Jarosław Jurczak, wiceprezes Legii nadzorujący bezpośrednio dział finansów, prawny i administracyjny, w rozmowie z Legioniści.com rozwiewa wątpliwości wokół transferu Ernesta Muciego, wyjaśnia szczegóły budżetu płacowego i tłumaczy, dlaczego europejskie puchary mają dla klubu tak wielkie znaczenie.
Wiceprezes Legii: Nie blokuję transferów. To nie moja rola
Jak Pan, jako wiceprezes ds. finansowych, zniósł ostatnie rekordowe okienko transferowe?
Jarosław Jurczak: Na to trzeba spojrzeć w szerszej perspektywie. Dwa sezony temu mieliśmy rekordowy rok, jeśli chodzi o sprzedaż zawodników. Najwyższy transfer wychodzący w historii Legii przyniósł nam 12 milionów euro. Natomiast zeszły sezon był świadomą decyzją, by nie sprzedawać – chcieliśmy utrzymać zespół, co miało wpływ na awans do ćwierćfinału europejskich pucharów. W lidze nie zajęliśmy miejsca, którego oczekiwaliśmy, dlatego w ostatnim oknie zdecydowaliśmy się zwiększyć budżet płacowy, by realnie walczyć o mistrzostwo.
Oprócz tego, że nie sprzedaliście, to poprzednie ruchy też nie były tanie – Nsame, Vinagre, Szkurin… A w lidze tylko piąte miejsce. Warto było?
- Patrzę na to z perspektywy sportowej. Jesteśmy klubem sportowym, a wygrywanie jest najważniejsze. To był sezon słodko-gorzki: z jednej strony ćwierćfinał europejskich pucharów i ogromne emocje, z drugiej – brak mistrzostwa. My jako zarząd mamy obowiązek stworzyć trenerowi i dyrektorowi sportowemu warunki do rywalizacji na kilku frontach.
W najnowszym raporcie roczny przychód Legii był mniejszy o ponad 30 milionów złotych. To efekt braku sprzedaży zawodników? Jak to będzie wyglądało w kolejnym roku?
- Już dziś, po letnim okienku, wiemy sporo. Sprzedaliśmy m.in. Maximilliana Oyedele i Jana Ziółkowskiego. Zimą zobaczymy – ale ten rok transferowo może być nawet lepszy niż poprzednie dwa.
Czy to oznacza że musicie lub chcecie sprzedać kogoś zimą?
- Zobaczymy. Dużo zależy od tego, jak wypadniemy w europejskich pucharach i ile drużyna wywalczy na boisku.
Budżet płacowy Legii znacząco wzrósł, a dyrektor sportowy niedawno zasugerował, że nawet został przekroczony. Czy to prawda?
- Mamy przyjęte założenia budżetowe. Na koniec marca wiemy, jak wygląda wstępny plan. Po zakończeniu Ekstraklasy, wiemy gdzie jesteśmy i jakie mamy szanse w Europie. Duże znaczenie ma udział w pucharach – różnica w przychodach między fazą grupową Ligi Mistrzów, Ligi Europy czy Ligi Konferencji jest ogromna. Tak samo różnice w premiach Ekstraklasy: między pierwszym a czwartym miejscem to kilkanaście milionów złotych. Dlatego tak ważne są wyniki sportowe.
A dziś – czy Legia ma największy budżet płacowy w lidze?
- W moim przekonaniu tak. Myślę, że bez wątpienia.
A jeśli chodzi o samo saldo transferów – równoważycie wydatki i przychody?
- To zależy, jak na to patrzymy. W rachunku wyników mamy pełny koszt zakupu i sprzedaży. Ale dla nas kluczowy jest aspekt płynności – czyli kiedy rzeczywiście wpływają i wypływają pieniądze. Transfery są często rozłożone na raty, a to wpływa na zarządzanie finansami, długiem czy potrzebą finansowania zewnętrznego.
W Turcji niedawno wybuchła afera w Besiktasie. Pisano, że pieniądze z transferu Ernesta Muciego nie trafiają w całości do Legii. Jak było naprawdę?
- Tu nie ma żadnej kontrowersji. To raczej wewnętrzny problem w Turcji. Po naszej stronie wygląda to standardowo: jeśli potrzebujemy szybszej gotówki na inwestycje czy transfery, możemy sprzedać wierzytelność, czyli przyszłe raty transferowe. To normalna praktyka w Europie. Dostajemy wtedy pieniądze od razu, a podmiot finansujący bierze na siebie ryzyko spłaty. Tak samo działają największe kluby w Europie, korzystają z opcji faktoringu czy podmiotów, które obracają wierzytelnościami - takich wyspecjalizowanych podmiotów jest bardzo dużo na rynku.
To w praktyce oznacza, że zamiast np. 10 milionów euro, które dostalibyście w ratach, możecie szybciej uzyskać np. 9,2 miliona?
- Dokładnie tak. Jeśli mamy transfer, tak jak w przypadku Ernesta Muciego, rozłożony na cztery lata w ośmiu ratach, to wiadomo, że taki harmonogram można sprzedać wcześniej – jedną, dwie, trzy, a nawet wszystkie raty przed terminem. Wtedy klub uzyskuje gotówkę od podmiotu, który bierze za to wynagrodzenie i bierze na siebie ryzyko, czy druga strona – w tym przypadku Besiktas – rzeczywiście zapłaci w terminie.
RAPORT FINANSOWA EKSTRAKLASA - ZOBACZ JAK WYPADA LEGIA!
Jak ważne dla budżetu było zakwalifikowanie się do Ligi Konferencji?
- Budżet zawsze planujemy w dwóch wariantach: z pucharami i bez pucharów. W zeszłym sezonie przychody z Europy przekroczyły 70 milionów złotych – z czego 50 milionów to wypłaty od UEFA, a ok. 20 milionów stanowiły przychody biletowe, m.in. ze spotkania z Chelsea FC. To pokazuje skalę, jak ważna jest gra w Europie.
Czy w ostatnich okienkach zdarzyło się, że zablokował Pan jakiś transfer? Zimą mówiło się o istnieniu komitetu transferowego i głosowaniach...
- Nie, to nie jest moja rola. Nie uczestniczę w decyzjach sportowych. Moim zadaniem jest informowanie zarządu i pionu sportowego o sytuacji finansowej – na co możemy sobie pozwolić, a na co nie. Ostatecznie to raczej kolegialna współpraca, ale nie blokowanie.
Na jednym ze slajdów raportu "Finansowa Ekstraklasa" były wyszczególnione koszty operacyjne z podziałem na wynagrodzenia i pozostałe. Wiemy, że 110 mln zł wydaje na pierwszą drużynę, akademię i administrację. A te 115 mln to jakie wydatki?
- Trzeba pamiętać, że wydatki dzielą się na sportowe i niesportowe. Po stronie sportu są pensje i wydatki pierwszej i drugiej drużyny, akademii, sztabów, medycyny czy obozów. Po stronie niesportowej – organizacja dnia meczowego - bezpieczeństwo, catering, marketing, wyjazdy, pensje w działach pozasportowych takich jak media, ticketing, marketing, utrzymanie stadionu i Legia Training Center, a także spłata kredytów. To wszystko razem tworzy koszty klubu.
Rozmawiał Woytek
