-Amerykanie ogłosili, że szykują się na podbój piłkarskiego świata. Gdyby miało się to stać w Korei i Japonii, powinniśmy się bać?
Roman Kosecki: "Naszym celem jest, by Stany Zjednoczone były mistrzem świata w 2010 roku" - te słowa, które padły na inauguracji ligi MLS, wywołały na świecie śmiech. Gdyby je powtórzyć dziś - reakcja byłaby pewnie podobna. Ale to nie znaczy, że Amerykanie nie idą do przodu. I już na mundialu w Korei - osiem lat przed terminem - trzeba ich traktować poważnie. Drużyna narodowa USA dwa razy pokonała niedawno Niemcy, zwyciężyła Brazylię, w strefie Concacaf stała się potęgą, a mundial w Korei będzie dla niej czwartym z kolei. Jednak oczywiście wciąż jest zespołem przeciętnym i to ona powinna się obawiać Polski, a nie odwrotnie.
-Pan ma jednak niezbyt dobre wspomnienia z meczów z USA. W trzech spotkaniach strzelił im Pan trzy gole, ale dwa razy Polska przegrała.
- W 1988 wygraliśmy w New Britain 2:0, a ja zdobyłem obie bramki. Dwa lata później przegraliśmy w Hersey 1:3. Przed rewanżem na stadionie Legii myśleliśmy z kolegami: "No, to sobie postrzelamy". I tak sobie postrzelaliśmy, że przegraliśmy 2:3. Lekceważenie ich jest więc groźne.
-Reprezentację USA prowadzi teraz Bruce Arena.
- Można go porównać do Jerzego Engela. Jest spokojny, stonowany, ale fachowy i konsekwentny. Ma swoją wizję zespołu i potrafi do niej dobrać wykonawców. Wzorce czerpie z piłki europejskiej. Dlatego mimo że kilku piłkarzy z jego drużyny ma latynoskie korzenie, kadra amerykańska gra zdecydowanie po europejsku. Arena nie zabija w nich inwencji, ale dyscyplinę taktyczną egzekwuje żelazną ręką. Nie pozwala, by temperament przysłonił im cel, który mają do zrealizowania.
-Futbol w USA czerpie z europejskich wzorców.
- W Chicago Fire wiele razy całym zespołem oglądaliśmy transmisje z ligi włoskiej, hiszpańskiej, angielskiej. Związki amerykańskich piłkarzy z Europą są ścisłe. Ponieważ w rozgrywkach MLS są aż cztery miesiące przerwy, najzdolniejsi młodzi gracze wysyłani są na staże do Milanu czy Realu albo grają w II lub nawet III lidze na Starym Kontynencie. Kiedyś kadra USA grała po brytyjsku - zagranie na skrzydło i centra na wysokiego napastnika zdobywającego gole lub zgrywającego piłkę głową. Teraz grają w sposób bardziej kombinacyjny. Szczególnie podoba mi się ich druga linia. Kieruje nią Reina, a reszta z konsekwencją na niego pracuje.
-Symbolem MLS są jednak raczej stare gwiazdy światowej piłki.
- Amerykanie, choć do swojej ligi kupują piłkarzy o głośnych nazwiskach jak Matthaeus, Stoiczkow czy Valderrama, umieją dbać i o młodzież. Na mistrzostwach świata do lat 17 w Nowej Zelandii zremisowali z zespołem Michała Globisza i oni, a nie Polacy, wyszli z grupy. Na igrzyskach w Sydney zajęli czwarte miejsce. Poza tym chętnie przyjmują u siebie zdolnych graczy z całego świata. Zapewniają im dobre warunki życia, nauki i rozwijają ich talent. A potem chętnie proponują obywatelstwo.
-W USA wielu ludzi sądzi, że soccer to sport dla kobiet.
- Ameryka to jedyny kraj w swoim rodzaju. Bo chyba tylko tam piłkarze zazdroszczą piłkarkom, biorą z nich przykład i chcieliby zrobić takie kariery jak panie. W końcu Amerykanki są mistrzyniami świata i zdobyły złoty medal olimpijski. I są sławniejsze od swoich kolegów.
-Polska gra z USA trzeci, ostatni mecz w grupie D. Czy można się spodziewać, że jeśli rywal przegra dwa wcześniejsze spotkania i straci szansę na awans, nie podejmie walki?
- Nie można. To nie w stylu Amerykanów. Dla nich każdy mecz na mundialu to święto, szansa na pokazanie się. Kiedy wychodzą na boisko, to nie po to, żeby się kompromitować. Nie mają much w nosie. To zespół bez gwiazd, ale naprawdę mocny, zintegrowany, ambitny. I na pewno nie mniej niż Polska i Korea wierzy, że wyjdzie z grupy.
-Czy zespół Jerzego Engela pokona Amerykanów?
- Myślę, że po ciężkim boju będzie 1:0 dla nas. Amerykanom nie jest łatwo strzelić więcej goli. Teoretycznie dwa wcześniejsze mecze z Koreą i Portugalią zapowiadają się jako cięższe. Ale wcale tak być nie musi.
Rozmawiał Dariusz Wołowski
Wywiad
Nie lekceważyć USA
czwartek, 13 grudnia 2001 19:35
Roman Koseckiźródło: Gazeta Wyborcza