Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Piłem tylko piwo. Ile? Nie pamiętam!

czwartek, 8 listopada 2001 09:37
Moussa Yahayaźródło: Gazeta Wyborcza

- Za wszystko bardzo przepraszam, to się więcej nie powtórzy. Miałem chwilę słabości. Wypiłem sporo piwa - mówi "Gazecie" piłkarz Legii Moussa Yahaya, którego zatrzymała w Krakowie policja. Miał 2,57 promila alkoholu.


W poniedziałek piłkarze Legii mieli tylko rozruch. Po nim - kilkadziesiąt godzin wolnego.


- Trenerze, mogę rozmawiać z dziennikarzem? - zapytał Yahaya po środwych zajęciach II trenera Legii Dariusza Kubickiego. - Jasne - padła odpowiedź.


- Pojechalem do Krakowa. Mój menedżer ma tam restaurację - opowiada Yahaya. - Mam tam też wielu znajomych, na pewno więcej niż w Warszawie. Po treningach siedzę w domu. Tęsknię za rodziną. Żona z dziećmi mieszka w Hiszpanii. Kiedy mam więc wolną chwilę, jadę do Krakowa.


Wieczór pod Wawelem Yahaya miał bardzo intensywny. Najpierw był w restauracji swojego menedżera Lou Sambu, a potem... - Poszedłem z kolegami, ciemnoskórymi studentami z Krakowa, do dyskoteki - opowiada Yahaya. - Piliśmy alkohol.


- Piwo, czy coś mocniejszego?


Yahaya waha się chwilę, w końcu odpowiada, że tylko piwo. - Ile? Skąd mogę pamiętać? Nie liczyłem, ale dużo - śmieje się piłkarz.

Późno w nocy Yahaya wyszedł z dyskoteki. - Szedłem do taksówki, brakowało mi stu metrów, chciałem pojechać do mieszkania Lou Samby - mówi. - Nagle pojawiła się policja. Wylegitymowali mnie. Bzdurą jest, że leżałem na chodniku na Floriańskiej. Szedłem o własnych siłach. Mój dramat zaczął się od tego, że nie miałem ze sobą paszportu z polską wizą.

Yahaya miał przy sobie tylko pozwolenie na stały pobyt, ale w Hiszpanii. - Paszportu nie wziąłem z domu, bałem się, że go zgubię. Gdyby tak się stało, to dopiero miałbym problem - mówi.


I kontynuuje opowieść o spotkaniu z policją: - Poprosiłem, by dali mi telefon. Chciałem zadzwonić po kolegę, który wszystko by wyjaśnił. Zna doskonale język polski. Niestety, policjanci odmówili mi. No to mówię: "Panowie, idę do taksówki, dajcie spokój, jestem piłkarzem Legii". A oni na to: "Legia? No, to k... idziemy". Wsadzili mnie do samochodu i zawieźli do izby wytrzeźwień, w której spędziłem noc.


W trakcie przebierania Yahai, u piłkarza znaleziono tajemniczy woreczek. - Mówiłem, że tam nie ma narkotyków, że to moje talizmany szczęścia - mówi. - Nie uwierzyli. I to mnie najbardziej boli. Ja narkotykami się brzydzę, nigdy nie miałem z nimi do czynienia. Informacja o tym, że mam narkotyki, przedostała się do mediów. Ogromny żal mam też o to, że kiedy wychodziłem z izby, prowadzono mnie w kajdankach, jak zwykłego bandytę. A ja przecież tylko za dużo wypiłem. Nie byłem agresywny, nikogo nie obraziłem. A tu, przy wyjściu, czekały kamery, błyskały flesze aparatów. Wstydzę się tego, co zrobiłem, ale też uważam, że zostałem źle potraktowany. Po co te kamery?


W środę rano Yahaya stawił się na Łazienkowskiej. - Od razu w szatni przeprosiłem wszystkich kolegów. Postąpiłem głupio i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Nie mam problemów z alkoholem - mówi Yahaya. - Nie pojadę na mecz do Radomska, poniosę karę finansową. Cóż, była wina, musi być i kara.


Rozmawiał Robert Błoński

Udostępnij