Choć do rozpoczęcia przez Legię Warszawa przygotowań do nowego sezonu pozostały już tylko 4 dni, nadal nie poznaliśmy nazwiska trenera, który poprowadzi zespół. Wszystko wskazuje na to, że będzie nim Rumun Edward Iordanescu, który porozumiał się z klubem i do końca tygodnia ma podpisać kontrakt, ale dopóki nie zostanie to ogłoszone oficjalnie, wszystko może się jeszcze zdarzyć. Mieliśmy już bowiem dwa przypadki, kiedy wydawało się, że podpis na umowie to tylko formalność, a jednak temat "wysypał się" na ostatniej prostej i do parafowania kontraktu nie doszło. Tak było w przypadku Goncalo Feio oraz Alaksieja Szpileuskiego, który już szukał mieszkania w Warszawie.
Szpileuski chciał transferów i wyższej pensji
Przegląd Sportowy ujawnia szczegóły, które zadecydowały, że Białorusin ostatecznie nie został trenerem Legii.
— Jednym z jego warunków było pięć transferów. Powiedział, że jeśli Legia chce zbudować poważną i mocną drużynę, to klub musi pozyskać pięciu nowych graczy. Usłyszał, że nie ma na to pieniędzy. Rozbieżnością były też zarobki Szpileuskiego — informuje dziennikarz PS, Piotr Wołosik.
Problemem miała być także wysokość zarobków szkoleniowca w stołecznym klubie.
— To prawda, Legia dawała połowę tego, co oczekiwał trener. Z polskiego rynku Szpileuskiego najlepiej zna Łukasz Masłowski, bo poznali się w Niemczech. To on reprezentował Białorusina, kiedy Marek Papszun rozmawiał z Legią, kiedy był jeszcze trenerem Rakowa. Powiedział mi, że Szpileuski to bardzo drogi trener. Przyznał wtedy, że tylko Legię byłoby na niego stać — dodaje Łukasz Olkowicz.
