Już się wydawało, że koszykarze reprezentacji Polski grają dobrze i są blisko finałów ME. Ale po tragicznym meczu na Węgrzech zamiast być samodzielnym liderem grupy, muszą dokonać poważnego rachunku sumienia.
Gdyby zespół trenera Dariusza Szczubiała wygrał na Węgrzech, byłby jedyną drużyną grupy B z trzema wygranymi (w trzech meczach). W styczniu wystarczyłoby powalczyć z Francją i wygrać z Białorusią i latem trener polskiej kadry mógłby zająć się szukaniem uzupełnień do zespołu na finały ME w 2003 roku, bo druga część eliminacji byłaby formalnością.
Niestety, po klęsce w Peczu, gdzie Polacy w fatalnym stylu przegrali z europejskimi przeciętniakami aż 86-101, wszystko się zmieniło. Teraz okazuje się, że zamiast być o krok od finałów, byliśmy o krok od bardzo słabego startu w tych eliminacjach. Gdyby nie cudowny rzut Pawła Szcześniaka z 16 metrów we włocławskim meczu z Estonią...
Antyobrona
Polska straciła w trzech meczach aż 287 punktów. Gorzej w obronie ze wszystkich 30 zespołów grających w eliminacjach ME wypadła tylko drużyna Danii (288), blisko była mocno osłabiona Białoruś (284), a dużo lepszy na przykład Cypr (272), nie wspominając o naszym rywalu w grupie Francji, z którą już chcieliśmy się równać (197).
Gra polskich gwiazd w obronie była fatalna zwłaszcza w meczu z Węgrami, kiedy przeciwnicy mogli do woli urządzać sobie strzelaninę z wybranych pozycji. Sukcesem polskiej obrony we wszystkich trzech meczach było jedynie zatrzymanie graczy podkoszowych. Słabiej przeciwko Polakom zagrali najlepszy jak dotąd strzelec eliminacji Łotysz Kaspars Kambala (15 pkt. z Polską, 59 w dwóch pozostałych meczach) czy Estończyk Margus Metstak. Ale wszyscy rywale (nawet Łotysze, którzy akurat nie trafiali) mieli mnóstwo wolnych pozycji na obwodzie.
Dlaczego? Bo żaden polski koszykarz nie potrafi zatrzymać swojego rywala w akcjach jeden na jednego. Szybcy Laszlo Kalman czy Rauno Pehka mijali polskiego obrońcę, wtedy inny Polak odruchowo pomagał koledze i jeden z rywali zostawał niepilnowany. Szybkie podanie, rzut i stracone punkty. Przeciwko Polakom nie potrzeba było żadnej skomplikowanej taktyki, co najwyżej trochę skuteczności. A na poziomie reprezentacji narodowych o nieskutecznych koszykarzy bardzo trudno. Można być tylko szczęśliwym, że koszykarze Szczubiała trafili na słabiej dysponowanych Łotyszy, którzy w meczu z Polską trafili 8 z 31 trójek (26 proc.), a w pozostałych dwóch - 19 z 42 (45 proc.).
Antywyszkolenie
Wszystko to ma wiele wspólnego ze szkoleniem koszykarzy, które stoi na fatalnym poziomie - lub w ogóle leży - w klubach. W Polsce trenerzy zbyt często zajmują się układaniem składów i dobieraniem zawodników zagranicznych, a nie wypracowywaniem dobrej gry i prawidłowych odruchów w obronie i ataku. Potem nawet najlepsi polscy koszykarze nie umieją zatrzymać rywala, który akurat ma niezły dzień. A w ataku (zwłaszcza gdy trzeba zagrać zespołowo, na przykład przeciwko strefie) zachowują się jak stremowani juniorzy.
Ale tak będzie długo jeszcze, dopóki większość polskich trenerów - choćby na konferencjach prasowych - będzie umiała analizować mecz tylko z arkuszem statystycznym w ręku. Słyszymy: "mieliśmy mniej zbiórek, za to lepiej rzucaliśmy za trzy, ale o wyniku zadecydowały straty", "w pierwszej połowie dobrze broniliśmy, a potem się zdekoncentrowaliśmy" itp. Nikt nie mówi o różnych sposobach obrony przeciwko szybkiemu atakowi, podwajaniu groźnych zawodników rywala albo o wszechstronnych metodach atakowania przeciwko strefie. I tego nie widać też na boisku. Z zagrywek przeciwko strefie w Polsce funkcjonuje niemal wyłącznie łatwo przewidywalny i nieskuteczny "krzyż", który prawdopodobnie był znany nawet wynalazcy koszykówki Jamesowi Naismithowi, a w Polsce trenerzy uczyli go chyba nawet Kajetana Hądzelka, kiedy był juniorem w Stali Ostrów...
To wszystko tylko na pozór ma niewiele wspólnego z polską reprezentacją. Tak niedoszkoleni koszykarze, od których na co dzień nie wymaga się żadnej taktyki, nawet przy dobrej pracy i wiedzy obecnych trenerów kadry nie są w stanie wykonać niczego sensownego na boisku. Szczubiał zżymał się, że mimo wyraźnych poleceń Polacy nie faulowali Estończyków w ostatnich sekundach czwartej kwarty meczu we Włocławku, co skończyło się rzutem za trzy Martina Muurseppa i dogrywką. Nawet bez polecenia trenera myślący zawodnik powinien błyskawicznie podjąć decyzję o takim faulu! To samo było na Węgrzech - zobaczywszy strefę rywali, Polacy zaczęli bez zastanowienia rzucać za trzy, co akurat było najgorszym wyjściem. - Ja tego nie chciałem - żali się trener, ale to słaba wymówka.
Sam szkoleniowiec kadry także nie uniknął błędów. Ale lepszego szkoleniowca - z szerokimi doświadczeniami, horyzontami i wiedzą oraz chcącego się szkolić, umiejącego czytać grę i zastanowić się nad błędami - w Polsce i tak nie ma.
Pozostaną pytania: dlaczego Szczubiał na Węgrzech tak krótko trzymał na boisku będących w znakomitej formie Adama Wójcika (17 minut na boisku, 3/6 z gry), Kordiana Korytka (20 minut, 4/6 z gry) oraz Dominika Tomczyka (20 minut, 3/7), którzy mogli pod koszami stworzyć przewagę dla polskiego zespołu? Dlaczego piłka tak długo pozostawała w rękach Andrzeja Pluty, podczas gdy zawsze szukający partnerów Paweł Szcześniak pozostawał gdzieś schowany?
Być może to wszystko także było niezgodne z koncepcją Szczubiała, ale po kilku meczach także od niego można wymagać, żeby jego koszykarze wykonywali, co im się każe.
Antypromocja
Osobny rozdział to promocja gier naszej reprezentacji, co w dobie recesji i kłopotów na rynku może mieć decydujące znaczenie. Koszykarze walczą z siatkarzami, piłkarzami nożnymi i ręcznymi oraz z Małyszem nie tylko o miejsce w sercach kibiców, ale i o pieniądze od sponsorów, co zresztą jedno z drugim ma wiele wspólnego. Wszystko zaczyna się od transmisji telewizyjnych, które w przypadku ostatnich trzech meczów były antypropagandą koszykówki. Wciśnięte gdzieś w lokalnych programach TVP, niezaplanowane z odpowiednim wyprzedzeniem (więc nie było ich w programach drukowanych w tygodnikach lub choćby w naszej "Gazecie Telewizyjnej"), o realizacji transmisji już nie wspominając.
Jednak to nie tylko, a może wcale, wina TVP. PZKosz nie był dla telewizji partnerem w rozmowach, bo prawa sprzedał nie bezpośrednio, lecz przez pośrednika - firmę UFA. A ta - czemu nie ma się co dziwić - wepchnęła je swojemu klientowi jako dodatek w pakiecie ze skokami Małysza i meczami piłkarskiej kadry Engela. Skończyło się na tym, że PZKosz nie miał żadnego wpływu na to, jak jego sztandarowy produkt pod nazwą "Reprezentacja" będzie przedstawiony, ani nawet na to, czy w ogóle zostanie pokazany.
Na dodatek, mimo powstania specjalnej firmy pod nazwą Sport Program mającej promować koszykówkę dla PZKosz i PLK i zdobywać dla nich pieniądze nie udało się pozyskać żadnego sponsora dla kadry Szczubiała. Ile dobrego - nie tylko w banknotach - dała reprezentacjom siatkarzy i piłkarzy współpraca z dwoma sieciami telefonii komórkowych, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Trzecia - Idea - jest, owszem, związana z koszykówką, ale nie reprezentacyjną, lecz klubową. Polacy w meczach eliminacyjnych wystąpili bez choćby jednej reklamy na koszulkach, a podczas meczu z Estonią w najbardziej eksponowanym miejscu (na środku boiska) reklamowała się... sama firma Sport Program! Oby nie okazało się, że niedługo co bardziej ambitne letnie plany Szczubiała (zgrupowania, turnieje) trzeba będzie odwołać, bo nikt nie będzie chciał na to wyłożyć pieniędzy. A wtedy pożegnamy się z marzeniami o wielkiej koszykówce w Polsce i grze w finałach ME.
Felieton
Rachunek sumienia
piątek, 30 listopada 2001 10:29
Gazeta Wyborcza