Kibicowanie to dla mnie rzecz najważniejsza z nieważnych - mówi ksiądz Wojtek. Pracuje w parafii św. Jana i Pawła na warszawskim Gocławiu. Ogromną część wolnego czasu poświęca na kibicowanie Legii.
Skromne, dwupokojowe mieszkanie na gocławskiej plebanii. W małej sypialni, oprócz świętych obrazków, na ścianie wisi kilkanaście szalików z emblematami klubów piłkarskich z całej Polski. - Jedni zbierają znaczki, inni motyle albo łowią ryby. Kibicowanie, chodzenie na mecze, to dla mnie forma oderwania się od obowiązków, pracy, kłopotów - mówi ksiądz Wojtek.
Pierwszy raz
na meczu byłem w 1983 r. na stadionie Dziesięciolecia. Kończyłem wówczas podstawówkę. Polska grała z Finlandią. Atmosfera niesamowita, choć mecz był słaby, a wynik niekorzystny (1-1). Pamiętam, że stałem, bo wszystkie miejsca były zajęte. Nie wciągnąłem się jeszcze wtedy w kibicowanie i nie chodziłem na mecze. Uczyłem się, nie było czasu, ani pretekstu do wyjścia na stadion. Powód znalazł się dopiero w 1989 r. Byłem w seminarium, a na Łazienkowskiej odbywał się mecz Księża - Dziennikarze. Dochód przeznaczono na rzecz rządu premiera Mazowieckiego. Po nim, towarzysko, zagrała Legia z GKS Katowice.
Interesowałem się futbolem, jak większość chłopaków. Mieszkałem w podwarszawskich Markach i od zawsze sympatyzowałem z Legią, ale kibicowałem tylko jednej drużynie - reprezentacji Kazimierza Górskiego. Miałem komiks o MŚ w RFN i eliminacjach do nich. Znałem go na pamięć - każdy rysunek. Wiedziałem, kto strzelał gole, kto asystował.
Pamiętam mecz na Wembley w 1973 r. Zaczynał się późnym wieczorem. Nie mogłem go oglądać, bo rodzice kazali mi iść spać. Podkradłem się jednak i całą pierwszą połowę obejrzałem zza fotela. Tata mnie zobaczył, nakrzyczał i dopilnował, żebym się położył. Bramki Domarskiego nie widziałem.
Pamiętam także mecz z Niemcami o awans do finału MŚ. Byłem z rodzicami w Jantarze nad morzem. Strasznie u nas lało, tak jak we Frankfurcie. Spotkanie oglądałem w świetlicy, gdzie był jedyny telewizor. I jak tylko coś się zdarzyło, pędziłem do domku, do rodziców i im opowiadałem.
Nie wiem, jak się zaczęło regularne chodzenie na stadion przy Łazienkowskiej. Legia grała w Lidze Mistrzów, nawet nie pamiętam z kim. Na mecz ligowy wyciągnął mnie kuzyn - pracowałem wtedy w parafii w Halinowie. Byłem "dwuletnim" księdzem.
Pamiętam, że strasznie bałem się iść na stadion. Bałem się kibiców, tego, że dostanę kamieniem w głowę, obawiałem się burd, awantur. Potem przekonałem się jednak, że największy lęk czują ci, którzy na stadiony nie chodzą. Tak naprawdę nie ma się czego bać. Irytują mnie dziennikarze, którzy podgrzewają atmosferę zagrożenia. Nie czytam więc żadnych gazet, oprócz "Naszej Legii".
Potem poszedłem na spotkanie z Blackburn. Zrobiliśmy sobie wycieczkę z księżmi z Halinowa. Ktoś powiedział: "Przyjeżdża mistrz Anglii, warto zobaczyć". Za bilet zapłaciliśmy aż 50 zł, ale nie żałowaliśmy.
Od tej pory zacząłem chodzić na Łazienkowską coraz częściej. Byłem na najważniejszych meczach: z Polonią, Widzewem, Lechem. Teraz jestem na wszystkich.
Stadion piłkarski to
miejsce inne niż wszystkie
Nie można go porównać z kinem, kawiarnią czy teatrem. A już na pewno nie z kościołem.
Na stadionie najbardziej nie znoszę przekleństw. Toleruję docinki, drobne złośliwości. Takie, jak kiedyś na koloniach: "Chociaż czarne macie gacie, z nami nie wygracie". To jest do przyjęcia. Nie ma w tym chamstwa. Człowiek nie musi przecież przeklinać, by przekazać drugiemu co myśli. Jeśli ktoś przeklina za moimi plecami, potrafię wstać i zwrócić mu uwagę.
Kiedy kilka lat temu przeniosłem się do parafii na Bródno, razem ze znajomym księdzem Darkiem zabieraliśmy na mecze dzieci: uczniów, ministrantów, bielanki. Najmłodszy kibic, który z nami jeździł, miał może cztery lata. W sumie jeździło od 60 do 140 osób - na początku autobusami komunikacji miejskiej, a potem, gdy mieliśmy autokar, mogliśmy zabierać coraz młodsze dzieci.
W tej grupie nie było przeklinania. Ustaliliśmy, że gwiżdżemy, wyrażając dezaprobatę, docinki mają być dowcipne, a nie wulgarne. Siadaliśmy z dzieciakami na łuku za bramką od ulicy Łazienkowskiej i przed każdym meczem mówiłem: "Śpiewamy wszystko, z wyjątkiem piosenek, gdzie są bluzgi". Jeśli ktoś spróbował chociażby podjąć taką piosenkę, to był to jego ostatni mecz. Czuliśmy, że robimy coś, żeby wizerunek kibica poprawić.
Wiem, że dziecko, choć nie śpiewa, to jednak słyszy przekleństwa. Co mogę zrobić? Nakłaniam tylko innych, by nie przeklinali. Zmienić wszystkich nie sposób, nie ma też co udawać, że na stadionie panuje kulturalna atmosfera. Jednak naprawianie trzeba zacząć od siebie.
Czasem ktoś pyta, po co to robiłem? Czy jestem wariatem, który brał setkę dzieciaków, wsiadał w autobus MZK i jechał z Targówka na Łazienkowską, a po meczu wracał tym samym autobusem, razem ze "zwierzętami" i nie bał się, że mu te dzieciaki wyduszą, obrzucą kamieniami albo zasztyletują. Ja wiem, gdzie na stadionie usiąść. Nie zajmuję miejsca między sektorami dla kibiców gości i Legii. Gdybym to robił, rzeczywiście byłbym wariatem. Ja wierzę w stadiony bez barierek oddzielających piłkarzy od kibiców. Tak samo, jak 15 lat temu wierzyłem, że przyjdą czasy, gdy colę będzie można kupować w sklepie.
Na mecze chodzę zazwyczaj po cywilnemu. Większość kibiców, których znam z wyjazdów, i tak wie kim jestem. Na powitanie mówią: "Szczęść Boże", a ci, co znają mnie lepiej:
Witaj wielebny.
Wydaje mi się, że żywią do mnie szacunek. Chcę dawać przykład poprzez to, co robię, a nie to, jak wyglądam i w co jestem ubrany. Dlatego nie zakładam na mecz sutanny ani koloratki. Wolę być incognito, bo nie ja jestem na meczu najważniejszy. Przychodzę oglądać widowisko, a nie, żeby być oglądanym. Na wyjazdach staram się stać z boku. Czasem jednak wydaje mi się, że wiem, jak czuł się Daniel w jaskini lwów.
Pierwszy wspólny wyjazd był do Łodzi na finał Pucharu Polski, w którym Legia grała z GKS Katowice. Namówili mnie ministranci i lektorzy z Wołomina, którymi się opiekowałem. Pamiętam, że najpierw przekrzykiwali się kibice CWKS z GKS, potem CWKS i ŁKS z GKS, a w końcu RTS Widzew z ŁKS, a na końcu wszyscy krzyczeli na wszystkich. Dialogi były zabawne, kończyły się wybuchami śmiechu. Szkoda tylko, że zawsze słyszy się w nich przekleństwa.
Polubiłem te wyjazdy. Oglądałem wiele meczów w europejskich pucharach. Od 1997 r. zaliczyłem ponad 50 spotkań wyjazdowych.
Najwięcej przykrości i obelg, doznałem, o dziwo, od... policjantów. Oni mają przyzwyczajenia zomowskie. Wyzwano mnie za to, że chciałem przejść obok policjanta i powiedziałem do niego: "Przepraszam". Posłał mi taką wiązankę, że gorszej nie słyszałem od żadnego z tych niby-łobuzów.
Kibice to beczka z prochem. Ale nie jest winą beczki, że wybucha. Odpowiedzialność ponosi ten, co podkłada ogień. Byłem na derby na Polonii, podczas których spłonął magazyn lekkoatletyczny. Stałem na trybunie kamiennej. Widziałem, jak chłopaka, który wlazł na budynek, gdzie sprzedawano bilety, zdjęto armatką wodną! Od tego się zaczęło. Ten chłopak zrobił źle, ale bez przesady - komara nie zabija się strzałem z armaty.
Nigdy nie dostałem pałką. Mam świadomość tego, że jestem spokojny i uczciwy, i nie powinna mi się zdarzyć krzywda. Może się na tym kiedyś pośliznę... Wtedy, na Polonii, byłem z niewidomym kolegą. Podczas awantur spokojnie wyszliśmy ze stadionu, nikt nas nie zaczepiał.
Znam dobrze kibiców,
są jak uczniowie. Rozmawiasz w cztery oczy i wydaje ci się, że możecie razem kraść konie. Natomiast w grupie są jak diabły wcielone. Z drugiej strony, kibice pojedynczo byliby nic nie warci. Siła kibicowania opiera się na grupie.
Widziałem ognisko na meczu Legia - Wisła pół roku temu. Zaczęło się od wypadku, źle skierowanych emocji. Paliła się flaga Wisły i od niej zajęły się krzesełka. Ci, którzy później dorzucali krzesełka do ognia, są chorzy. Pan Jezus mówił: "To nie zdrowi potrzebują lekarza, tylko ci, którzy się źle mają". Gdy ktoś popełni przestępstwo, to i tak większość rodziców powie: "To moje dziecko". Nie wyprze się go, nie odwróci, tylko postara się sprowadzić na lepszą drogę.
To nieprawda, że kiedyś nie było awantur. Poppersi bili się z punkami, wcześniej byli gitowcy, bikiniarze; dochodziło do zadym - ulica na ulicę, dzielnica na dzielnice, osiedle na osiedle. Antagonizmy były i będą. Rozumiem bójki i to, że ludzie w ten sposób rozwiązują swoje problemy, ale nie popieram tego.
W piłce potrzebne są przepisy prawne, jak w Anglii. Tam chuligani nie zniknęli, ale na stadionach nie ma już zadym, bo obowiązują przepisy regulujące zachowanie na obiektach sportowych i kary są egzekwowane. Gdzie na świecie jest znane określenie: "Niewielka szkodliwość społeczna czynu"? Nigdzie. Zrobiłeś źle, musisz ponieść karę. Rzuciłeś papier - podnieś go. Zniszczyłeś coś - odpracuj albo zapłać. Proste. Człowiek musi mieć świadomość konsekwencji swoich czynów, a chuligan na stadionie czuje się bezkarny.
"Bydło, chamstwo, żule,
bandyci, degeneraci, zwierzęta, chuligani" - takimi epitetami określa się najczęściej kibiców piłkarskich. Jest taki ksiądz Szpak, który co roku prowadzi pielgrzymkę hipisów na Jasną Górę. Słyszy o tych ludziach: "Pijacy, narkomani, homoseksualiści, wolna miłość, brudasy, brak zasad, więzi rodzinnej,". Odpowiada zawsze: "Dla mnie są to bliźni, ludzie, do których zostałem posłany. Jeśli w ich postępowaniu coś jest złe, to trzeba to hamować, a dobro, które tak jak zło jest w każdym człowieku, należy rozwijać".
Ja także widzę w kibicach bardzo złe rzeczy, ale nigdy nie powiem, że każdy to bandyta. To nie kiler strzelał, tylko człowiek. To nie "kibic" spalił stadion, tylko człowiek.
Denerwuje mnie generalizowanie. Czy jak jeden harcerz coś ukradnie, to wszyscy harcerze są złodziejami? A jeśli wśród kibiców jest łobuz, to znaczy, że wszyscy są źli? Jestem przykładem, że na mecze mogą jeździć "normalni" ludzie.
Co mnie pociąga w kibicowaniu? Może tak, jak z czarodziejskim fletem, za którego dźwiękiem myszy wyszły z miasta, tak ja idę na stadion Legii? Może to jakaś droga dotarcia do Pana Boga? Może swoją obecnością na stadionie kogoś zmienię... Może kiedyś, po meczu, ktoś - zamiast do knajpy - pójdzie do kościoła? To brzmi śmiesznie i niewiarygodnie, ale kiedy pracowałem w parafii na Bródnie i przyjechał biskup, nasza grupa kibiców stała obok ministrantów i bielanek.
Nigdy nie wstydziłem się tego, że jestem kibicem Legii. Jeśli już, to raczej za innych, którzy kibicują tej drużynie. Zdarza się na wyjazdach, że kibice gospodarzy demolują samochody z warszawskimi rejestracjami, czy rzucają kamieniami w pociąg z kibicami gości. Jestem zażenowany, gdy czasem fani CWKS robią to samo. Za takich ludzi wstydzę się i modlę.
Nigdy
nie miałem problemów
z powodu tego, że jestem kibicem Legii. Wręcz przeciwnie. Spotykałem się z większą życzliwością ludzi, nawet na wyjazdach. Szedłem z grupą pod eskortą policji, jeździłem pociągiem. Staram się postępować roztropnie, zostawiam samochód daleko i na stadion dojeżdżam autobusem albo taksówką. Gdy wchodzę na stadion, wiem jak się na nim zachować.
Momenty dramatyczne zdarzały się nieraz. Na stadionie Widzewa jest nowy sektor dla kibiców gości. Kiedyś mecz tam był piknikiem. Przyjeżdżał specjalny pociąg, zatrzymywał się na stacji Łódź-Widzew, tuż przy stadionie. Siadaliśmy za bramką, po meczu wracaliśmy. Nie mieliśmy kontaktu z kibicami Widzewa. Teraz posadzono nas w rogu. Oddziela nas od łodzian 10-metrowy sektor. Akurat wystarczy, by doleciał kamień. Często jeżdżę na mecze z niewidomym kolegą. Na Widzewie musieliśmy chronić się za podwójną siatką. Tam słuchaliśmy, jak te kamienie nad nami latają. Jak można było podjąć taką decyzję? To bez sensu, karygodne. PZPN i policja jakoś tego nie zauważa. Teraz o Widzewie mówi się "kamienny".
Porażki i wygrane Legii przeżywam bardzo. Myślałem, że zwariuję z radości, kiedy Czarek Kucharski strzelił w 90. min drugiego gola Panathinaikosowi w rewanżowym meczu I rundy Pucharu UEFA w 1997 r. Oglądałem to w Canal+. Niemal wyszedłem ze skóry.
Mistrzostwa Legii doczekam się
w tym sezonie. Skąd ta pewność? Jestem kibicem, a kibic musi wierzyć w sukces swojej drużyny. Nie może być realistą, więc może stąd tyle wariactwa wśród nas?
A zresztą, jakim realistą jest facet, który za kilka milionów dolarów kupuje kawałek papieru z napisem "Mauritius". To też wariat. Albo nabywca kolorowego płótna dotkniętego pędzlem Vincenta van Gogha? To są pasje. Człowiek, który ma pasję, będzie moczył kij w kałuży z nadzieją, że złapie rekina.
Wiem, co ktoś może sobie pomyśleć. Ja jednak poważnie traktuję swoje powołanie do kapłaństwa. Zachowanie Jezusa też czasem wywoływało zdziwienie, czy nawet zgorszenie. Jadał, przebywał z ludźmi z marginesu. Na stadionie też trzeba wychodzić do takich osób. Często są zagubione. W przerwach rozmawiam z nimi i taka szczera rozmowa jest prawie jak spowiedź.
Moją pasją jest też muzyka. Gram na gitarze, próbuję swych sił na perkusji. Ułożyłem nawet piosenkę dla Legii: "Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i Legia Warszawa". Mam nadzieję, że się przyjmie.
Czas wolny poświęcam pasji. Koledzy wiedzą, że jestem kibicem. Zamieniają się czasem ze mną na msze czy dyżury w parafialnej kancelarii. Jeśli jednak nie mogę obejrzeć meczu emitowanego w telewizji, to nagrywam i oglądam, nie znając wyniku. Gdy ktoś wtedy zadzwoni, zamiast powiedzieć: "Halo, dzień dobry", krzyczę, by Broń Boże nie podawał wyniku. Przeżywam spotkanie jakbym był na stadionie.
Koleguję się z niektórymi piłkarzami Legii. Parafianami są Jacek Magiera, Tomek Sokołowski. Znam się z Radkiem Wróblewskim, Wojtkiem Kowalewskim, a Sylwkowi Czereszewskiemu miałem zaszczyt udzielać ślubu. Żeby zjawić się na ślubie i weselu Grześka Szamotulskiego, przerwałem urlop. Ksiądz Mariusz Zapolski, udzielający ślubu, przedstawił mnie wtedy: "To najbardziej zagorzały kibic Legii, który przerwał urlop nad morzem, by przyjechać na ślub bramkarza ukochanej drużyny".
Wysłuchał Robert Błoński
Felieton
Sylwetka Księdza Wojtka
czwartek, 29 listopada 2001 17:27
Gazeta Wyborczaźródło: Gazeta Wyborcza