wcią? dysponuje kompletem ko?czyn. Tymczasem po meczu szukamy usprawiedliwienia dla roztargnionego arbitra, który najprawdopodobniej zosta? przekwalifikowany na s?dziego z uczestnika praktyki czeladniczej w pobliskiej rze?ni. Co kraj, to obyczaj.