Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Nasz wywiad

Piątkowski: Brakuje mi tytułu mistrzowskiego. Chcę zdobyć go z Legią

czwartek, 16 lipca 2026 10:05
Piątkowski: Brakuje mi tytułu mistrzowskiego. Chcę zdobyć go z Legią
fot. Maciek Gronau / Legionisci.com
Legionisci.com
WoytekLegionisci.com
5
Przed Legią ostatnie dni przygotowań do nowego sezonu. Za 8 dni w Szczecinie rozpoczniemy ligowe zmagania. O rewolucji taktycznej Marka Papszuna, wiosennej gonitwie za czołówką, budowaniu nowej defensywy oraz ogromnym głodzie mistrzostwa rozmawiamy z filarem obrony Wojskowych, Kamilem Piątkowskim.

Gdy rozmawialiśmy zimą, sytuacja w tabeli była niezwykle spłaszczona. Mówiłeś wtedy, że zrobicie wszystko, by piąć się w górę. Ostatecznie wiosną zaliczyliście potężny skok punktowy, ale cel nadrzędny, jakim był powrót do europejskich pucharów, uciekł w niecodziennych okolicznościach.
Kamil Piątkowski: – Zaczynamy od tego, co najważniejsze. Pół roku temu, na półmetku rozgrywek, byliśmy w bardzo poważnej sytuacji, jak na standardy Legii Warszawa. Nikt nie spodziewał się, że możemy osunąć się na tak odległe miejsce w tabeli. My, jako piłkarze, również nie byliśmy na to mentalnie gotowi. Znałem jednak potencjał tych chłopaków. Wiedziałem, jak ciężko pracujemy i widziałem, że każdy z nas podszedł do sprawy śmiertelnie poważnie. Tu nie było miejsca na zbędne dyskusje. Byłem wewnętrznie przekonany, że runda wiosenna będzie należeć do nas.
Finalnie zrobiliśmy dobry wynik - z wyliczeń sztabu wyszło, że biorąc pod uwagę tylko samą wiosnę, zajęliśmy drugie miejsce, wyprzedził nas tylko Lech Poznań. To pokazuje, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i stale idziemy do przodu. Wokół drużyny stworzyła się świetna, spójna atmosfera. Widać ogromną chęć do pracy na każdym treningu i bardzo dobrą chemię na linii sztab szkoleniowy – zespół. Doszliśmy do momentu, w którym rozumiemy się bez słów – od założeń taktycznych, przez podejście do konkretnego rywala, aż po sferę mentalną i boiskowe zaangażowanie. Kroczymy ścieżką, która ma zaprowadzić Legię tam, gdzie jest jej jedyne, prawowite miejsce: na sam szczyt tabeli. Wierzę w to i wiem, że tak się stanie.

Czy ciągłe oglądanie się za siebie i świadomość, że dół tabeli również regularnie punktował, stanowiło dla Was duże obciążenie psychiczne? Margines błędu był przecież minimalny.
– Liga w minionym sezonie była absolutnie nieprzewidywalna. My wygrywaliśmy, ale zespoły pod nami również seryjnie zdobywały punkty. I tak w kółko, tydzień w tydzień. Przez to szaleństwo praktycznie do trzeciej czy czwartej kolejki przed końcem sezonu nie mieliśmy stuprocentowego, matematycznego zapewnienia utrzymania w Ekstraklasie. Kiedy masz już czystą sytuację, głowa funkcjonuje zupełnie inaczej. Gdy tej pewności brakuje, a ty masz w pamięci traumatyczną rundę jesienną, te demony cały czas siedzą z tyłu głowy. Nie dało się o tym ot tak zapomnieć w jeden dzień, wyjść na luzie i powiedzieć sobie: „Dobra chłopaki, gramy radosny futbol, nic się nie dzieje”. Każdy doskonale wiedział, w jakim klubie gra i jaka odpowiedzialność na nas ciąży. Presja była gigantyczna, nie ma co ukrywać. Najważniejsze, że jako zespół udźwignęliśmy ten ciężar.

 

Patrząc na to z perspektywy czasu – co zmieniło się w klubie najbardziej, poza samą roszadą na stanowisku pierwszego trenera, że wiosna miała tak diametralnie inne oblicze?
– Nie da się oddzielić tej metamorfozy od osoby trenera, bo jego rola w tym procesie była fundamentalna. Marek Papszun narzucił nam jasną, przejrzystą strukturę. Pokazał nam konkretny styl, w jakim mamy grać, oraz ramy taktyczne, w których musimy funkcjonować. Zostaliśmy przygotowani perfekcyjnie pod każdym względem. Mówię tu o całym sztabie – zaczynając od pierwszego trenera, przez trenera Garnysa, trenera mentalnego, aż po fizjoterapeutów, którzy wykonywali tytaniczną pracę.
Kluczowa była też postawa samych zawodników, którzy uwierzyli w ten projekt od pierwszego dnia. Proszę mi uwierzyć, to wcale nie jest łatwe zadanie – grać przez dłuższy czas systemem z czwórką obrońców i nagle, w trzy tygodnie okresu przygotowawczego, przestawić się na grę trójką z tyłu. Sam grałem w Rakowie Częstochowa i doskonale wiem, jak wymagający jest to proces. Trener Papszun współpracował wcześniej tylko ze mną oraz z Patrykiem Kunem, którego nie ma już z nami w kadrze. To, jak szybko zaskoczyliśmy jako monolit, a nie zlepek indywidualności, zasługuje na najwyższy szacunek. Wyspaliśmy się z tych kłopotów obronną ręką. Oczywiście, wciąż siedzi w nas złość, że zabrakło dosłownie dwóch minut w ostatnim meczu, by przypieczętować awans do europejskich pucharów. Jednak ta końcówka dobitnie pokazała, że z tym zespołem jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko. Nasze miejsce jest na górze.

Szukając pozytywów w tej złości – paradoksalnie brak gry co trzy dni w Europie da Wam znacznie więcej czasu na spokojny trening i pełne wdrożenie automatyzmów trenera Papszuna.
– Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Jestem piłkarzem i z mojej perspektywy gra co trzy dni to najpiękniejsza rzecz, jaką zawodnik może dostać od losu. Gra w europejskich pucharach w barwach Legii, czyli najlepszego klubu w Polsce, to powinna być czysta przyjemność i nagroda za całą ciężką pracę, którą wykonujesz na treningach. Wtedy nie tracisz czasu na monotonne mikrocykle treningowe – po prostu regenerujesz się i grasz wielkie mecze. Każdy z nas wyczekuje momentu wyjścia na boisko, by pokazać się z jak najlepszej strony. Dlatego brak awansu traktuję w kategoriach bolesnej porażki. Powinniśmy tam być, to pomogłoby nam w rozwoju. Czuję w środku sportową złość i chcemy tam wrócić jak najszybciej.

Co w takim razie było tym kluczowym punktem zwrotnym wiosny, który natchnął drużynę i odwrócił kartę?
– Pamiętam moment po meczu z Koroną Kielce. Zagraliśmy wtedy spotkanie, które wyglądało jak żywy flashback z koszmarnej pierwszej rundy. Straciliśmy bramkę w samej końcówce. Siedzieliśmy w szatni i pytaliśmy siebie nawzajem: „K…, ile razy to się jeszcze powtórzy?”. Robisz wszystko jak należy, ciężko pracujesz, zmieniasz strukturę, dążysz do zwycięstwa, a los w ostatniej minucie brutalnie krzyżuje ci plany.
Przełomem był kolejny mecz z Arką Gdynia, w którym przegrywaliśmy już 0-2. Dwie bramki zdobyte w końcówce zmieniły absolutnie wszystko. Pamiętam, jak weszliśmy po meczu do szatni i powiedzieliśmy sobie wprost: „Panowie, to jest ten moment. Od teraz wszystko się zmienia”. Ta wygrana przestawiła zwrotnicę w naszych głowach. Zrozumieliśmy, że z każdej boiskowej opresji jest wyjście i zawsze trzeba grać do ostatniego gwizdka. Później widzieliśmy to w kolejnych meczach – z Widzewem Łódź bramka w ostatniej akcji, z Lechią Gdańsk to samo. Ta niezłomna wiara udowodniła, że dopóki piłka jest w grze, wszystko jest możliwe. Jeśli chcesz mocniej i wierzysz bardziej niż przeciwnik, przepychasz mecze kolanem i wyszarpujesz trzy punkty.
Trener Papszun wpoił nam, że walka do samego końca to świętość. Dzisiejszy futbol niesamowicie ewoluował w stronę przygotowania motorycznego i stałych fragmentów gry. Oglądamy przecież obecne mistrzostwa świata – fizyczność, intensywność, wysoki pressing i rzuty wolne czy rożne to klucz do sukcesu. Na mundialu widzimy sensacyjne wyniki, których nikt by się nie spodziewał, jak choćby potknięcia Hiszpanii. Piłka się zmienia, a trener zaszczepił w nas mentalność opartą na ciągłym przełamywaniu własnych barier i wychodzeniu ze strefy komfortu. Sztab może nam rozpisać strategię i pokazać drogę, ale ostatecznie to my wychodzimy na murawę i musimy to przepchnąć. Cieszę się, że każdy z nas to bezgranicznie kupił.

przygotowania zgrupowanie trening Herzogenaurach Kamil Piątkowski
fot. Woytek / Legionisci.com

Co jest tą mityczną tajemnicą sukcesu warsztatu Marka Papszuna?
– O to wypadałoby zapytać samego trenera (śmiech). Z mojego punktu widzenia to przede wszystkim bezwzględne, twarde dążenie do wyznaczonego celu. On ma przed sobą jasną wizję i nic nie jest w stanie go z tej ścieżki zepchnąć. Taki priorytet powinien mieć z tyłu głowy każdy profesjonalny sportowiec. My po prostu musimy kochać wygrywanie. Ja nienawidzę przegrywać, nie akceptuję porażek. Oczywiście styl gry jest ważny, fundamenty taktyczne i budowa zespołu muszą być poukładane, ale na koniec dnia grasz po to, żeby zgarnąć trzy punkty. Te trzy punkty mają zawsze zostawać w domu, czyli w Warszawie.

Kibice Legii mają jednak sporo obaw przed nowym sezonem. Z klubu odeszło kilku kluczowych zawodników, którzy stanowili o sile mentalnej i sportowej tego zespołu – nie ma już Elitima, Nsame, Pankova... Czy ta odświeżona Legia będzie silniejsza, czy jednak straciliście zbyt wiele z dotychczasowego kręgosłupa?
– Co mogę powiedzieć... Taka jest specyfika futbolu. Rok temu klub przeprowadził transfery za miliony, a jesienią wyglądaliśmy źle. Potrzebowaliśmy więcej zgrania i zespołowości. Moim zdaniem w piłce nożnej kluczowa jest jedność. Najważniejsza jest wiara w kolegę, który stoi obok ciebie na boisku, i bezgraniczne zaufanie do niego. Kiedy gram na prawej stronie obrony, muszę mieć pewność, że wahadłowy asekuruje moje plecy, a on musi wiedzieć, co ja zrobię z piłką. Musimy być zgrani jako monolit.
Czy będziemy silniejsi? To zweryfikuje boisko. Nasze nastawienie zakłada, że z każdym kolejnym dniem i każdym treningiem stajemy się lepszymi piłkarzami i zbieramy cenne doświadczenie. Pracujemy ze sobą w tym nowym układzie dopiero od pół roku. Cały czas się siebie uczymy. Jeśli zachowamy fundamenty i będziemy dążyć do jednego celu, to z każdym tygodniem nasza gra będzie wyglądać coraz lepiej.

zgrupowanie adidas Herzogenaurach trening Rafał Augustyniak Kamil Piątkowski
fot. Woytek / Legionisci.com

Porozmawiajmy o hierarchii w linii obrony, czyli formacji, która interesuje cię najbardziej. Dołączyli Robert Deziel Jr i Zoran Arsenić. Jak oceniasz rywalizację?
– Jeśli Zoran będzie w pełni zdrowia, to z pewnością da nam ogromną jakość. Robert jest z nami krótko, więc rzetelna ocena wymaga czasu, ale po pierwszych zajęciach widać gołym okiem, że to bardzo silny, szybki i dynamiczny chłopak. Dokładnie takich profili zawodników potrzebujemy w formacji defensywnej.
Zresztą, kiedy spojrzy się na naszą obronę – zaczynając ode mnie, przez Rafała Augustyniaka, Zorana Arsenicia, wspomnianego Roberta czy Arkadiusza Recę, każdy z nas dysponuje dobrym profilem motorycznym, szybkością i jakością w wyprowadzaniu piłki. Ta rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie i to jest kapitalna wiadomość dla klubu. Robert pokazał już na treningach, że jest bardzo dobrym piłkarzem i na pewno nam pomoże.

A jak na tle doświadczonych zawodników wygląda legijna młodzież? Ktoś zdążył już wpaść Ci w oko podczas przygotowań?
– Każdy z tych młodych chłopaków ma w sobie „to coś” i spory potencjał. Super, że dostali szansę i są tutaj z nami na zgrupowaniu. Pracują niesamowicie ciężko. Uważnie oglądałem ich w trakcie zajęć – dają z siebie absolutne sto procent. To kluczowe, bo widać, że niesamowicie zależy im na grze w pierwszym zespole i robią wszystko, by udowodnić sztabowi swoją przydatność. Nie chciałbym wymieniać nikogo z nazwiska, żeby nikomu nie przewróciło się w głowie, ani żeby nikt nie poczuł się pominięty. Mogę zapewnić kibiców, że ta młodzież ma jakość i gryzie trawę, żeby zostać w kadrze na stałe.

Na zgrupowaniu w Niemczech zagraliście sparing z Bayernem II w tropikalnych arcytrudnych warunkach pogodowych.
– Powiem wprost: nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu grałem w tak ciężkich warunkach atmosferycznych, jak w sparingu z Bayernem II. Słońce paliło niemiłosiernie. Momentami ledwo staliśmy na nogach, brakowało tlenu. Najgorsze było to, że gdy byłeś w ciągłym biegu, organizm jeszcze jakoś funkcjonował. Jednak kiedy na chwilę się zatrzymałeś i miałeś znowu ruszyć, natychmiast potwornie przytykało w klatce piersiowej. Miałem wręcz wrażenie, jakbym biegał po sztucznej murawie – tak niesamowicie paliło mnie w stopy. Po prostu nie było czym oddychać.
Chłopakom należy się ogromny szacunek za to, jak to wytrzymali. Sam po sobie wiem, że pod względem fizycznym rzadko miewam jakiekolwiek problemy, zazwyczaj czuję się optymalnie, ale po takim dniu czapki z głów przed całą drużyną. Najpierw ciężkie bieganie, potem normalna, taktyczna jednostka. Przeliczając to na minuty meczowe, zrobiliśmy spokojnie ze 120 minut pełnego obciążenia, z czego samo intensywne bieganie zajęło nam około 45 minut. Gdyby w tej temperaturze przyszło nam rozegrać normalne 90 minut meczu, to byłaby kompletna masakra. Chyba tylko na głębokim chłodzeniu organizmu dalibyśmy radę. Ale nie ma co narzekać, robimy swoje.

Lech Poznań - Legia Warszawa  Kamil Piątkowski
fot. Mishka / Legionisci.com

W ciągu ostatniego roku w kadrze Legii doszło do tak wielu przetasowań, że kibicom trudno nadążyć za liczeniem zmian. Czy tej drużynie nie przydałaby się wreszcie upragniona stabilizacja?
– Moim zdaniem to całkowicie naturalna kolej rzeczy w nowoczesnym futbolu. Ludzie przychodzą, odchodzą, kończą się kontrakty, inni są sprzedawani za duże pieniądze. Gdybyśmy przeanalizowali kadry innych zespołów w Ekstraklasie czy w Europie, wygląda to bliźniaczo podobnie. Letnie okno transferowe trwa dwa, trzy miesiące – w Polsce pewnie nawet dłużej – więc te roszady są po prostu wpisane w koszty tego biznesu. Dla nas to codzienność i normalność w pracy. Zmieniasz otoczenie, bo ktoś cię dostrzegł i docenił twoją formę, albo wręcz przeciwnie – wyglądasz gorzej i musisz szukać minut gdzie indziej. Tak wygląda życie na walizkach każdego profesjonalnego piłkarza. Czy te zmiany w takiej ilości są potrzebne? Pewnie mniejsza rotacja ułatwiłaby sprawę, ale to jest nieuniknione. Najważniejsze to zachować nienaruszone fundamenty i strukturę gry. Jako zespół dążymy do jednego, wspólnego celu. Interesuje nas tylko wygrywanie.

Po sezonie z Legii odszedł Artur Jędrzejczyk, który do końca wciąż utrzymywał niesamowity poziom fizyczny, będzie go brakowało?
– Arturowi należy się gigantyczny, dozgonny szacunek. To, co przez te wszystkie lata zrobił dla Legii i polskiej piłki, to jedno. Ale możliwość dzielenia z nim szatni przez ten ostatni rok, obserwowanie z bliska jego codziennej pracy i tej wręcz dziecięcej, niesamowitej pasji do gry w piłkę w tym wieku... Coś pięknego. Kiedy wchodzisz do drużyny jako młody lub średnio doświadczony zawodnik – sam mam już 26 lat – i widzisz faceta z takim podejściem, to pysk sam ci się cieszy. Artur zarażał wszystkich dookoła swoją pozytywną energią i gigantyczną chęcią do pracy. Za takim człowiekiem i kapitanem cała drużyna szła w ogień na boisku. To absolutnie niesamowita, legendarna postać dla tego klubu. Mam ogromną nadzieję, że cała społeczność Legii przygotuje mu takie pożegnanie, na jakie w pełni zasłużył.

Z zawodników, którzy trafili do Legii ubiegłego lata, byłeś jednym z tych z najlepiej ocenianych. Czy pojawiają się już zapytania z innych lig, czy Twoje myśli są w pełni skoncentrowane na Legii?
– Jeśli grasz regularnie na dobrym poziomie i funkcjonujesz w tak dobrze naoliwionej maszynie, jaką byliśmy od stycznia, to zainteresowanie innych klubów jest rzeczą naturalną. Zawsze gdzieś tam pojawiają się jakieś zapytania. Dzisiaj sprawa jest jednak jasna: jestem zawodnikiem Legii Warszawa i to jest mój absolutny priorytet. Powiedziałem ostatnio trenerowi wprost, że w mojej dotychczasowej karierze brakuje mi jeszcze tytułu mistrzowskiego. Chcę to mistrzostwo zdobyć tutaj, z Legią. Przyszedłem do Warszawy właśnie po to, by wygrywać trofea. Kocham być zwycięzcą, nie akceptuję porażek i na tym się w stu procentach skupiam. Co przyniesie przyszłość i czas – zobaczymy. Dziś liczy się tylko Legia.

Rozmawiał Woytek

Podaj ten news dalej:
Komentarze (5)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość