Dzięki świetnej technice i niepospolitemu talentowi, będąc jeszcze juniorem, trafił z A-klasowego ŁTS Łabędy do kadry seniorów Śląska. Rok później został powołany na mecz Warszawa - Tirana, będący tak naprawdę spotkaniem pierwszych reprezentacji Polski i Albanii. Wygraliśmy 2:1, a obiecującym łącznikiem (ofensywny pomocnik) zainteresowali się działacze stołecznego CWKS (dzisiejsza Legia), do którego, po krótkim epizodzie w Piaście Gliwice, niebawem trafił. Jak się okazało, na stałe.
Niemal natychmiast po przeprowadzce do stolicy zadebiutował w reprezentacji Polski w zremisowanym 2:2 meczu z Bułgarią. Tak rozpoczęła się jego wielka kariera.
Nazwisko Brychczego nierozerwalnie związane jest z narodzinami wielkiej Legii.
"Gdy przyszedłem do stolicy, klub okupował ostatnie miejsce w tabeli, były nawet plany zlikwidowania sekcji piłkarskiej - wspomina. - Na szczęście rundę rewanżową wygraliśmy, a w dwóch kolejnych sezonach zdobyliśmy dublet - mistrzostwo i puchar kraju."
Legionista szybko stał się postrachem krajowych bramkarzy. Przez 17 lat ligowych występów zdobył 182 bramki, co daje mu tytuł wicekróla strzelców ekstraklasy. Tylko o 4 trafienia ustępuje Ernestowi Polowi, z którym zresztą przez lata tworzył świetny duet, zarówno w klubie, jak i w reprezentacji.
"Sam nie wiem, skąd to się brało. Byłem tępiony głównie przez prasę śląską, która ciągle zaniżała moje pomeczowe noty. Może mścili się za to, że porzuciłem Śląsk na rzecz Legii" - zastanawia się Brychczy.
"Kici", bo taki nosił boiskowy pseudonim, nie przejmował się jednak opiniami prasy i strzelał rywalom kolejne bramki. Trzykrotnie zdobył tytuł króla strzelców ekstraklasy. Z tej masy goli w pamięci zapadły mu najbardziej te, zdobyte w spotkaniach ze Stalą Sosnowiec w sezonie 1954/55.
"Najpierw w Warszawie wygraliśmy 1:0, a w rundzie rewanżowej udało mi się znów trafić i wyrównać na 1:1. Ten wynik dawał nam pierwsze w historii mistrzostwo Polski" - opowiada.
Brychczy zdobywał bramki na różne sposoby: z rzutu rożnego, z daleka, z bliska, spod linii autowej. Zawsze jednak powtarzał, że "nie ma ładnych bramek, są tylko ważne".
Na arenie międzynarodowej Polacy nie byli w stanie w owym czasie nawiązać rywalizacji z najlepszymi. Najbliżsi sukcesu byli podczas igrzysk olimpijskich w Rzymie w 1960 r. Po rozgromieniu Tunezji 5:1 wystarczyło wygrać z Danią.
"Niestety, mimo ciągłych ataków zostaliśmy dwukrotnie skontrowani i przegraliśmy 1:2 - wspomina "Kici". - Szkoda straconej szansy, chociaż sam udział w igrzyskach był dla mnie wielkim przeżyciem."
Z sentymentem wspomina też sensacyjne zwycięstwo nad ZSRR w Chorzowie 2:1 i porażkę na tym samym stadionie z naszpikowaną gwiazdami Hiszpanią 2:4. To właśnie po tym meczu chęć pozyskania legionisty zgłosił madrycki Real, co jednak w ówczesnej sytuacji politycznej nie mogło mieć szans realizacji. Ciekawym przeżyciem była też wizyta w USA w 1959 r.
"Ludzie patrzyli na nas jak na przybyszów z kosmosu - śmieje się Brychczy. - Byli bardzo zdziwieni, że mamy w co się ubrać i czym golić, panowało tam bowiem przekonanie, że w Polsce żyjemy na poziomie jaskiniowców."
W ostatnim okresie sportowej kariery był grającym trenerem. Pierwszym szkoleniowcem został w 1971 r. w niecodziennych okolicznościach.
"Rano przyszedłem na trening jako zawodnik, a wychodziłem jako trener pierwszego zespołu - opowiada. - Kierownictwo klubu w trybie pilnym zwolniło dotychczasowego opiekuna."
Odtąd nieprzerwanie szkoli swoich młodszych następców w Legii, zarówno seniorów, jak i juniorów. Trzykrotnie był pierwszym szkoleniowcem, wielokrotnie drugim. Aktualnie, od kilku już lat, pozostaje do dyspozycji trenerów pierwszego zespołu. I mimo że zdrowie nie zawsze dopisuje, jest stałym bywalcem na stadionie przy ul. Łazienkowskiej, na którym spędził już niemal pół wieku.
Felieton
Legenda Legii: Lucjan Brychczy
piątek, 14 grudnia 2001 10:14
Super Express