Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

W Azji jest kasa

środa, 17 października 2001 09:53
Sylwester Czereszewskiźródło: Przegląd Sportowy

Sylwester Czereszewski: - Mój dorobek w Chinach nie powala na kolana. Licznik zatrzymał się na pięciu zdobytych golach oraz trzech wywalczonych rzutach karnych. A wszystko dlatego, że po wyrzuceniu z drużyny Chorwata Denisa zostałem wycofany na defensywnego pomocnika. Wcześniej grałem tuż za dwoma napastnikami - Brazylijczykami Paulinho oraz Rodrigezem. Obaj grali wcześniej w dobrych ligach w Europie, jeden w Portugalii drugi we Francji. I prezentowali na tyle wysokie umiejętności, że do końca liczyliśmy się w walce o awans.

Adam Godlewski: - Wyjeżdżając z Polski wiedział pan, że trafi do klubu drugoligowego?

- Nie, początkowo miałem znaleźć zatrudnienie w drużynie zajmującej szóstą pozycję w ekstraklasie. Okazało się jednak, że pieniądze wcale nie były tam rewelacyjne, a na dodatek nie było o co walczyć. Wybrałem więc bardziej intratną propozycję z Najinj. Pieniądze były tam dobre, znacznie większe niż miałem w Legii, bo działacze od sześciu lat walczą o awans do pierwszej ligi.

- I znów im się nie udało. Czy dlatego Chińczycy nie przedłużyli z panem umowy?

- To ja chciałem wracać do kraju, miałem już dość egzotyki. Odległości są w Azji znacznie większe niż w Europie, na mecze wyjazdowe musieliśmy wylatywać już w czwartek. A z tego powodu w poniedziałek, wtorek i środę trenowaliśmy po dwa razy, bardzo ciężko. W temperaturze sięgającej nieustannie 40 stopni, w tropikalnym klimacie. Na dodatek na bardzo twardych boiskach. Ja i obaj Brazylijczycy mieliśmy z tego powodu kłopoty z kręgosłupem. Jednak nawet te problemy nie przeszkodziłyby w awansie. Przed ostatnim meczem zajmowaliśmy trzecie miejsce i graliśmy z rywalem z drugiej, dającej przepustkę do ekstraklasy, pozycji. Do 75 minuty wygrywaliśmy 2:0 i ten wynik gwarantował wyprzedzenie sąsiada w tabeli. I co w tym momencie się stało? Chińczycy z obu zespołów dość długo rozmawiali ze sobą i mecz zakończył się porażką 2:4. A warto dodać, że w całych rozgrywkach straciliśmy zaledwie 11 bramek.

- Poziom i infrastruktura sportowa w lidze tych azjatyckich finalistów mistrzostw świata jest wyższa niż w Polsce?

- Poziomów sportowych nie ma co porównywać, bo nasz jugosłowiański trener musiał uczyć Chińczyków od podstaw taktyki. Jak atakowali, to się wcale nie wracali. Kasę też trudno porównywać, bo w Chinach jest zdecydowanie wyższa. W miastach bieda, a nawet nędza jest aż nadto widoczna, ale na sport nikt nie żałuje grosza. A po tym, jak przyznano Pekinowi organizację igrzysk w 2008 roku rząd ogłosił jeszcze zwiększenie dotacji na obiekty sportowe. Pod tym względem długo Azjatów nie dogonimy.

- Nauczył się pan podstawowych chińskich zwrotów? Choćby... przekleństw.

- Trudno było o opanowanie kilku słów, bo na boisku Chińczycy prawie w ogóle nie rozmawiali nawet między sobą. A gdy Paulinho od sąsiada nauczył się kilku tamtejszych przekleństw, to koledzy z drużyny byli oburzeni i się na niego pogniewali.

- Przyzwyczaił się pan do azjatyckich potraw?

- Na szczęście nie musiałem, bo razem z trenerem i oboma Brazylijczykami mieliśmy zawsze osobny stolik i dania bardziej odpowiadające naszym podniebieniom. Czasami dałem się jednak skusić na chińszczyznę i generalnie smakowała mi. Potrafię jeść pałeczkami, ale najczęściej miałem do dyspozycji... szczypce. A gdy już zatęskniłem za czymś swojskim, po prostu zabierałem żonę do McDonaldsa.

- Nie obawia się pan, że nie zdoła teraz wywalczyć miejsca w podstawowym składzie Legii?

- Wiele będzie zależało od mojej dyspozycji, a przyznam szczerze, że bardzo o siebie w Chinach dbałem. I jestem przekonany, iż nie będę odstawał od kolegów. Dotąd trenera Dragomira Okukę widywałem jedynie w telewizji, więc nie sądzę, żeby był do mnie uprzedzony. Szkoda tylko, że nie będę mógł wystąpić przeciw Valencii, bo nie zostałem zgłoszony do rozgrywek pucharowych. Mam nadzieję, że już w niedzielę w Radomsku znajdę się w meczowej kadrze.



Rozmawiał Adam Godlewski

Udostępnij