W bieżącym sezonie Ekstraklasy Legia zmierzy się na wyjeździe z Motorem już w najbliższy weekend. Przewrotność losu spowodowała jednak, że do Lublina musieliśmy udać się już kilka dni wcześniej, a wszystko przez Puchar Polski, w którym fortuna przydzieliła nam za rywala „Rycerzy Koziego Grodu” właśnie.
Relacja z trybun: No i znowu wolna majówka
Zainteresowanie wyjazdem – i to mimo wtorkowego terminu meczu – przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pulę 785 wejściówek bez problemu wykorzystaliśmy w całości. Ze stolicy wyruszyliśmy kawalkadą aut około godziny 16:30 i dzięki temu dotarliśmy na – niemal jak zawsze ciasny i rozczłonkowany – przystadionowy parking z wystarczająco dużym zapasem czasowym.
W ten sposób cała nasza ekipa zameldowała się w sektorze gości przed pierwszym gwizdkiem sędziego. A w nim czekała na nas nowość, jako że z inicjatywy „Motorowców” zamontowano tam niedawno gniazdo dla wodzirejów grup przyjezdnych. Wszystko z powodu karania gniazdowych za stanie na tamtejszym płocie. Przekonał się o tym niestety także „Staruch”, któremu w ubiegłym roku – mimo posiadania wszelkich niezbędnych zezwoleń od Motoru – sąd wlepił karę grzywny i dwóch lat zakazu udziału w imprezach masowych. Dopiero przed miesiącem prezydent Karol Nawrocki ułaskawił naszego wodzireja, dzięki czemu mógł on wreszcie powrócić na trybuny.
Piotrka naturalnie nie mogło zabraknąć podczas pucharowego starcia i przez całe spotkanie mocno zagrzewał nas do wytężonej pracy wokalnej. A tę rozpoczęliśmy od adekwatnego „pozdrowienia” fanów RKS, gdy z głośników lubelskiego obiektu rozległ się dźwięk przeboju „Freed from desire”. ;) Potem zaznaczyliśmy swoją obecność gromkim „Jesteśmy zawsze tam!”, by chwilę później, gdy piłkarze wyszli na murawę, rozwinąć szaliki i z całego serca z dumą zaintonować „Mistrzem Polski jest Legia!”.
Gdy sędzia Lasyk zainicjował początek rywalizacji, niemal od razu wkręciliśmy się w kilkuminutowe i bardzo melodyjne wykonywanie hitu z Lokeren, mając nadzieję, że przygoda „Wojskowych” w Pucharze Tysiąca Drużyn dopiero się rozpoczyna. Naszą dobrą zabawę przerwała jednak na chwilę dość szybko strzelona bramka przez gospodarzy. Wówczas pozdrowiliśmy wszystkie nasze zgody, a jako że pojedynek odbywał się pierwszego dnia września, uczciliśmy pamięć naszej legendy – Kazimierza Deyny, wywieszając flagę z jego podobizną w centralnej części płotu, a następnie głośno śpiewając „Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz!”. Przypomnijmy – 37 lat temu „Kaka” zginął tragicznie w wypadku samochodowym w San Diego. Nie zapominajmy jednak, że 1 września to także rocznica wybuchu II wojny światowej. Z tego względu na ogrodzeniu pojawiła się okolicznościowa flaga w barwach narodowych z napisem „Wrzesień 1939”. Obie zastąpiono później dwiema innymi – „Jesteśmy waszą stolicą” oraz „Teddy Boys 95”.
Gol dla Motoru nie wyprowadził nas przesadnie z równowagi. Pamiętaliśmy wszak pucharowy pojedynek sprzed niespełna pięciu lat, kiedy to Lublinianie również objęli prowadzenie w meczu, a ostatecznie przegrali go 1-2. Tym mocniej zachęcaliśmy naszych zawodników, by na murawie dawali z siebie wszystko. „Legia, Legia, Legia, Legia goooool!”, „Do boju, Legio, marsz!”, „Jazda z k…”, czy „Dziś zgodnym rytmem”, które tego wieczora wybrzmiało z naszych gardeł naprawdę konkretnie, to tylko niektóre z przyśpiewek, którymi staraliśmy się motywować „Wojskowych” do znalezienia sposobu na pokonanie bramkarza rywali.

Przez mniej więcej kwadrans wydawało się, że trafienie dla naszego klubu stanowi tylko kwestię czasu i to mimo chaosu, jaki wkradał się w akcje wypracowywane przez legionistów. Niestety, mijały kolejne minuty, a na boisku zamiast konkretnej inicjatywy i przebojowości kreował się obraz nędzy i rozpaczy. Nasi zawodnicy popełniali coraz więcej błędów, które Motor chciał skrzętnie wykorzystać. Próbowaliśmy robić, co tylko się dało, aby ich wesprzeć i wlać w nich wiarę, jednak zarówno przyśpiewka „Legiaaaaa, Legia Warszawa”, którą wykonaliśmy niezwykle entuzjastycznie, jak i „Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz!” zdawały się trafiać w próżnię.
W końcówce pierwszej połowy niestety stało się to, co chyba stać się musiało – Lublinianie – po indywidualnej akcji jednego ze swoich zawodników – podwyższyli wynik na 2-0. Naturalnie wywołało to ekstazę na trybunach gospodarzy, choć najbardziej podniecił się chyba sam spiker miejscowych, który darł się wniebogłosy. W tym momencie nastąpiło krótkie obrzucenie się obu ekip inwektywami, które uskuteczniano jeszcze kilka razy w trakcie całego pojedynku. Szkoda tylko, że momentami repertuar wzajemnych „pozdrowień” wybrzmiewał donośniej niż dopingowanie własnego zespołu.
Jako że sytuacja robiła się coraz poważniejsza, błyskawicznie zmieniliśmy front i zaintonowaliśmy „Nie poddawaj się” oraz „Legia walcząca do końca”. Niestety, nasza aktywność nie przyniosła spodziewanego rezultatu i po pierwszych 45 minutach stołeczna drużyna schodziła do szatni z bagażem dwóch bramek.

W przerwie doszło do dość ciekawej sytuacji na murawie, gdzie „Erkaesiacy” wzięli udział w nietypowej zabawie z odstawianymi krzesełkami rodem z wesela, oczywiście w rytm ubóstwianej przez nich melodii „Freed from desire”. Kibic, któremu udało się przetrwać i który zajął ostatnie wolne miejsce, w nagrodę otrzymał najnowszą konsolę PlayStation. W trakcie gry obrywało się jednak kolejnym odpadającym, których kwitowaliśmy ironicznym „Jest k… taka, co nie dostanie »plejaka«”. ;)
Drugą połowę tradycyjnie rozpoczęliśmy hymnem naszego klubu, zaś na pytanie rozentuzjazmowanego spikera o to, kto wygra mecz, jednogłośnie odpowiadaliśmy, że Legia. Niemalże z marszu wzięliśmy się do ostrej, wokalnej roboty, by jak najszybciej odwrócić losy tej, nieukładającej się po naszej myśli, konfrontacji. Z pewnością dlatego przyśpiewka „Za kibicowski trud” wybrzmiała konkretnie z mocnym, decybelowym „pazurem” i, wprawdzie na krótko, ale jednak, zmieniła obraz gry – legioniści prezentowali się bowiem dużo lepiej i powinni byli zdobyć chociażby gola kontaktowego. Niestety, zamiast tego to „Motorowcy” przedarli się w nasze pole karne i zdołali umieścić futbolówkę w siatce. Na szczęście dla nas po wideoweryfikacji okazało się, że Hindrich został sfaulowany i bramki nie uznano.
By dodać otuchy naszym piłkarzom, przerabialiśmy niemal wszelkie możliwe utwory z naszego legijnego repertuaru, jednak zdecydowanie najlepiej wychodziło nam śpiewanie „Niepokonanego miasta”, krótko po zakończeniu którego Kacper Chodyna mógł wpisać się na listę strzelców (jego dośrodkowanie trafiło jednak w słupek), oraz „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się”, które – wykonywane przez niespełna 10 minut – momentami mocno testowało wytrzymałość naszych bębenków usznych.

Mijały kolejne minuty, lecz wynik niestety nie zmieniał się. Gdy do końca regulaminowego czasu gry pozostało ich zaledwie kilka, przysiedliśmy na krzesełkach, by po chwili z impetem zaintonować „Nie poddawaj się” – utwór, który w piątek uratował nam remis ze Śląskiem. Choć sytuacja wydawała się beznadziejna, do końca próbowaliśmy zachować wiarę w końcowe powodzenie naszego zespołu. Życie bywa jednak brutalne i tym razem dało nam po pysku – Lublinianom udało się bowiem postawić kropkę nad „i” i strzelić trzeciego gola. Chwilę później arbiter zakończył spotkanie i pierwsza porażka „Wojskowych” w bieżącym sezonie stała się faktem.
Nasze grajki z pokorą podeszły przed sektor gości i chyba spodziewały się solidnego ochrzanu z naszej strony, który notabene im się należał. Tym razem jednak piłkarzom się upiekło i usłyszeli jedynie, że mają walczyć i trenować, bo Warszawa musi panować.
Na szczęście nie musieliśmy długo czekać na opuszczenie sektora gości po tym żałosnym widowisku, gdyż już po niespełna półgodzinie wypuszczono nas na przystadionowy parking. Niestety, sam wyjazd z niego zajął nam sporo czasu; i to nie tylko ze względu na umiejscowienie naszych fur w różnych jego częściach, lecz także dlatego, że – chyba w myśl hasła „przyjechali – nie wyjadą” – jakiś lokalny „żartowniś” usunął przedwcześnie rampę prowadzącą na jego prowizoryczną, trawiastą część. By nie uszkodzić samochodu, każdy kierowca zjeżdżał bardzo wolno z wysokiego krawężnika na przyparkingową drogę. Spowodowało to znaczne rozciągnięcie, a jednocześnie spowolnienie naszej grupy. Na szczęście wszyscy w komplecie zameldowaliśmy się w Warszawie około pierwszej w nocy i mieliśmy jeszcze kilka godzin, żeby przespać się przed pracą.
Przegrana 0-3 to absolutny blamaż naszego zespołu – kompromitacja, która niestety ma także wymiar historyczny. Drużynie prowadzonej przez Marka Papszuna nie pozostaje nic innego, jak tylko wyciągnąć stosowne wnioski z tej przytłaczającej porażki i skupić się na ligowej konfrontacji z Lublinianami, do której dojdzie już w najbliższą sobotę 5 września o 20:15.
A jeśli mielibyśmy doszukiwać się jakichkolwiek pozytywów tej sromotnej przegranej, to jedyny stanowi chyba – drugi rok z rzędu zresztą – przyszłoroczna wolna majówka, którą już teraz każdy może w spokoju zaplanować.
Liczba kibiców: 11 348
Liczba gości: 785
Flag igości: 11 (flaga z wizerunkiem Kazimierza Deyny, „Wrzesień 1939”, mała flaga w barwach z trupią czaszką, „Łuków”, „Dęblin”, „Legia Warszawa – fanatyczne miasto Otwock”, „Jesteśmy waszą stolicą”, „Teddy Boys 95”, „Garwolin”, Biała Podlaska, Mińsk Mazowiecki.
Hugollek

