Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Za mało płacicie

sobota, 6 października 2001 12:03
Tomas Pacesasźródło: Super Basket

Urodzony: 11 listopada 1971 roku w Kownie.

Pozycja: Rozgrywający

Wzrost: 190cm

Waga: 85kg

Kariera klubowa: Żalgiris Kowno, Atletas Kowno, Bipa Moda Odessa, Atletas, Maccabi Rishon, Ural Perm Great, Legia Warszawa.

Statystyki poprzedniego sezonu: 31 meczów w lidze rosyjskiej; śr.30.5 minuty, 9.2 ptk, 4.6 asysty, 1.7 przechwytu, 34.6 procent celnych rzutów za 3 ptk; 17 spotkań w lidze NEBL; śr.26.1 minuty, 8.8 punktu, 4.3 asysty, 1.3 przechwytu, 37.7 procent celnych rzutów za 3 ptk.


-Jako, że urodziłeś się w Kownie, nie miałeś chyba wielkiego wyboru. Zapatrzony w drużynę Żalgirisu, byłeś zapewne skazany na koszykówkę.

-To prawda, ale tylko częściowa. Na początku trenowałem piłkę nożną. Fascynacja tą dyscypliną sportu minęła jednak dość szybko- po miesiącu. Później było pływanie. Trenowałem je długo- przez siedem lat.

-To nawet bardzo długo. Dlaczego ostatecznie zrezygnowałeś?

-Ponieważ właśnie wówczas rozpoczęła się era wielkiego Żalgirisu. W drużynie grały wówczas takie sławy jak Sabonis czy Kurtinaitis. To było w połowie lat 80. Wszyscy młodzi chłopcy na Litwie chcieli pójść w ich ślady. Ja także zaraziłem się więc miłością do koszykówki. Dlatego też twoja teza była częściowo prawdziwa.

-Z tego co mówisz, wynika, że rozpoczynając treningi, miałeś już kilkanaście lat.

-Tak. Bardzo późno zacząłem koncentrować się na koszykówce. Miałem już 14 lat. Sabonis był idolem wszystkich, ale ja występowałem jako rozgrywający. Musiałem więc gdzie indziej szukać wzorów do naśladowania. Na szczęście można było oglądać NBA. Najbardziej fascynowała mnie gra Isiaha Thomasa i Hojna Starka.

-"Dorosłą" karierę rozpoczynałeś w Żalgirisie.

-Rzeczywiście. W jednym roku dostałem się na studia i do Żalgirisu. Oczywiście do drugiego zespołu. Tam grałem aż cztery lata i dopiero po tym czasie dostałem szansę na grę w pierwszym składzie. Niestety, nie do końca ją wykorzystałem i po pół roku musiałem szukać sobie nowego zespołu.

-Ostatecznie w 1994 roku trafiłeś do Atletasa. To był chyba bardzo dobry wybór.

-Oczywiście. Mieliśmy wówczas wspaniały zespół, który miał nawet szanse odebrać Żalgirisowi tytuł mistrzowski. Ba, twierdzę, że powinien to zrobić. Zwłaszcza w 1996 roku. Oprócz mnie w Atlesasie występowali m.in. Strombergas, Praskevicius i Ilgauskas. To był superzespół. W 1996 roku pokonaliśmy Żalgiris czterokrotnie w sezonie regularnym i gdy spotkaliśmy się ponownie w finale, byliśmy faworytami. Na dodatek wygraliśmy dwa pierwsze spotkania w serii best of five. Niestety, kolejne trzy mecze należały już do Żalgirisu.

-Ten sezon mogłeś jednak zaliczyć do udanych. Po jego zakończeniu zostałeś przecież powołany do reprezentacji Litwy i podczas igrzysk w Atlancie wywalczyłeś brązowy medal.

-Tak, choć jednak żal mi było tej porażki z Żalgirisem. Olimpiada w Atlancie była jednak dla mnie wspaniałym przeżyciem. Kilka lat wcześniej przez myśl by mi nie przeszło, że obok największych sław litewskiej koszykówki będę mógł walczyć podczas igrzysk olimpijskich. Zresztą na tym występie moje kontakty z drużyną narodową się nie skończyły. Dwa lata później grałem jeszcze podczas mistrzostw świata i Igrzysk Dobrej Woli.

-Z Atletasa przeniosłeś się do drużyny Bipa Moda Odessa. W tamtym sezonie rywalem tego zespołu w Pucharze Saporty był Zepter Śląsk, lecz ciebie nie zobaczyliśmy we Wrocławiu. Dlaczego?

-Bo mnie już wtedy w Odessie nie było. Jak pewnie niektórzy pamiętają, w środku sezonu został wówczas zamordowany prezes i klub wpadł błyskawicznie w tarapaty finansowe. Przestano mi płacić, więc musiałem wyjechać. Tylko dlatego nie przyjechałem wówczas do Polski. Drugą połowę sezonu znów spędziłem w Atletasie.

-Masz również na swoim koncie występy w lidze izraelskiej.

-Przez sezon 1998/99 występowałem w Maccabi Rishon i prawdę mówiąc, mam mieszane uczucia.

-To podobno bardzo specyficzna liga.

-Oj tak. Nigdzie indziej nie czułem się tak dziwnie jak w Izraelu. Do Rishon sprowadził mnie Pini Gershon, ten sam, który w ostatnim sezonie poprowadził do mistrzostwa Suproligi Maccabi Tel Awiw. Początek sezonu mieliśmy bardzo udany, lecz w jego połowie Gershon wpadł w konflikt z menedżerem i musiał odejść, a w składzie zespołu zaszły poważne zmiany. Do tego doszły kłopoty finansowe i końcówkę rozgrywek mieliśmy nieudaną. Miałem ogromne problemy z odzyskaniem należnych mi pieniędzy.

-Przez ostatnie dwa lata reprezentowałeś barwy Uralu Perm Great. W sezonie 1999/2000 w rozgrywkach o Puchar Koracza spotkałeś się w końcu z polskim zespołem.

-Doskonale pamiętam dwa mecze z Anwilem, którego grę prowadził wówczas Raimonds Miglinieks. Na własnym parkiecie pokonaliśmy włocławian, lecz na wyjeździe nie daliśmy im już rady.

-Co cię skłoniło do tak dalekiego wyjazdu?

-Tylko i wyłącznie organizacja tego klubu. Stała na naprawdę bardzo wysokim europejskim poziomie. Również na pieniądze nie mogłem narzekać. Płacili całkiem sporo i co najważniejsze- w terminie.

-Dlaczego nie zostałeś w Rosji dłużej? Czyżby zabrakło dla ciebie miejsca?

-Przeciwnie. Miałem oferty aż z czterech rosyjskich klubów. Dzwonił do mnie kilka razy Aleksander Gomelski, namawiając na grę w CSKA. Poza tym miałem propozycję z Samary, która montowała silny skład, Mineralnych Wód i oczywiście opcję przedłużenia kontraktu z Uralem. Po prostu Rosja, a zwłaszcza Ural, to nie jest spokojne miejsce i przez dwa lata musiałem radzić sobie sam. Moja żona została w Alitusie. Na dodatek w międzyczasie urodziło nam się dziecko. Obecnie mój syn ma niewiele ponad roczek i żona nalegała, abym znalazł sobie pracę w kraju, do którego mogła by się przeprowadzić razem ze mną.

-Miałeś inne oferty oprócz tej z Warszawy?

-Mój grecki agent chciał, abym podpisał kontrakt z Olimpią Lublana. Pojechałem nawet do Słowenii i przeszedłem testy medyczne. Oferowano mi całkiem spore pieniądze, ale od moich rodaków, którzy wcześniej występowali w Olimpii, dowiedziałem się, że w tym zespole nie ma podczas sezonu żadnego dnia wolnego. Postanowiłem szukać pracy gdzie indziej.

-Słyszałem dwie wersje twojego kontraktu. Związałeś się z Legią na miesiąc czy dwa?

-To przedstawię ci wersję nr3. Prawdę mówiąc, swojego kontraktu nie widziałem jeszcze na oczy.

-Wyprowadź mnie z błędu. Grasz w Legii za darmo?

-Nie, nie. Bez przesady. Jakiś kontrakt jest podpisany, ale prawdę mówiąc, nie zwracam na razie na niego większej uwagi. Po prostu cały czas czekam na lepszą ofertę i mam nadzieję, że w najbliższym czasie taka się pojawi.

-Z tego co mówisz, możesz niebawem pożegnać warszawskich kibiców. Czego brakuje Legii, aby zatrzymać cię na dłużej?

-Cóż, takie jest życie. A czego brakuje Legii? Do trenera i prezesa nie mam żadnych zastrzeżeń. Zespół potrzebuje jednak jeszcze kilku klasowych zawodników, by móc walczyć w czołówce polskiej ligi. Aby takich zatrudnić, musi natomiast dysponować większymi pieniędzmi. Ale to już jednak nie moje zmartwienie.

-Zagrałeś na razie w polskiej lidze trzy mecze. Jak oceniasz jej siłę?

-Jest silniejsza od litewskiej. W moim kraju są bowiem tylko dwie mocne drużyny, od których reszta wyraźnie odstaje. W Polsce jest ich więcej. Więcej jest również zagranicznych graczy zarówno zarówno USA, jak i Europy. Mecze są bardziej wyrównane. Nawet Idea, która uchodzi za najmocniejszy zespół, męczy się z potencjalnie słabszymi rywalami, pokonując ich dopiero po zaciętych spotkaniach.


Rozmawiał Michał Tomasik

Udostępnij