Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Koreańczycy grają nieźle

czwartek, 20 grudnia 2001 20:10
Witold Bendkowskiźródło: Gazeta Wyborcza

-Czy Koreańczycy umieją grać w piłkę?

Witold Bendkowski: Mam odpowiedzieć tylko tak lub nie? No to tak. Umieją, umieją. Kochają futbol i mają przecież swoją ligę zawodową, w której w końcu grałem. Jej podstawy finansowe są silne. Mają wspaniałe stadiony, pełne ludzi. Mają program sprowadzania do ligi cudzoziemców, od których się uczą miejscowi. Futbol dla Koreańczyków nie jest jakąś egzotyczną dyscypliną jak dla nas krykiet. Zresztą w przeciwieństwie do Polski Koreańczycy uczestniczyli w trzech ostatnich mundialach, i to najlepiej pokazuje, że w piłkę tam grają. Można się oczywiście kłócić, czy grają dobrze czy źle. Ja uważam, że nieźle, a będą coraz lepiej.

-Jakie są mocne strony Koreańczyków, a co jest ich słabością?

- Z moich doświadczeń w Korei i z tego, co później widziałem w telewizji, wynika, że ich największymi atutami są szybkość i wytrzymałość. Nikt tak nie biega jak Koreańczycy i Japończycy. Zadziorni są i zacięci strasznie. Oczywiście największą ich bolączką jest dyscyplina i taktyka, ale o to dba od paru lat holenderski trener Gus Hiddink, który na mundialu we Francji prowadził "Pomarańczowych". I Koreańczycy dużo pracują nad taktyką. Jestem pewien, że na mistrzostwach świata, jeszcze we własnym kraju, na pewno nie będą biegali po boisku bez sensu we wszystkie strony.

-Jakiej broni użyć 4 czerwca w Pusan?

- Jest jeszcze pół roku. Oba sztaby szkoleniowe będą się wielokrotnie podglądać. Jestem pewien, że trener Jerzy Engel ustali najlepszą taktykę. Ja boję się tylko jednego: cała Polska liczy na Olisadebe, ja również, a jeden z Koreańczyków na pewno dostanie zadanie wyłączenia go z gry. Jeśli mu się uda, będzie nam ciężko strzelić im gola. Na pewno też będzie trzeba im przeciwstawić siłę fizyczną. I to może być nasz główny atut.

-Czy reprezentacja Polski powinna się obawiać gry na pełnym stadionie?

- Z włoskimi, tureckimi, angielskimi kibicami nie da się Koreańczyków porównać. Nie są tacy gorący. Raczej przypominają amerykańskich fanów. Choć jeśli chodzi o reprezentację, potrafią być żywiołowi. Na meczach klubowych są spokojni. Ale ściany stadionów na pewno będą pomagać ich reprezentacji. Na meczach Korei nie będzie jednego wolnego miejsca.

-Ale czy ci kibice będą próbowali wywierać presję na sędziów, jak podczas igrzysk w Seulu w 1988 roku?

- Nie przesadzajmy, w końcu to są mistrzostwa świata i będą je sędziować najlepsi arbitrzy świata. Pamiętam, że kontrowersyjne decyzje na igrzyskach w Seulu zapadały głównie w boksie, skrzywdzono tam zdaje się Roya Jonesa juniora i naszego Gołotę. No, ale w boksie sędziuje się inaczej. Choć te 50-60 tys. widzów będzie na pewno wywierać jakąś presję, ale pamiętajmy, że podczas mistrzostw świata we Francji arbiter nie wahał się dać czerwonej kartki największemu gwiazdorowi gospodarzy Zinedine Zidane'owi.

-Czy ligę koreańską można porównać z japońską?

- Koreańczyk będzie przekonywał, że lepsza jest koreańska, a Japończyk, że japońska. Sądząc po brazylijskich i europejskich gwiazdach, które występują w obu ligach - choć są to zawodnicy albo bardzo młodzi, albo piłkarscy emeryci, wydaje mi się, że liga koreańska jest odrobinę słabsza. W lidze japońskiej zwłaszcza tuż po jej utworzeniu grały wielkie sławy jak np. Zico. A za moich czasów w lidze koreańskiej to ja byłem największą cudzoziemską gwiazdą. Oczywiście żartuję. Jednak nie było nikogo światowego formatu, i to mimo że koreańskie kluby dysponowały budżetami porównywalnymi z budżetami klubów japońskich. Płacili jednak mniej niż Japończycy i trafiali tam raczej piłkarze z Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i Polski, jak Leszek Iwanicki i ja. Klasowego zawodnika europejskiego ciężko było skusić.

-Jak wygląda liga koreańska?

- Gdy ja byłem te dziewięć lat temu, w pierwszej lidze grało tylko sześć profesjonalnych drużyn. Drugiej ligi nie było, istniały jeszcze tylko rozgrywki akademickie. W tej chwili zawodowych zespołów jest dziesięć, grają każdy z każdym systemem wiosna-jesień. Rozgrywa się jeszcze Puchar Korei i Puchar Adidasa. Wymyślają różne takie rzeczy, żeby meczów było jak najwięcej. Czasami dochodziło do paradoksalnych sytuacji, że trzy razy pod rząd gra się z tym samym rywalem: sobota, środa i znowu sobota. Niby fajnie, bo w razie porażki od razu można się zrewanżować, no ale przecież stawało się to nudne.

Pamiętam, że stadiony na meczach nie zawsze były pełne. Chyba że - co się często zdarzało - na jednym stadionie rozgrywano dwa ligowe mecze jeden za drugim. Klubów nie było stać na budowanie własnego stadionu, wolały je wynajmować od miasta. Teraz już to się zmieniło.

W Korei istnieje system podobny do tego w amerykańskiej koszykówce - z draftem na koniec sezonu. Drużynom są przydzielani młodzi zawodnicy z ligi uniwersyteckiej. Najsłabszy klub (a zależności od miejsca w tabeli) może wziąć najlepszego itd. Niestety, mój klub zawsze kończył rozgrywki w środku i nigdy nie dostaliśmy w drafcie żadnej gwiazdy.

-Czy za klubami koreańskimi też stoją olbrzymie koncerny jak w Japonii?

- Tak, Daewoo, Hyundai, LG Elektronic, Goldstar, na południu jeden z klubów był finansowany przez olbrzymią stocznię. Ja grałem w Yokong Oil Seul - drużynie należącej do odpowiednika PKN Orlen - koncernu nie tylko dystrybuującego paliwo, ale i wydobywającego ropę naftową.

-Jak Pan trafił na Daleki Wschód?

- To było w 1990 roku. Do Polski przyjechała pani menedżer Koch, Koreanka mieszkająca na stałe w Nowym Jorku. Podpisała z koreańskimi klubami umowę, że wyszuka im w Europie Środkowej zawodników do ligi. Oni nawet nie mieli preferencji co do pozycji zawodników, chcieli tylko "ciekawych". Trafiła z listą pięciu czy sześciu piłkarzy do PZPN i zapytała o nich. Ale okazało się, że cześć z nich jest w takim wieku, w którym przepisy nie pozwalają na wyjazd - czyli nie skończyli 29 lat. Innych kluby nie chciały puścić. Ona nie mogła tego zrozumieć. W końcu ktoś jej zaproponował Witka Bendkowskiego. Spotkaliśmy się w Hotelu Marriott, dogadaliśmy warunki i po miesiącu już byłem w Korei.

Po przylocie szok: ogrom lotniska, sznury samochodów, przytłaczająca zupełnie inna od europejskiej architektura. To były czasy, kiedy Korea nie przeżywała jeszcze kryzysu, ale gospodarczy boom.

Porozumiewaliśmy się po angielsku. Koledzy z drużyny traktowali mnie z szacunkiem jak przystoi przybyszowi z kontynentu, który jest ojczyzną futbolu. Szlaki miałem przetarte, bo wcześniej do Korei trafili Tadeusz Świątek i Leszek Iwanicki. Ja właściwie przybyłem na miejsce Iwanickiego. Raczej nie jestem konfliktowy, więc nie mieliśmy problemów. Bo oni nie patrzyli wyłącznie na grę, dużą wagę przywiązywali do tego, jak piłkarz zachowuje się poza boiskiem. Jednym z warunków podpisania kontraktu było na przykład posiadanie rodziny. Mieli przykre doświadczenia z kawalerami: Holendrami, Brazylijczykami... Wiedzieli, że samotny mężczyzna w Seulu to wielkie zagrożenie i dla niego samego, i dla klubu. Ja ściągnąłem jednak rodzinę po siedmiu miesiącach.

Przeżyłem w Korei trzy bardzo szczęśliwe lata, choć miałem małego pecha - przytrafiła się kontuzja, z powodu której nie grałem rok. Ale mówiąc nieskromnie, szło mi dobrze, działacze i kibice byli zadowoleni. Jednak mistrzostwa Korei niestety nie udało nam się zdobyć.

W końcu musiałem pożegnać się z klubem - pani Koch znalazła kogoś na moje miejsce i kazała mi się zbierać do domu. Zdecydowałem się wyjechać natychmiast - tymczasem menedżer klubu prosił, żebym poczekał jeszcze z tydzień, to załatwi mi grę w lidze japońskiej w Osace. Jednak ja chciałem już wracać do Łodzi i odmówiłem. Dziś żałuję.

-Dlaczego tak mało koreańskich piłkarzy gra za granicą, na przykład w Europie? Japończycy mają swoich gwiazdorów nawet w Serie A. Japończycy grają także Premier League i lidze holenderskiej...

- Większość koreańskiej kadry gra za granicą, tyle że w lidze japońskiej, ale An Jung-Hwan występuje we włoskiej Perugii, gdzie kiedyś grał Nakata. Przyznaję jednak, że nie znam żadnych innych koreańskich nazwisk, choć kojarzę, że jeden występuje w Eintrachcie Frankfurt z Pawłem Kryszałowiczem. To chyba dlatego, że nie indywidualności są siłą ich futbolu, ale praca zespołowa.

-Kto wygra 4 czerwca 2002 w Pusan?

- Już mnie ktoś z łódzkiej gazety o to pytał parę dni po losowaniu. Odpowiedziałem i kibice w Łodzi źle to odebrali. Prawda jest jednak taka, że stawiam na Koreę - wygra 2:1 albo 1:0. Oczywiście będę całym sercem za Polską, ale uważam, że za bardzo ucieszymy się z wyników losowania. W tej grupie każdy może wygrać z każdym. Koreańczycy spotkają się z nami w pierwszym meczu turnieju przed własną publicznością, będą niemożliwie zmotywowani i bardzo groźni. Na pewno nie "rozjedziemy" ich bez problemu. Cóż, nie jestem optymistą i nic na to nie poradzę. Wolałbym przegrać, ale to jednak na Koreańczyków postawię u bukmacherów. Wiem, że podpadnę polskim kibicom. Moje typy dotarły zresztą aż do Korei. Konsul je przeczytał i przefaksował do kraju. Zaraz miałem mnóstwo telefonów od dziennikarzy z Korei.

Rozmawiał Michał Pol

Udostępnij