Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
WażneNasz wywiad

Augustyniak: Głosy, że Legia będzie słabsza, to dla nas idealne paliwo

poniedziałek, 6 lipca 2026 15:20
Augustyniak: Głosy, że Legia będzie słabsza, to dla nas idealne paliwo
Rafał Augustyniak | fot. Woytek / Legionisci.com
Legionisci.com
WoytekLegionisci.com
17

O tęsknocie za Arturem Jędrzejczykiem, morderczych odprawach taktycznych u Marka Papszuna, nowym „koniu fizycznym” w obronie oraz o tym, dlaczego skazywanie Legii na pożarcie przez media to dla zespołu idealne paliwo – rozmawiamy z Rafałem Augustyniakiem, który minionej wiosny stał się kluczowym żołnierzem w układance Marka Papszuna. Zapraszamy do lektury.

Jak oceniasz warunki na obozie w ośrodku adidasa?
Rafał Augustyniak: – Pierwszy raz w życiu byłem w takim miejscu. Wszystko tu jest. Każdy sport, jaki sobie tylko wymyślisz – jest miejsce, żeby w to zagrać. Zastanawiałem się nawet, czego tu brakuje... chyba tylko baseballa. A tak poważnie, to miejsce jest niesamowite, infrastruktura rzuca na kolana. Jeszcze jak zobaczyłem siłownię, to byłem w głębokim szoku - trzy wielkie hangary wypełnione sprzętem.

Pamiętam, jak rozmawialiśmy rok temu w Austrii. Byłeś wtedy w pokoju z Arturem Jędrzejczykiem i uczył cię, jak przedłużać kontrakty z Legią z roku na rok. Ty swój przedłużyłeś, ale on już nie.
– No tak, ja przedłużyłem, ale niestety mój Artur już nie przedłużył kontraktu. Troszeczkę smutno jest bez niego w szatni. Ale cóż, taka jest piłka. Tak to wygląda, że zawsze komuś kończy się umowa, ktoś odchodzi, a przychodzą kolejni. W tym sporcie nie ma miejsca na sentymenty.
Myślałem, że Artur zostanie z nami na kolejny sezon. Mam z „Jędzą” stały kontakt, rozmawialiśmy również w trakcie wakacji i byłem wręcz pewien, że zostanie. Widać jednak, że życie pisze zupełnie inne scenariusze.

Będzie go bardzo brakowało? Na boisku i poza nim?
- No na pewno. Sami dobrze znacie „Jędzę”, wiecie jak ważną postacią był dla całej drużyny oraz dla szatni. Zawsze nastawiony pozytywnie, wnosił mnóstwo dobrej energii, więc takiego człowieka w Legii z pewnością będzie brakować. 
Może będzie jeszcze kontynuował karierę gdzie indziej… Na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zobaczymy, czy się jeszcze spotkamy na boisku.

 

Musimy wrócić na krótko do poprzedniego sezonu, bo trudno go logicznie wytłumaczyć. Drugi raz w ciągu czterech lat przeżyliśmy potężny kryzys. Przed sezonem przyszło kilku reprezentantów Polski, reprezentant Kosowa, facet z minutami w Bundeslidze. Półka wyżej niż Ekstraklasa. Wszyscy wieszczyli walkę o mistrzostwo, a skończyło się tak, że długo wisieliśmy tuż nad strefą spadkową. Masz jakąś teorię, dlaczego tak się stało?
– Gdybym miał taką teorię w trakcie sezonu, to próbowalibyśmy temu natychmiast zapobiec i to wytłumaczyć. Ten sezon naprawdę był dziwny. Zaczęliśmy przecież bardzo dobrze. Awansowaliśmy do europejskich pucharów, w Ekstraklasie to fajnie wyglądało, zdobyliśmy Superpuchar Polski. A później... nie wiem, ciężko racjonalnie wytłumaczyć, co się wydarzyło. Zakończyliśmy jesień dramatycznie nisko. Dobrze, że przyszła ta wiosna, bo zaczęliśmy już punktować solidnie i na tym fundamencie chcemy budować naszą dyspozycję w nadchodzących rozgrywkach.

Czy takim negatywnym punktem zwrotnym nie był ten mecz z Samsunsporem, w którym trener Iordanescu drastycznie zamieszał składem?
– Trener chyba po prostu chciał wtedy dać szansę wszystkim zawodnikom w kadrze. Dlatego tak rotował składem. W meczu z Samsunsporem wymienił dziesięciu zawodników, oprócz bramkarza, ale w reszcie tamtych spotkań też robił duże roszady. Standardem było 6-7 zmian pomiędzy meczami w Europie a Ekstraklasą. Chciał prawdopodobnie dogodzić wszystkim piłkarzom, żeby każdy czuł się ważny i grał. No i wyszło, jak wyszło. Akurat w tym meczu z Turkami wcale nie graliśmy źle, o ile dobrze pamiętam. Na początku daliśmy się złapać na jedną kontrę i straciliśmy bramkę. Później strzeliliśmy wyrównującego gola, ale sędziowie go nie uznali. To mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Nie ma jednak co już wracać do tamtych wydarzeń. Skupmy się na tym, co jest tu i teraz.

Część spotkań nie była zła, ale notowaliście koszmarną serię bez wygranej…
- W piłce ostatecznie pamięta się wynik, a nie styl. Czasami grasz słabsze spotkanie, ale przepchniesz je, wygrasz i nikt nie pamięta o mankamentach, tylko liczą się trzy punkty. To tylko pokazuje, że na koniec dnia w futbolu liczy się suchy wynik, a nie wrażenia artystyczne.

Zimą trener Marek Papszun zaczął układać wszystko po swojemu, a dla niego wynik jest rzeczą świętą. Co się najmocniej zmieniło w Legii przez ostatnie pół roku?
- Wyniki. Myślę, że kluczowa stała się organizacja naszej gry, a przede wszystkim defensywa. Pomijając nieszczęsne spotkanie w Poznaniu, w pozostałych meczach rzadko dawaliśmy sobie cokolwiek strzelić. Wyłączając ten mecz z Lechem, gdzie straciliśmy cztery gole, nasza średnia wynosiła zdecydowanie poniżej jednej straconej bramki na mecz. To solidny rezultat. Pokazuje to, że fundament, na który trener Papszun zwraca ogromną uwagę – czyli szczelna obrona – został przez nas poprawiony w pierwszej kolejności. Druga rzecz to stałe fragmenty gry. Na początku były naszą ogromną bolączką, traciliśmy po nich mnóstwo bramek. Praktycznie każdy gol stracony na początku rundy to był stały fragment przeciwnika. W trakcie rundy wiosennej zdołaliśmy to wyeliminować i to zaczęło przynosić nam regularne punkty.

zgrupowanie sparing Herzogenaurach Legia Warszawa - 1. FC Nurnberg II Rafał Augustyniak
fot. Woytek / Legionisci.com

Masz takie przeświadczenie – choć to oczywiście gdybanie – że gdyby nie ta niesłuszna, jak się później okazało i anulowana czerwona kartka w Poznaniu, to wynik z Lechem nie byłby tak wysoki?
– Jestem tego praktycznie pewien. Ta czerwona kartka mocno nas wybiła z rytmu, rywale szybko strzelili na 2-0, za chwilę zrobiło się 3-0 i 4-0. W przerwie trener to poukładał, wprowadził trochę spokoju i w drugiej połowie Lech już nam nic nie strzelił. Ten mecz na pewno nie zakończyłby się tak wysokim rezultatem. Czy byśmy wygrali, czy zremisowali - nie wiem, ale na pewno nie stracilibyśmy czterech bramek.

W ogólnym rozrachunku wykręciłeś trzecią najwyższą liczbę minut w zespole. Ustąpiłeś miejsca tylko Tobiaszowi i Wszołkowi. Zostałeś prawdziwym żołnierzem trenera Papszuna, który przestawił cię na środek obrony i mocno na ciebie postawił. Poczułeś to jako duże wyróżnienie, że odbiłeś się w tak trudnym momencie?
– Tak. Co ciekawe, zacząłem na zupełnie innej pozycji. Wszystkie sparingi i treningi grałem jako szóstka lub ósemka w środku pola. Dopiero po meczu z Koroną Kielce trener wpuścił mnie na treningu na półprawego stopera. To na początku nie wyglądało jakoś super, ale z kolejnymi mikrocyklami zacząłem grać na samym środku trzyosobowego bloku obronnego i tam zaczęło to funkcjonować bardzo dobrze. Grałem już wcześniej na tej pozycji w systemie z trójką obrońców, więc czułem się tam pewnie. Trener, jak wspominałem, kładzie ogromny nacisk na defensywę, zbudował mnie na tej pozycji i cieszę się, że tak to wyglądało przez te pół roku.

Skoro mówiliśmy o negatywnym punkcie zwrotnym jesieni, to czy pozytywnym przełomem wiosny był mecz w Gdyni? Wyciągnąć wynik z 0-2 na remis w 90. minucie... Mało kto w to wierzył.
– To był absolutnie przełomowy moment. Wcześniej przegraliśmy pierwszy mecz z Koroną, tracąc gola w ostatnich minutach. Z Arką w Gdyni też wcale nie graliśmy źle. Moim zdaniem to był dobry mecz w naszym wykonaniu, ale znowu straciliśmy bramki po własnych błędach – najpierw po stałym fragmencie, a potem nadzialiśmy się na kontrę po naszym rzucie wolnym i zrobiło się 2-0 dla nich. To, że zdołaliśmy wyrównać w doliczonym czasie gry, niesamowicie zbudowało nas pod względem mentalnym. Poczuliśmy, że jesteśmy silni jako grupa. I jakoś poszło. Wiadomo, że nie wygraliśmy od razu kolejnego spotkania, ale ten remis nas skonsolidował do tego stopnia, że do końca sezonu przegraliśmy już tylko ten jeden mecz w Poznaniu.

zgrupowanie adidas Herzogenaurach sparing Legia Warszawa - Bayern Monachium II Rafał Augustyniak
fot. Woytek / Legionisci.com

W głowach nie pojawiał się paraliż, że niby punktujecie, ale cały czas balansowaliście tuż nad kreską? Ta walka z nożem na gardle trwała przecież aż do meczu z Widzewem.
– Taki był urok całej ligi w poprzednim sezonie. Wszystkie zespoły grały w taki sposób, że dół tabeli regularnie punktował i działy się dziwne rzeczy. Stawka była niesamowicie spłaszczona. Tak naprawdę dopiero w ostatnim meczu z Motorem Lublin zeszła z nas ta najcięższa presja. W końcu to był mecz, w którym mogliśmy zagrać o coś więcej, bo wiedzieliśmy, że pojawiła się realna szansa na pucharowe miejsce.

Pojawiła się pozytywna motywacja.
– Dokładnie. Po praktycznie pół roku – a może nawet dłużej – ciągłej gry pod toporem, to był pierwszy mecz, w którym zeszło z nas powietrze i mogliśmy zagrać z czystą głową o wyższą stawkę, a nie tylko nerwowo oglądać się za siebie i patrzeć, co dzieje się za naszymi plecami.

Niewiele zabrakło, żeby to się skończyło filmową historią. Zaczynaliście z trenerem Papszunem prawie od samego dna tabeli, a na koniec zabrakło dosłownie minuty czy dwóch, żeby rzutem na taśmę wskoczyć do europejskich pucharów.
– No tak, to byłby naprawdę niesamowity finisz, gdyby wszystko ułożyło się po naszej myśli. Wskoczyć z ostatniego miejsca po rundzie jesiennej na pozycję dającą europejskie puchary to byłaby niesamowita sprawa. Ale i tak szanujemy to, że udało nam się z tego dołka wygrzebać, bo to na pewno nie było łatwe zadanie.

Patrząc na to teraz na chłodno – czy paradoksalnie dobrze się nie stało, że tych pucharów nie ma? Biorąc pod uwagę liczbę zmian w kadrze, nowy sztab i ogrom pracy taktycznej do wykonania, gra co trzy dni mogłaby wam odebrać czas na zgranie. Może dzięki temu jest większa nadzieja na stabilny, dobry sezon w lidze?
– To jasne, że nikt nie jest zadowolony z miejsca w tabeli i z braku pucharów. One są bardzo ważne dla klubu. Mamy nieco dłuższy okres przygotowawczy, ale kluczowe będzie przygotowanie w trakcie sezonu. Będziemy mieć spokój i cały pełny tydzień na przygotowanie się do konkretnego rywala. Wiemy doskonale, jak Marek Papszun potrafi skrupulatnie i detalicznie rozpracować przeciwnika. Taki dłuższy, spokojny mikrocykl treningowy da nam zdecydowanie więcej korzyści niż rwana praca między podróżami, oparta na dwóch czy trzech treningach regeneracyjnych.

zgrupowanie adidas Herzogenaurach trening Rafał Augustyniak
fot. Woytek / Legionisci.com

Mówiłeś o organizacji gry. Co jeszcze diametralnie zmieniło się w waszej codzienności? Z perspektywy mediów wydaje się, że macie teraz zdecydowanie więcej odpraw, analiz i czystej teorii taktycznej.
– O tak, tego jest naprawdę mnóstwo. Doszło bardzo dużo odpraw indywidualnych oraz formacyjnych. Do tego dochodzą analizy całego zespołu oraz regularna praca z trenerem mentalnym. Tych spotkań w salach konferencyjnych mamy naprawdę sporo. To wymaga dużej koncentracji, ale nam jako zawodnikom – zarówno indywidualnie, jak i całym formacjom – daje to ogromny profit. Zyskujemy pełne zrozumienie intencji partnera obok nas. W każdej, nawet najbardziej specyficznej sytuacji boiskowej, doskonale wiemy, co mamy robić.

Z klubu odeszli jednak bardzo ważni piłkarze. Rozmawialiśmy o „Jędzy”, ale straciliście też chociażby Pankova, Elitima czy JP Nsame, którego bardzo chwaliłeś. Można powiedzieć, że częściowo wyciągnięto część kręgosłupa drużyny. Kibicom na papierze trudno wykrzesać z siebie optymizm. Co mógłbyś im przekazać w tym momencie?
– Nie da się ukryć, że to byli bardzo ważni zawodnicy dla Legii. Wszyscy, których wymieniłeś, stanowili o sile wyjściowego składu i zastąpienie ich z dnia na dzień nie jest prostą sprawą. Zauważam jednak pewien plus tej sytuacji. Media, dziennikarze i kibice stawiają teraz Legię w roli zespołu osłabionego, skazywanego na gorszy moment. To może nas wewnątrz szatni niesamowicie skonsolidować i zmotywować. Chcemy pokazać wszystkim dookoła, że bardzo się mylą. To liga zweryfikuje, na ile będziemy mocni. Nie jesteśmy odcięci od świata, jest dużo komentarzy: „Legia teraz będzie jeszcze słabsza niż w poprzednim sezonie”. Dla nas to idealne paliwo do cięższej pracy. Naszą wartość będziemy musieli pokazać na boisku.

Zazwyczaj stawiano was w roli murowanego faworyta, a kiedy raz na jakiś czas okrzyknięto drużynę słabszą, zespół reagował na to sportową złością i potrafił odpalić.
– Dokładnie tak. To nas scali jako zespół. Pojawia się w nas taka czysta, sportowa chęć udowodnienia całemu światu, że wszyscy dookoła są w błędzie.

Wspomniałeś o rotacjach. Wiosną byłeś sprawdzany na różnych pozycjach w trójce obronnej – na półprawym stoperze, na środku, a teraz na treningach i sparingach widzimy cię na półlewym obrońcy. To jest nowy, docelowy pomysł na Rafała Augustyniaka?
– Myślę, że trener po prostu sprawdza różne warianty i rotuje pozycjami, żeby mieć alternatywy. W systemie z trójką obrońców każdy z nas powinien być uniwersalny i wiedzieć, jak zachować się w każdym sektorze pola karnego. Dla mnie to fajna sprawa. Trenując na półlewej stronie, zyskuję nową perspektywę. Widzę, jak z tej pozycji wygląda asekuracja i jak powinien zachowywać się mój partner, gdy ja gram na środku. To rozwija. A co do samej gry po lewej stronie... może nie jestem wybitnie obunożny, prawa noga jest tą wiodącą, ale myślę, że lewa też nie służy mi wyłącznie do wsiadania do tramwaju (śmiech).

trening przygotowania Rafał Augustyniak
fot. Woytek / Legionisci.com

Do linii obrony dołączyło dwóch zawodników: Zoran Arsenić oraz Robert Deizel Jr. Zorana wszyscy doskonale znamy z realiów Ekstraklasy. A czy mógłbyś powiedzieć kilka słów o tym drugim? Dla kibiców to wciąż zagadka.
– Po pierwszych treningach widać przede wszystkim jedno: to jest przysłowiowy „koń fizyczny”. Naprawdę niesamowicie silny chłopak. Widać też u niego dużą swobodę w grze obiema nogami, jest dobrze zbalansowany. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w kolejnych etapach przygotowań, bo tych wspólnych jednostek treningowych nie było jeszcze jakoś mega dużo, więc ciężko o głębszą analizę. Zweryfikują to sparingi. Na pewno ma potencjał.

Któryś z młodych zawodników z akademii, którzy dostali szansę wyjazdu na obóz, wpadł ci szczególnie w oko? Widzisz w kimś materiał na dużą karierę?
– Zdecydowanie mógłbym już wskazać pewne nazwiska, ale na tym etapie wstrzymam się z publicznymi pochwałami. Zachowam te spostrzeżenia dla siebie, żeby nikomu woda sodowa nie uderzyła do głowy. Ale potwierdzam – jest w kadrze dwóch chłopaków, których bacznie obserwuję i widzę u nich naprawdę bardzo ciekawy potencjał piłkarski.

Myślisz, że powtórzenie tak szalonego sezonu jak ten poprzedni jest w ogóle możliwe? Czy teraz liga wróci do normy, a przewagą Legii będzie fakt, że wy skupicie się na krajowym podwórku, podczas gdy Lech, Jagiellonia, Raków będą tracić siły w pucharach?
– Myślę, że taki sezon jak ten ubiegły już się w Ekstraklasie nie powtórzy. On był wręcz kuriozalny. Cała tabela była ściśnięta. To była anomalia. Czego nam najbardziej potrzeba? Stabilizacji.

Nie tylko w składzie ale i w sztabie szkoleniowym…
– Dokładnie tak. Żebyśmy w końcu przepracowali cały pełny sezon z jednym trenerem. Jak popatrzymy na ostatnie dwa, trzy lata w Legii, to mam wrażenie, że tych zmian personalnych i trenerskich było tak dużo, że ciężko mi w historii klubu przypomnieć sobie podobny rollercoaster. Pierwszy sezon, kiedy trenerem był Kosta Runjaić, był taki w miarę spokojny i stabilny. Wtedy też nie graliśmy w europejskich pucharach po tamtym fatalnym roku. Przyszło wicemistrzostwo, zdobyliśmy Puchar Polski i to był czas systematycznej pracy. Teraz bardzo byśmy chcieli do tego wrócić. Takiej stabilizacji sobie i wszystkim kibicom życzę – żeby było spokojniej wokół klubu i bez żadnych dziwnych zawirowań.

W Herzogenaurach rozmawiał Woytek

Podaj ten news dalej:
Komentarze (17)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość