Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Siedmiu wspaniałych

niedziela, 21 października 2001 22:23
Genezyp Kapen

Pewną tradycją w naszym futbolowym środowisku jest popadanie w nieokiełznany zachwyt pod byle jakim pretekstem. Prezes Michał Listkiewicz właśnie łaskaw był zapowiedzieć wspaniały mecz z prezentującym wysokie umiejętności Kamerunem na stadionie Lecha posiadającego wspaniałych kibiców. Mecz rozegrany zostanie tam z okazji - jakże by inaczej - wspaniałego jubileuszu Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kilka dni wcześniej Paweł Zarzeczny na antenie Canal Plus łkał z zachwytu nad polską szarzyzną ligową. Wśród wielu niedorzeczności, które z ust Zarzecznego padły na uwagę zasługuje koncepcja wprowadzenia Ligi Mistrzów do Poznania (nie odwrotnie!), bo to miasto leży na zachodzie Polski, a Lech dużo kibiców ma. Jedynym usprawiedliwieniem Pawła Niedorzecznego... przepraszam Zarzecznego może być fakt przebywania w gorącym studiu i zmaganie się zachrypnietego pana redaktora ze stanem wskazującym na spożycie i to niekoniecznie tortu jubileuszowego, co sugerował Andrzej Twarowski. Głosy zachwytu nad progresją w polskim światku futbolowym uprawia zresztą od wielu tygodni na antenie C+ kolejny pezetpeenowiec - Wit Żelazko - rozbiący za najwybitniejszego konesera układów nóg męskich w polu karnym.
Im bardziej opada euforia po awansie drużyny narodowej do finałów mistrzostw świata, tym bardziej gotuje się w głowach. Objawia się to nie tylko w potoczystej retoryce sformułowań, ale w wyrażaniu zachwytów zawczasu nad wszystkim, co wiąże się z futbolem. Ten przestał być grą w piłkę, a stał czymś w rodzaju gry wstępnej, od której blisko do orgazmu. Zanim okaże się, orły nie mają piór, a prezes jest nagi napomknę nieśmiało, że bez względu na szum, magiczne zaklęcia i zachwyty czołowi nasi piłkarze ledwie łapią się w lidze greckiej, niektórzy odgrywają znaczące role w drugiej Bundeslidze lub grzeją ławy we Francji. Acha, jeden nawet broni w Premiership, w której aż roi się od wyeliminowanych Norwegów, w której zadomawiają się Łotysze, Czesi itp.



Zanim przejdę do kwestii legijnych, pozwolę sobie zauważyć, że elementem myślenia magicznego o piłce jest nie tylko używanie przymiotnika "wspaniały: w dowolnych kontekstach, ale przede wszystkim uprawianie na głos wiary, że zmiana zarządu PZPN uzdrowiła cały nasz futbol. Bo czy zdarzyło się coś znaczącego w naszej piłce poza roszadami personalnymi? Nie przybyło ani jednego stadionu z prawdziwego zdarzenia, nie powstała ani jedna szkółka piłkarska, nie wzniesiono żadnego masztu ze sztucznym oświetleniem. Trafił się za to awans. Okaże się za kilka lat, czy będzie on kamieniem milowym w uzdrawianiu polskiej piłki, czy też łabędzim śpiewem, który kosztował tyle wysiłku, że futbol pogrąży się w niebycie. Zostaje czekać na mundial, którego Polszmat nie chce nawet transmitować dla zwykłych polskich śmiertelników.


Prawdę o krajowym futbolu odkrył ostatnio trener Okuka. Bez wielkiego zadęcia pokazał jak banalna jest recepta na dobrą grę w polskich warunkach. Zastosował jedyną możliwą w realizacji taktykę gry polegającą na ruchliwości i dynamice graczy, czyli ich wybieganiu. Hiszpańska prasa po meczu z Valencią w Warszawie przyznała, że mimo słabiutkiego wyszkolenia technicznego, legioniści dużo przebierając nogami, dawali sobie z Valencią radę. Tu jestem w stanie się zgodzić, gdyż rzeczywiście wszyscy obawiali się srogiego lania. Obawiam się jednak, że oglądaliśmy w czwartek pucharowy coś w rodzaju szczytu obecnych możliwości zespołu z Łazienkowskiej. Proszę nie traktować tego jako malkontenckiej krytyki gry, bo Okuka przygotowywał grę Legii w polskich warunkach i jak na polskie możliwości dobrze. Warto tylko zauważyć, że owe "polskie możliwości" nad którymi słychać ostatnio tyle wspaniałych zachwytów nie są zbyt duże. Na rywali pucharowych trzeba nie tylko szybko i dużo biegać, ale także biegający muszą coś umieć. Nie przypadkiem bramki w Legii zdobywa najlepiej wyszkolony technicznie Karwan. Nie bez przyczyny Legia musi wypracować kilka sytuacji strzeleckich żeby raz trafić w bramkę. Bo Karwan jest niestety tylko jeden. W końcu nawet w reprezentacji nie przypadkiem najlepszym strzelcem jest Olisadebe. Bez niego, w ogóle nie liczylibyśmy się w tych eliminachjach, bo w Polsce nie szkoli się piłkarzy tak, by byli technicznymi wirtuozami. Pech chce, że akurat tacy rozstrzygają mecze. Czy fakt ten wpływa na jakiekolwiek działania w polskim futbolu, na zmianę koncepcji szkoleniowych, na wprowadzanie programu gruntownych zmian, na rezygnację ze średniowiecznych przyzwyczajeń? A po co? Przecież jedziemy na mundial, a taka wyszkolona Holandia nie. Jestem przekonany, że znów zwycięży odwieczna prowizoryczna koncepcja, że jakoś to będzie i nic szczególnego nie należy zmieniać. Resztę załatwi Wit Żelazko, dowodzący, ze sędziwie we Francji oraz Włoszech także popełniają błędy.


Teraz chciałbym podywagować o szansach na tytuł Legii, o czym - przyznam się przez długie sezony niepowodzeń i okresy rozgrywek pozaboiskowych w klubie - zdążyłem się stęsknić. Nie jest odkrywcze stwierdzenie, że zarówno sytuacja wewnętrzna jak i w czołówce ligi przypomina tę z sezonu 96/97, kiedy to wbrew wszystkiemu Legia omal nie zdobyła tytułu, choć przed sezonem nic na to nie mogło wskazywać. Trenerem głównego rywala do trofeum był również Franz Smuda. Legia uprawiała podobny jak obecnie styl gry - szybką piłką, bez niepotrzebnego przetrzymywania jej w środku pola. Trener Okuka ma wprawdzie nieustanne problemy kadrowe - co wyrzuci ex-gwiazdora, to dwóch kolejnych wraca mu do klubu. Na szczęście drużyna na razie daje sobie radę. Ostatnie mecze pokazały jeden jedyny niepokojący objaw: kiedy zawodnicy są podmęczeni i tracą przewagę wybiegania, powracają obrazki starej Legii i błędy w obronie. Nie na tyle jednak, by retrospekcje te niweczyły boiskowe wyniki (piszę to kilka godzin przed pojedynkiem z Radomskiem, więc proszę nie brać rezultatu owego jako inspirującego tenże felieton). Specjalnością polską jest prowizorka, wiec budzi moje obawy kolejny etap budowania drużyny. Stworzenie zaplecza, posiłki kadrowe są drogą prowadzącą do stworzenia drużyny, która kosztowała nas tyle nerwów w ostatnich latach. Lepsza drużyna niedokończona, choć romantyczna i ambitna, niż przeinwestowana, za to roszczeniowa i leniwa. Dowodem, że taki mechanizm w Polszcze działa w najlepsze niech będzie sytuacja do której doszło w krakowskiej Wiśle. Klub bogaty, ze sponsorem, mnóstwem asów ligowych, a tymczasem... Jest nadzieja, że awantura wokół przepisów premiowych, niezadowolenie rezerwowych, konflikty pomiędzy zarządem a piłkarzami, kibicami a trenerem doprowadzą do znanej z wcześniej w Legii sytuacji, że naszpikowana gwiazdami, równo pracująca drużyna - tym razem z grodu Kraka - zacznie na wiosnę zgrzytać.


Kiedy największą bolączką Legii staje się nieskuteczność, znak to, że jest dobrze. Pamiętam, że opiewana w pieśniach Legia z Ligi Mistrzów również potrzebowała pięciu stuprocentowych sytuacji, by strzelić gola. Kucharski nie trafiał do pustej bramki przeciwko Spartakowi w Warszawie, Podbrożny z dwóch metrów przenosił piłkę nad poprzeczką itp. Z Blackburn skromnie wygraliśmy, ale także marnując przynajmniej trzy sytuacje stuprocentowe. A mimo to, ten okres kibice wspominają z nieukrywanym sentymentem i tęsknotą. Taki już urok polskiego grania na europejskim poziomie.

Czy jednak obecne atuty Legii wystarczą na Wisłę, która gra doprawdy dziwny futbol, niby nieefektowny, ledwo ledwo, ale w końcu wychodzi na swoje? Znów nasuwa się analogia do prowadzonego przez Smudę gry Widzewa w 1997. Legia była lepsza w porywach temparamentu i szybkości, ale opadła z sił i musiała przegrać z nieefektownie, choć równo grającymi łodzianami. Czy będą wzmocnienia, i jeśli tak, to czy na pewno poprawią sytuację? Obrazki Legii ostatnich lat dowodzą, że zbyt wiele gwiazd w tym zespole przynosi odwrotny od zamierzonego skutek, więc czasem lepiej nie poprawiać tego, co w miarę jest dobre. W końcu najważniejsza kwestia: czy$Legia będzie w wtanie w rundzie$finałowej wygrywać mecz za meczem, co może okazeć się kluczem do zwycięstwa. W wyścigu o tytuł porażka ze Śląskiem czy remis z Ruchem na własnym boisku mogą spowodować, ze bezpośredni mecz z Wisełką może nie mieć znaczenia. Teraz mamy jeszcze jeden problem w obronie, gdyż ani Jarzębowski, ani Gierasimovski nie są piłkarzami na tyle pewnymi, by opierać na nich grę defensywy. Może nastąpi cud i Zieliński zagra z Łapińskim oraz nie nastąpi szkodliwe sprzężenie zwrotne pt. syndrom zbyt wielu gwiazd w drużynie?
Przyznam, że od kilku tygodni usiłuję przyrównać grę Legii do gry Wisły i przeanalizować moce oraz siły, ale niewiele z tego wychodzi. Może być tak, że Legia będzie w stanie zagrać swoje przeciwko Wiśle i swą dynamika roznieść wiślaków. Wiele przemawia także za tym, że indywidualności krakowskie dadzą radę narzucić Legii swój styl gry. Przyglądam się takiemu spotkaniu Inter - Wisła i rozumiem coraz mniej. Niby wydaje się, że mecz wyrównany, że dostojnie prezentujący się wiślacy mogą w każdej chwili przyspieszyć i nawet wygrać, ale to wrażenie pozostaje już do końca, a Wisła gładko przegrywa. Atak Żurawski-Moskalewicz-Frankowski oraz pomoc z Kosowskim i Szymkowiaoiem przynajmnien na papierze spvawiają lepsze wvażenie od zestawów jakie może przeciwstawić Legia. Same nazwiska w dodatku pozbawione premii nie zagrają na wysokim poziomie, ale nie ma się co oszukiwać, w obecnej chwili o 60 proc. wartości Legii stanowią trzej gracze: Karwan, Vuković i Kucharski. Może na wiosnę do wysokiej formy dojdą Piekarski, Yahaya i Zieliński. Może Wróblewski zaliczy przełomowy sezon. Ciekawa wiosna się szykuje...

W tym miejscu warto napomknąć o reformie ligi polskiej. Kluczowym zagadnieniem jest, czy na wiosnę pojawią się znowu kolejki cudów? W wydaniu jesiennym ośmiodrużynowe grupy sprawdzają się. Za sprawą mundialu - jeszcze jesienią br. - będzie można próbować ocenić co z tego wyniknie. Najgorszą wieścią dla kibiców Legii jest fakt, że w tym sezonie nie zagramy ani z Widzewem, ani z Górnikiem ani nawet z GKS Katowice. Dawne rachunki będą znowu musiały czekać. Przy konsekwentnej reformie to istnieje możliwość, ze niektóre drużyny nie zagrają ze sobą przez całą dekadę. Na szczęście derby z Polonią Warszawa są prawie pewne. A mogły być czwórmecze z tymi wszystkimi drużynami... Jeśli wiosna okaże się niewypałem reformatorskim, starty będą podwójne, bo na jesieni, kiedy wszystko jest w miarę normalne bez względu na kształt systemu rozgrywek graliśmy w koło Macieju z Ruchem i Stomilem, Pogonią, a na wiosnę wskutek układów stracimy możliwość rywalizacji z najzacieklejszymi wrogami, bez których liga polska byłaby nudna, jak Canal Plus bez apekarskich dywagacji Wita Żelazki.

Udostępnij