Legia poniosła kolejną porażkę. Tym razem od podopiecznych Jacka Gembala lepsi byli koszykarze z Rudy Śląskiej.
Coś złego dzieje się z warszawską Legią. Po dobrej grze z początku sezonu nie ma obecnie śladu. Trzecia kolejna porażka dotkliwie obnażyła braki w grze warszawskiej drużyny. Niektórzy gracze sprawiają wrażenie, jakby na parkiecie znaleźli się zupełnie przypadkiem. Dotyczy to zwłaszcza rozgrywających. Tomas Pacesas, Kenroy Jarrett i Andriej Sinielnikow seryjnie pudłowali i tracili piłkę za piłką.
- To co zrobił Jarrett na półtorej minuty przed końcem to czysty idiotyzm - Jacek Gembal po meczu był wściekły na swoich zawodników. - Mamy szansę doprowadzić do remisu, brakuje nam tylko trzech punktów, a on na oślep wpada na przeciwnika i tracimy piłkę.
Żaden z obwodowych graczy Legii, może poza Sinielnikowem w pierwszej kwarcie, nie potrafił sobie poradzić z grającym w niedzielę w reprezentacyjnej formie Pawłem Szcześniakiem. W pierwszej połowie były gracz Pruszkowa trafił wszystkie pięć rzutów z gry i obydwa wolne. W całym meczu zdobył 24 punkty, miał pięć asyst i trzy przechwyty, schodząc z boiska tylko na minutę.
- Niektórzy pytają mnie, jak długo Paweł wytrzyma grę przez 40 minut - opowiadał Wojciech Krajewski. - Jestem zdania, że zawodnik musi być gotowy do takiego wysiłku, a Szcześniak przez ostatnie trzy lata nabawił się odcisków na pośladkach od siedzenia na ławce, więc teraz jest bardzo głodny gry.
Razem z Svajunasem Airosiusem, który rzucił 21 punktów stanowili duet nie do powstrzymania przez warszawiaków. Szanse na zwycięstwo Legia pogrzebała ostatecznie w trzeciej kwarcie. Przez pierwsze siedem minut warszawiacy zdobyli tylko 2 punkty. Dobra obrona rudzian sprawiła, że cztery razy koszykarze trenowani przez Jacka Gembala nie potrafili oddać rzutu w ciągu przewidzianych na akcję 24 sekund.
- Stanowimy zespół nie tylko na boisku - podkreślał po meczu Wojciech Krajewski. - Skazywano nas na porażki, jednak niechciani w innych klubach zawodnicy pokazują, że skreślono ich zbyt pochopnie.
W zespole z Rudy Śląskiej tylko jeden zawodnik, Marcin Kuzian, ma powyżej dwóch metrów wzrostu. Wydawało się, że zejście tego gracza na ponad osiem minut przed końcem meczu za piąty faul pomoże Legii. Nic z tego nie wyszło. Warszawska drużyna gubiła się w nieprzygotowanych akcjach, Pogoń spokojnie kontrowała, pokazując Legii, że koszykówka jest bardzo prostą grą i nie trzeba jej komplikować, żeby odnieść sukces.
- Nie wiem co się ostatnio dzieje z moją drużyną - mówił po meczu trener Legii. - Wydaje się, że niektórzy zawodnicy nie są psychicznie przygotowani do gry w koszykówkę.
W hali przy ul. Obrońców Tobruku Legia praktycznie nie grała. Nie pomógł nawet głośny doping nielicznych kibiców wspieranych przez kilkuosobową orkiestrę.