Są takie momenty w życiu kibica, kiedy kibicem nie sposób pozostać do końca. Nie chodzi tu o dramatyczne wybory życiowe pomiędzy np. własnym ślubem a meczem ukochanego klubu, ale o stany mentalne, które kibicowanie spychają gdzieś na margines spraw. Oglądając niechlubne 1:6 z FC Valencia uzmysłowiłem sobie, że to co dzieje się na boisku, to nie tylko rywalizacja sportowa, to nawet nie wynik pojedynczego meczu, to już nie tylko sam futbol. Rozmiary porażki też nie mają decydującego znaczenia. Kiedy naszpikowany gwiazdami Inter Mediolan przegrał 0:6 derby z naszpikowanym gwiazdami AC Milan, można było rozważać aspekty piłkarskie całego wydarzenia. Wszak umiejętności graczy zbliżone, budżety klubów równie niemałe, zainwestowane setki milionów dolarów itd., a mimo to tak miała miejsce druzgocąca porażka.
To jednak, co widziałem na boisku FC Valencia było jedynie przerażającym świadectwem zapaści w jakiej żyjemy - tu, na Wschodzie, w Polsce względem tego, co dzieje się tam, w Hiszpanii. I proszę mi nie wmawiać, ze w Warszawie było dobrze, a tylko sędzia nawalił. Nawet gdybyśmy jakimś cudem wygrali tu 3:0, drużyna hiszpańska nadrobiłaby straty z nawiązką. Bo ferrari zawsze przegoni poloneza, mimo, że oba w pewnym momencie jadą po 60 km/h.
Kiedy przegrywał Inter kibice też rwali sobie włosy z głowy, nie wiedząc dlaczego ci, którzy grać umieją, nie zagrali na miarę przyzwoitosci. Kiedy przegrywała Legia miałem poczucie spokoju, bo przegrywali ci, którzy grać nie umieją i którzy musieliby podjąć nadludzki wysiłek biegowy, by ten brak umiejętności zrównoważyć. Wszak Dawid z Goliatem wygrał tylko raz i to na kartach książki, która do dziś budzi wiele wątpliwości.
Uzmysłowiłem sobie, że oprócz Legii przegrały na boisku w Walencji wszystkie złudzenia, mity i nadzieje na szybki powrót polskiej piłki (i nie tylko jej) do prawdziwego świata - gdzie gra się naprawdę a i żyje się nie na niby. Nasi gracze nawet gdyby talent piłkarski rozwijali z prędkością światła, nie dogonią tych rywali, których oglądałem w pamiętny czwartek. Bo od małego nie są nauczeni podstaw piłkarstwa, bo przyzwyczajeni są do ligi, która zmusza do rywalizacji, ale nie zawsze piłkarskiej, bo są zawodowcami, a tylko nimi bywają, bo grają na stadionach, które stadionami są tylko z nazwy, bo uprawiają dyscyplinę, która nie polega na doskonaleniu umiejętności, ale zdobywaniu punktów ligowych. Dlatego umieją przede wszystkim faulować, symulować i kłócić się. Nie będę brnął w oczywistości. Przyczyn porażki nie należy upatrywać w postawie zespołu, tylko w jego przeciętnych jak na europejskie warunki umiejętnościach, które o zgrozo, czy może chwała Bogu w zupełności wystarczają na polską ligę. Bo kibicem przestaję pozostawać w momentach, kiedy o wyniku gry nie decydują sami piłkarze, bo nie ponoszą winy za uczestniczenie w realiach dziesiątków lat zacofania wszystkich dziedzin życia. W tym wychowania, metod szkoleniowych juniorów, braku wzrocó, treneró, obiektów. Legia była bezradna jak cały nasz kraj wobec wyzwań współczesnej rzeczywistości.
Teraz czeka nas powrót do zastępczej piłki nożnej, czyli ligi. Tu Legia może brylować, ogrywać jeszcze słabsze ekipy (co daj Boże) krajowe. Żeby uwierzyć, że te zwycięstwa są czymś realnym, prawdziwym w wymiarze prawdziwego futbolu, trzeba zdusić świadomość, że oto gdzieś tam w ciepłych krajach gra sobie hiszpański zespół FC Valencia. Z punktu widzenia Hiszpanów kibicowanie polskiej lidze piłkarskiej przypominać musi fascynację belgijską liga hokejową, ale tylko w tej schizofrenii można szczerze kibicować, nie mogąc kibicować naprawdę.
Felieton
Rozjechani
piątek, 2 listopada 2001 22:44
Genezyp Kapen