-Mariusz Kukiełka i Paweł Kryszałowicz wciąż nie trenują z drużyną. W środę tylko biegali wokół boiska...
Stanisław Machowski(lekarz piłkarskiej reprezentacji Polski i Legii): Z Pawłem jest coraz lepiej. Jego kontuzja nie była groźna, ale bolesna i dokuczliwa. Stłuczony mięsień czworogłowy przy rzepce trudno się goi, bo to słabo ukrwione miejsce. Mariusz miał dużego krwiaka i problemy z mięśniem czworogłowym, grał z blokadą w ostatnim meczu ligowym. Teraz jego uraz jest podleczony, ale jeszcze niezaleczony. Od czwartku powinni jednak normalnie trenować, jeśli nie obaj, to przynajmniej Paweł. A w sobotę mogą być do dyspozycji trenera.
-Na tym zgrupowaniu mniej miał Pan chyba pracy niż zwykle?
- Zacząłem obawiać się nawet o wynik, bo dopóki ja i masażyści - Artur Frączyk i Krzysztof Leśniewski - mieliśmy pełne ręce roboty, wszystko było dobrze. Ale "na szczęście" przyjechało paru kontuzjowanych i nie próżnowaliśmy. Dlatego jestem spokojny o wynik.
-To już koniec eliminacji. Nie Pan powie szczerze, czy kiedykolwiek "wypuszczaliście" dziennikarzy, gdy pytali o stan zdrowia zawodników?
- Gdy chodziło o Emmanuela Olisadebe, nigdy nie było sprzedawania kitu. Jeśli coś go bolało, zawsze mówiliśmy prawdę, dlatego nie pozwolę, by ktokolwiek nazywał "Emsiego" symulantem. Zapewniam, że ma charakter. Zaciskał zęby i grał. A wracając do pytania, czasem rzeczywiście puszczało się lekki "dym". Robiliśmy to też dla was, dziennikarzy, żebyście mieli o czym pisać.
-To właściwie dzięki Pana pomocy Jerzy Dudek gra w Liverpoolu.
- Pomogłem Jurkowi na tyle, na ile było mnie stać. Szkoda tylko, że tak ciężko współpracowało się z lekarzem, którego przysłał Liverpool.
-Konował?
- Czasem miałem takie wrażenie. Do całej sprawy podchodził jak pies do jeża. Nie powiedział, czego chce. Sam przygotowałem mu zdjęcia rentgenowskie, wyniki badań EKG, rezonans magnetyczny kolan... A on zapomniał badania krwi. To go dyskwalifikowało w moich oczach.
-Wyrzuciłby go Pan z roboty?
- Nie. Bo to w końcu kolega po fachu. Lekarz.
-Jurek jakoś się odwdzięczył? Przywiózł szampana?
- Ja szampana nie pijam. Jak już, to wolę coś mocniejszego. Np. dobrą whisky. I Jurek wiedział, jak się zachować. Poza tym obiecał mi oryginalną koszulkę Liverpoolu. Koszulkę Feyenoordu dał mi jego menedżer.
-Czy dla Pana to zaszczyt pracować z kadrą?
- I to jaki. Ale największą radość sprawia mi to, że piłkarze - często ci najlepsi, z zachodnich klubów - często do mnie dzwonią. I pytają o radę, dzielą się wiadomościami o stanie zdrowia. Ostatnio np. Radek Kałużny prosił, żebym załatwił mu operację w Austrii. Zrobiłem to, choć on przecież gra w Bundeslidze... Jego kolano nie wygląda najlepiej. Teraz jest już jednak w porządku i za trzy tygodnie powinien wrócić na boisko.
-Kiedy jest najtrudniej na zgrupowaniu?
- Na początku. Zawodnicy witają się i od razu do nas. Litania skarg i zażaleń. Tego boli to, innego tamto... W poniedziałek i wtorek stawiamy ich na nogi. Potem jest trochę łatwiej.
-Czy zapisuje Pan wszystko, co zawodnikom dolega?
- Mam specjalny zeszyt. A potem razem z Edkiem Kleindinstem przepisujemy wszystko do komputera. Na dyskietkach jest cała kronika przypadków naszych piłkarzy. Kto, kiedy i na co się leczył.
-Ładnie Pan pisze?
- A wie Pan, że tak. Kiedy wypisuję recepty, pacjenci dziwią się, że tak nie po lekarsku wypisane... A wszystko przez mojego ojca. Strasznie był zły, kiedy nie mógł mnie rozczytać. Zostało mi do dziś.
Rozmawiał Robert Błoński