- Trzy sytuacje z ubiegłego sezonu w pełni biorę na siebie. To moja wina i tyle - mówi Kacper Tobiasz, który w ostatnim roku ustabilizował formę, a teraz będzie chciał zrobić wszystko, by mistrzostwo wróciło na Łazienkowską. 22-letni bramkarz dodaje, że bardzo go bolała decyzja trenera z meczu w Londynie: "Poczułem się, jakby odebrano mi marzenie". Zapraszamy na rozmowę, którą przeprowadziliśmy podczas zgrupowania w Austrii.
Tobiasz: Odebrano mi marzenie
Z ocen, które czytelnicy wystawiali po każdym meczu w ubiegłym sezonie, miałeś drugą najwyższą średnią. Zaskoczony?
Kacper Tobiasz: – Szczerze? Tak. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak dobrze prezentowali się Ryoya Morishita i Radovan Pankov. „Mori” miał świetny sezon, osiągnął słynne „double-double”, zaaklimatyzował się. „Rasza” też zrobił duży postęp i pokazał swoją prawdziwą wersję. Fajnie być w takim gronie. Jeśli to wszystko wynikało ze średniej ocen wystawianych bezpośrednio po każdym meczu, to bardzo dziękuję za docenienie.
To potwierdza, że sezon był dobry w twoim wykonaniu.
– Dokładnie. Ten sezon był zdecydowanie bardziej stabilny. Gdyby nie kontuzja ręki, pewnie byłby jeszcze lepszy.
Ale błędów się nie ustrzegłeś np. w meczach z Jagiellonią czy Rakowem…
–Raków, Jagiellonia i jeszcze bramka z Chelsea w Warszawie – to trzy sytuacje, które biorę w pełni na siebie. To moja wina i tyle - nie mam problemu, by się do tego przyznać. Ważne jednak, że sezon zapamiętany będzie raczej z tego, że pomogłem drużynie w kluczowych momentach, a nie przez moje błędy.
Zimą był taki sparing w Hiszpanii, po którym wydaje się, że straciłeś miejsce w składzie. Co się wtedy wydarzyło?
– Historia tego sparingu była naprawdę przykra. Na rozgrzewce mocno świeciło słońce, trener wrzucał piłki w pole karne i jedna z nich dosłownie zniknęła mi z oczu. Złapałem ją niepewnie, trafiła w mój osłabiony palec – byłem wtedy świeżo po kontuzji. Ból był ogromny, myślałem, że uraz wrócił. Ale zagryzłem zęby i zagrałem. Chciałem koniecznie wrócić do gry, byłem głodny rywalizacji – ale to był głupi i pochopny wybór. Zabrakło mi koncentracji, padły dwie bramki. Myślę, że ten sparing miał ogromny wpływ na to, że straciłem miejsce w składzie. Potem znów miałem przerwę w treningach, palec spuchł tak, że nie mogłem włożyć rękawicy. Na szczęście skończyło się tylko na strachu – rezonans nic nie wykazał.
A jak zareagowałeś na to, że po pierwszym meczu ligowym i jednym błędzie Gabriela Kobylaka do Legii trafił Vladan Kovacević i po jednym treningu wskoczył do składu?
– Każdy z nas wiedział, że skoro przychodzi, to po to, by od razu grać. Nie było to łatwe do przełknięcia, ani dla mnie, ani dla Gabriela. Byłem sfrustrowany, zły na siebie i na sytuację, ale wszystko ma jakiś cel. Udało mi się odnaleźć spokój. Przekułem frustrację w ciężką pracę na treningach. Czekałem na swoją szansę i dostałem ją w meczu z Molde. Myślę, że dobrze ją wykorzystałem.

Wróciłeś do składu, broniłeś solidnie, a potem nadszedł mecz z Chelsea w Londynie. Patrzymy na skład wyjściowy, a tam nie ma nazwiska Tobiasz. Przeżyłeś Szok?
– Tak. Nie będę ukrywał, że bardzo mnie to zabolało. Poczułem się, jakby odebrano mi marzenie. Premier League to moja ukochana liga. Oglądam każdy mecz, a tu zostałem odsunięty gdy mogłem zagrać na stadionie jeden z czołowych drużyn ostatnich lat. Trener podjął decyzję, ja ją uszanowałem. Mogę się nie zgadzać, ale zawsze okazuję szacunek. Ale tak jak mówiłem – nauczyłem się przekuwać takie frustrujące momenty w pracę. Cieszę się, że Vladan zagrał dobrze. Pokazał, że wcześniejsze słabsze występy mogły być wypadkiem przy pracy, a ten mecz pozwolił mu się odbudować i pokazać swoją najlepszą wersję.
Wygrana w Pucharze Polski dała Legii grę w Europie. Czy ten sukces wynagrodził Ci to, co działo się w sezonie?
– Trudno powiedzieć. Nie analizowałem tego w taki sposób. Po prostu cieszyłem się chwilą. Staram się nie wracać do przeszłości, ale może faktycznie ten finał przyćmił wcześniejsze rozczarowania.
Przed tym meczem pojawiły się w twojej głowie myśli, że znowu możesz nie zagrać?
– Miałem takie uczucie, że nigdy nie wiedziałem czy zagram, czy nie, bo nie było jasnego komunikatu ze strony trenera. Zawsze przygotowywałem się na sto procent do każdego meczu i liczyłem na miejsce w składzie.
Ale to nie koniec „przygód”, bo w meczu z Lechem ponownie niespodziewanie nie zagrałeś. W mediach mówiło się, że tego dnia mieli cię oglądać zagraniczni skauci… Coś o tym słyszałeś?
– Wszystkiego dowiadywałem się z internetu. Nawet nie wiem, ile w tym prawdy.

Czego zabrakło Legii w lidze? Oczekiwania były przecież dużo wyższe.
– Wystarczy spojrzeć w statystyki – z drużynami z top 5 zdobyliśmy tylko 2 punkty na 24 możliwe. Do tego remisy z niżej notowanymi rywalami – z Puszczą, ze Stalą… To robi różnicę. Ekstraklasa to długi sezon, 34 kolejki. Błędy zawsze się zdarzają, ale chodzi o to, by było ich jak najmniej. Niestety – tego najważniejszego, mistrzostwa, nie mamy, a to boli najbardziej, bo każdy ciężko pracuje by mistrzostwo do nas wróciło.
Straciliście aż 45 bramek, z czego wiele po stałych fragmentach gry. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy?
– Nie pamiętam wszystkich sytuacji, ale skoro straciliśmy aż tyle goli, to znaczy, że były elementy do poprawy. Obecny sztab mocno to analizował, pracujemy nad tym na treningach. Drużyna jest zgrana i ma odpowiedni potencjał, żeby pokazać się z najlepszej strony. Musimy pokazać najlepsze wersje siebie i złożyć je w jedną, silną całość i wspierać siebie na dobre i na złe. Wtedy możemy realnie myśleć o sukcesach.
Za tracone bramki dostawało się nie tylko bramkarzom, ale także trenerom. Pojawiła się mała krytyka Krzysztofa Dowhania, nie oszczędzano Arkadiusza Malarza…
- To nie była łatwa sytuacja. Trenerzy robią wszystko, żebyśmy my byli w jak najlepszej formie, więc na pewno to bardzo boli, że taka opinia gdzieś się pojawia, ale nie możemy na to narzekać i obwiniać dookoła świata, Po prostu my musimy zrobić wszystko, żeby w tym sezonie mówiono o nas tylko i wyłącznie w samych superlatywach.
Teraz za treningi odpowiada tylko Arkadiusz Malarz. Coś się zmieniło?
– Teraz wszystko zależy od niego. Jeśli chodzi o poziom treningów, to trudno mi stwierdzić, czy nastąpiła diametralna zmiana. Jedno mogę powiedzieć: zawsze treningi były na najwyższym poziomie – i u trenera Krzysztofa, i u trenera Arka. Bardzo się cieszę, że mogę z nimi współpracować, bo to specjaliści z ogromnym doświadczeniem.
Nasze obserwacje są takie, że jesteś numerem jeden. Czujesz, że potrzebujecie jeszcze kogoś do rywalizacji?
– Ciężkie pytanie. Nie ja powinienem o tym decydować. Jeśli trenerzy uznają, że potrzebna jest nowa rywalizacja, klub pewnie podejmie odpowiednie kroki. Ja ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że daję z siebie absolutnie wszystko. Pracuję bardzo ciężko, staram się utrzymać pozycję pierwszego bramkarza, udowodnić, że na nią zasługuję i że nie trzeba nikogo ściągać.
Miałeś krótki urlop.
– Nie miałem wiele wypoczynku, ale to nic. Walczę z całych sił, by utrzymać swoją pozycję. Nie pierwszy raz byłem w takiej sytuacji i mam nadzieję, że nie ostatni. To będzie wówczas znak, że będę grał i będę potrzebny w reprezentacji.

Ostatnia przygoda z kadrą U-21 nie wypadła jednak najlepiej…
– Nigdy nie powiem złego słowa na swoją drużynę. Jestem kapitanem i zawsze będę bronił swoich kolegów. Na tym turnieju nikt z nas nie pokazał pełni umiejętności – ani ja, ani koledzy. Bardzo tego żałujemy. Po prostu nie dojechaliśmy jako zespół. Czego zabrakło? Może umiejętności, może mentalności. Na pewno nie byliśmy tą samą drużyną, którą byliśmy w eliminacjach.
Został Ci rok kontraktu. Myślisz czasem o zmianie otoczenia? Cezary Miszta również jest legionistą i też był często krytykowany przez kibiców. Miał swoje wzloty i upadki, a po odejściu z Legii narodził się na nowo.
– To bardzo trudne pytanie. Jemu rzeczywiście to pomogło – zmiana środowiska zadziałała dobrze. Jeśli u mnie byłaby taka potrzeba, klub na pewno dałby mi znać. Na razie skupiam się wyłącznie na tym, żeby jak najlepiej przepracować okres przygotowawczy i dobrze wejść w sezon, bo zaczyna się on z grubej rury. Nie mam przecież gwarancji, że to ja będę pierwszym bramkarzem. Kwestie transferowe zostawiam mojej agencji – nie chcę się w to angażować, bo wiem, że wtedy nie jestem sobą w stu procentach, a chcę się skupić na tym co teraz jest najważniejsze.
Jak pierwsze wrażenia po pracy z trenerem Edwardem Iordănescu?
– Bardzo pozytywne. Przed zgrupowaniem specjalnie nie pytałem nikogo, nie szukałem o nim opinii – chciałem wyrobić własne zdanie. Od razu zobaczyłem uśmiechniętego człowieka z ogromnym zapałem do pracy. Bardzo się cieszę, że to właśnie on został naszym trenerem. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna dla całej drużyny.
Jak chcecie pogodzić grę w lidze, Pucharze Polski i Europie?
– To będzie duże wyzwanie. Latem eliminacje europucharów są priorytetem, ale chcemy powalczyć na wszystkich frontach. Obiecuję, że jako drużyna damy z siebie wszystko. Każdy ciężko pracuje, by ten sezon był wyjątkowy.
W Austrii rozmawiał Woytek
