Przełom roku zawsze przynosił wielkie zmiany we Włocławku. W tym roku muszą się do nich przyzwyczaić i we Wrocławiu. Czy tasowanie składem w połowie sezonu przyniesie oczekiwane skutki? Na razie najbardziej cieszą się z nich... w Sopocie.
Tuż po sylwestrze miałem okazję obejrzeć dwa ciekawe mecze z udziałem czołowych zespołów PLK. Najpierw Spójnia Stargard do ostatnich sekund walczyła o wygraną z Ideą-Śląsk Wrocław, a dwa dni później Anwil Włocławek z nowym trenerem pokonał Blachy Pruszyński Pruszków. Kluby z Wrocławia, Włocławka, Stargardu i Pruszkowa w ostatnich latach (od 1993 roku) zdominowały polską ekstraklasę. W tym czasie w finałach oprócz nich występowały tylko dwa zespoły, których w PLK już nie ma (Polonia Przemyśl i Stal Bobrek Bytom). Śląsk walczył o mistrzostwo siedem razy, włocławianie - pięć, pruszkowianie - trzy, a Spójnia - raz. Na przełomie lat 2001 i 2002 każdy z nich ma swoje kłopoty.
O koszykarzach Idei-Śląsk i ich problemach napisano już od września niemal wszystko. Ale teraz, kiedy opadł kurz po porządkach w klubie, okazało się, że zespół nie imponuje ani składem, ani grą. Trener Andrej Urlep zapowiadał kłopoty w meczach ze Spójnią i Legią. I kłopoty były. Czy w poprzednich latach przeciwko znanemu z twardości w obronie zespołowi Zeptera Łukasz Żytko rzuciłby 20 punktów (dokładając siedem asyst), Artur Robak rządziłby pod koszami, a Marcus Williams byłby nie do zatrzymania w akcjach jeden na jeden? Idea wygrała oba mecze, ale na pewno nikt nie jest zadowolony. Mijają kolejne dni - już 17 od zwolnienia Andrieja Fietisowa i Gintarasa Einikisa - a w klubie nie ma żadnego nowego koszykarza... Trener Urlep mówi, że potrzeba wzmocnień. Czy uda się załatwić odpowiednio mocne?
We Włocławku od kilku lat właśnie w połowie sezonu okazuje się, że dotychczasowa koncepcja nie była dobra. Albo zmieniają się zawodnicy, albo trenerzy, tylko działacze firmujący kolejne zmiany są ci sami. Pod choinką dwa lata temu znaleziono Daniela Jusupa, rok temu niedługo później Jusup pożegnał się z Włocławkiem. Tym razem Święty Mikołaj przyniósł rózgę Stevanowi Totowi, ale z worka wyjął Aleksandara Petrovicia. To mniej więcej sześć koncepcji drużyny w ciągu trzech sezonów. Może nie wszytkiemu, co złe spotyka potem Anwil w finałach, winni są sędziowie?
Anwil ma jednak równie oddanych kibiców jak Śląsk i niesamowitą atmosferę w nowej hali. Ludzie kochają tam koszykówkę i zasłużyli na wielkie emocje. Trener Petrović je obiecuje. Sponsor jest na miejscu i - mimo ponoć wcale niemałych kłopotów z wypłatami w starym roku - teraz już także pod tym względem wszystko ma być w porządku. Jeśli jeszcze włocławianie będą mieli zdrowego Aleksandra Kula...
W Pruszkowie natomiast wszystko na odwrót. Pieniądze kończą się na wszystkich frontach, nie ma nawet na zespół cheerleaders i nagłośnienie w hali, o kłopotach z wypłatami nie wspominając. Prezes Janusz Wierzbowski mówi w wywiadach: "Mamy drobne problemy z płynnością finansową, ale inni mają większe", "Budżet jest dopięty na cały sezon". Sam jednak najlepiej wie, że te słowa niewiele znaczą. Po prostu klub ma poważne kłopoty.
Zespół składa się tylko z dziesięciu zawodników (z powodu kontuzji we Włocławku gotowych do gry było ośmiu), a na wzmocnienia go nie stać. O nowych sponsorach nawet nie słychać. Pruszkowianie powinni wygrywać na wyjeździe, jeśli chcą znaleźć się w szóstce, ale grają już tylko we Wrocławiu, Ostrowie i Słupsku. A i w walce o miejsca 7-12 może być ciężko. I pomyśleć, że jeszcze niedawno co roku budowano w Pruszkowie "mistrzowski skład".
Z tego typu aspiracji już chyba zrezygnowano w Stargardzie, w którym kibice najlepiej pamiętają finał z 1997 roku z Keithem Williamsem, Joe McNaullem i Markiem Sobczyńskim w składzie Komfortu. Wtedy się udało, teraz szefowie klubu uznają to niemal za przekleństwo. - Kiedy nie zbliżamy się do tamtego poziomu, wszyscy są niezadowoleni - mówią. Teraz mają ciekawy, walczący zespół, rozbudowaną piękną halę i... nawet na meczu z mistrzem zaledwie połowę zapełnionych miejsc. Niestety, bez wielkich sponsorów, o których trudno, niedługo wszystkie zespoły mogą wyglądać jak Spójnia - z jednym przeciętnym obcokrajowcem (Veliborem Petroviciem) i kilkoma "objazdowymi" ligowcami.
A tymczasem w Sopocie spokój. Nawet zagrożenie powołaniem do armii chorwackiej rozgrywającego Igora Milicicia okazało się drobiazgiem dla zespołu Prokomu-Trefl (bilans 14-2, taki sam jak Idei). Można tylko ściskać kciuki, żeby szefowie klubu nie wpadli na pomysł naprawiania czegoś, co nie jest zepsute. W maju może się okazać, że stałość składu (tylko uzupełnianego od ponad roku) będzie największym atutem Prokomu.
Dla kogo Euroliga?
W dwóch ostatnich latach klub z Wrocławia zrobił wiele dla promocji polskiej koszykówki w Europie i nic dziwnego, że prezes Grzegorz Schetyna - wzorem wielu najsilniejszych klubów na naszym kontynencie - chciałby mieć dla swojego zespołu miejsce w Eurolidze na stałe, bez względu na wyniki w PLK. Jeśli - jak zapowiada - jest bliski uzyskania tego, trzeba się cieszyć.
Jeśli jednak prawdziwe są pogłoski, że w nowej Eurolidze - zmniejszonej do 24 klubów - zabrakłoby w ten sposób miejsca dla mistrza Polski, we Włocławku i Sopocie mogą się zacząć niepokoić. Kluby z obu tych miast marzą bowiem o elicie. Gdyby liczyła się tylko siła zespołu, już nawet w tym sezonie mogłyby spokojnie się w niej znaleźć. Nie ma się jednak co obrażać na Śląsk albo czekać, że rezydująca w Hiszpanii Unia Europejskich Lig Koszykarskich (ULEB), która organizuje Euroligę, nagle zapała miłością do nieznanych sobie miejsc w dalekiej Polsce. PLK jest od niedawna pełnoprawnym członkiem ULEB i pora to wykorzystać. Jeśli prezes ligi Krzysztof Koralewski szybko ogłosiłby, że ma zapewnienie o miejscu dla mistrza Polski w Eurolidze 2002/03, można by to uznać za jego pierwszy sukces w tym sezonie. Pozyskanie sponsora dla ligi, podpisanie kontraktu telewizyjnego i zorganizowanie efektownego meczu gwiazd to kolejne cele, za które chcielibyśmy go chwalić.
Felieton
Przesilenie zimowe
piątek, 11 stycznia 2002 14:01
Gazeta Wyborcza