Zima 2001
Pod koniec 2000 roku obiecałem sobie, że w przyszłym ustabilizuję formę. Utarło się, że jestem "kontuzjogenny". A ja z tym się nie zgodzę. Dlatego oprócz treningów w klubie zacząłem ćwiczyć indywidualnie - siłownia, stretching, odżywki, odpowiednia dieta konsultowana z doktorem Machowskim. W połączeniu z tym, co robiłem sam, poprawiłem kondycję i umiejętności. Nie uważam, że okres przygotowawczy za trenera Smudy był "wakacjami". Na pewno było lżej niż rok wcześniej. Wtedy mieliśmy ciężkie zajęcia przez trzy tygodnie, a teraz przez tydzień. Ale Smuda ułożył to tak, byśmy od początku osiągnęli najwyższą formę, bo drużyny przez niego przygotowywane zawsze kiepsko startowały. Wielu z nas ma doświadczenie i wie, czego potrzebuje. Trenerzy byli do dyspozycji i jeśli komuś czegoś brakowało, mógł potrenować dodatkowo.
Wiosna 2001
Ustabilizowałem formę na wysokim poziomie. Zarzuty, że w klubie grałem słabiej, były słuszne. Rozmawiałem przed sezonem z panem Włodzimierzem Lubańskim, który powiedział: "Jeśli chcesz być dobrym piłkarzem, nie możesz grać raz dobrze, raz słabo. Tym najlepszym nie zdarza się schodzić poniżej pewnego poziomu". Wziąłem sobie te słowa do serca. Przyszedł mecz w Oslo. Byliśmy na pierwszym miejscu w grupie. Jechaliśmy do bardzo trudnego rywala, który, jeśliby z nami przegrał, straciłby szansę. Rola rezerwowego jest niewdzięczna. Stres większy niż na boisku, a już w ogóle nie wyobrażam sobie oglądania meczu z trybun. Można tylko kibicować, denerwować się, cieszyć i złościć. A rezerwowemu pozostaje jeszcze nadzieja, że wejdzie na boisko i pomoże kolegom. Ze mną było to samo. Prowadziliśmy 2:0. Byłem zaskoczony głównie grą Norwegów. To my atakowaliśmy. Te dwa gole trochę mnie uśpiły. To samo stało się chyba z pozostałymi. Po przerwie było dramatycznie. W pewnym momencie, tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, trener kazał rozgrzewać się mnie, Marcinowi Żewłakowowi i Jackowi Krzynówkowi. Wtedy Norwegowie strzelili gola. Wchodziłem przy stanie 2:1. Zespół był w ciężkiej sytuacji. Stracił bramkarza, a zaraz potem, jak już wszedłem, gola na 2:2. Do tej chwili nie miałem piłki przy nodze. I Norwegowie atakowali. Nie wiedziałem, co się dzieje. Zwykle kiedy się wychodzi na boisko, przewija się myśl, że dobrze by było strzelić gola. W Oslo myślałem tylko o tym, co mówił trener. Miałem przytrzymać piłkę, uspokoić grę, wspomóc defensywę, bo Norwegowie zaczęli grać czwórką napastników. W miarę upływu czasu było lepiej. Trzy razy odebrałem piłkę, gra się wyrównywała. Nadeszła 82. minuta. Michał Żewłakow dośrodkował z rzutu wolnego niemal z naszej połowy. Wyskoczyłem wyżej od rywala i chciałem tylko celnie strzelić. Wydawało mi się, że nie ma spalonego, spojrzałem na sędziego bocznego. Na szczęście był tego samego zdania co ja. Nie spodziewałem się tego, że strzelę. I po meczu do mnie to długo nie docierało. O tym, jak wielkie znaczenie miał ten gol, przekonałem się parę dni później już w domu.
"Pieczęcią" fantastycznego marca był gol zdobyty z Armenią na Łazienkowskiej. Znowu usiadłem na ławce rezerwowych, ale czułem ogromną presję. Jak tylko wyszedłem na rozgrzewkę, od razu usłyszałem: "Bartek! Czy dziś też coś strzelisz?"; "Zrób to dla nas, grasz na Legii, na swoim stadionie, liczymy na ciebie". Czułem się nieswojo, mimo że wygrywaliśmy. Zastanawiałem się, co będzie, jeśli wejdę i nie zdobędę bramki? Dlatego trafienie w ostatniej chwili ucieszyło mnie nie mniej niż tamto w Oslo. Takie występy dodają pewności siebie, motywują do dalszej pracy. Nie powiem, że to była eksplozja formy. Wszystkiemu "winne" zdobyte bramki. W kadrze wcześniej miałem równie udane mecze, np. z Francją na Stade de France.
W kwietniu doznałem kontuzji. W Wielką Sobotę graliśmy w Zabrzu. Boisko było śliskie, błotniste, padał śnieg. W pewnym momencie obrońca Górnika zablokował mnie, upadliśmy, on na moje kolano i ono się wykręciło. W pierwszym momencie nawet nie zabolało. Ale jak wstałem, poczułem w nim dziwny luz. Noga uginała się, uciekała. Zaczęło boleć, chciałem rozbiegać - bez skutku. Zaniepokoiłem się i poprosiłem o zmianę. Nigdy wcześniej nie myślałem, że może przytrafić mi się uraz, który może mnie wyeliminować na dłużej niż dwa tygodnie. Tymczasem USG pokazało, że mam naderwane więzadła w kolanie. To jeden z najbardziej paskudnych urazów dla piłkarza. Tamtej nocy nie spałem. Czułem żal, rozgoryczenie, ogromny niepokój, niepewność. Wstałem z mocnym postanowieniem jak najszybszego powrotu na boisko. Zacząłem leczyć się nie tylko w klubie, ale i prywatnie. Chodziłem na masaże, siłownię. Gipsu nie miałem, tylko stabilizator. Samochodu starałem się nie prowadzić. Ale ułatwieniem jest to, że mam automatyczną skrzynię biegów, i lewa, chora noga mogła odpoczywać. Straciłem za to kilka ważnych meczów - w Legii i eliminacyjnych w kadrze.
Lato 2001
Dla reprezentacji sezon zakończył wygraną w Walii i remisem w Armenii. Dla Legii - gorzej. Nie zdobyliśmy mistrzostwa, znowu zawiedliśmy kibiców. Znowu czegoś nam zabrakło. Potencjał i możliwości były. Pojawiły się także, pierwszy raz odkąd jestem w Legii, problemy finansowe. Ale dla mnie to nie miało znaczenia. Nimi na pewno nie można tłumaczyć słabszego zakończenia sezonu. W nowym nie byliśmy i nie jesteśmy faworytem, bo zespół doznał osłabień. I dobrze, presja była mniejsza, grało się łatwiej. Nadal możemy powalczyć o tytuł.
Kiedy wróciłem na boisko, zaczęto mówić o mnie "gladiator". To efekt pracy na siłowni, ale nie jedynie w dwóch ostatnich miesiącach. Zawsze lubiłem pracować na siłowni, rozwijać nie tylko te partie mięśni, które są dla piłkarza najważniejsze - czyli nóg. Poza tym, jeśli chodzi o sport, zawsze miałem wszechstronne zainteresowania, chodziłem do klasy sportowej. A wyjazdy za granicę przekonały mnie, że dla piłkarza niezwykle istotne jest przygotowanie fizyczne. Nie wystarczy już sama technika, futbol to sport kontaktowy. Na początku sezonu przegraliśmy dwa mecze - ze Śląskiem i Amiką. Ale to nas nie zniechęciło. Wiedzieliśmy, że latem strasznie ciężko pracowaliśmy, choć na przygotowania nie było za dużo czasu, i że przyjdą efekty. Trenerzy Okuka i Kubicki nieźle "dali nam w kość". Przegrywaliśmy po niezłych meczach. Przyszło pierwsze zwycięstwo, przełamaliśmy złą passę. Ja także mogłem być z siebie zadowolony. Efektem było powołanie do reprezentacji.
Lato właściwie kończyło się wspaniałym meczem z Norwegią w Chorzowie. Zagrałem w podstawowym składzie. Ktoś powiedział, że przestałem być rezerwowym w kadrze. A ja nigdy nie czułem się dublerem w reprezentacji trenera Engela. Wystąpiłem we wszystkich meczach towarzyskich, nie zagrałem na Ukrainie, ale z Białorusią wyszedłem w pierwszym składzie. Potem znowu grał Tomek Iwan, później wypadłem z powodu kontuzji. A na koniec znów grałem. Po meczu z Ukrainą wszyscy ogoliliśmy się do gołej skóry, ale to nie pierwszy raz, kiedy byłem łysy. Wcześniej, siedem lat temu, jako zawodnik GKS obciąłem włosy w okresie roztrenowania. Teraz miałem nadzieję, że koledzy o mnie zapomną. Byłem jednym z ostatnich do "golenia", ale nie upiekło mi się. Zaczął - w autobusie - Piotrek Świerczewski, w hotelu dokończył Tomek Hajto. Wiem, że w Legii ma być zbiorowe golenie, jeśli zdobędziemy mistrzostwo Polski. Dla mnie nie ma problemu.
Jesień 2001
Awansowaliśmy do finałów MŚ. Legia jest w czołówce ligi, nie traci szansy na pierwsze miejsce. Boli występ w Valencii. Oni zagrali jeden z najlepszych meczów w sezonie, my - jeden z najgorszych. Stąd taka klęska. Jednak nie jesteśmy o pięć bramek gorsi od Hiszpanów. Pokazał to pierwszy mecz. Byliśmy lepsi, trochę skrzywdził nas sędzia. Szkoda, że nie udało się ich wyeliminować.
Kończy się wspaniały rok, obfity w sukcesy, ale w przyszłym chcę osiągnąć jeszcze więcej. 2002 zapowiada się ekscytująco. Od wielu tygodni pojawia się pytanie, czy odejdę z Legii. Mam cztery oferty. Nie będę odchodził na siłę, ale... Wszystko wyjaśni się w najbliższych tygodniach. Ale do momentu, w którym ktoś oficjalnie nie przyjedzie na Legię, nie podejmie rozmów z klubem i ze mną, nie spekuluję. W tej chwili odpoczywam. Czego mi życzyć na Nowy Rok? Zdrowia. Jeśli dopisze, to sukcesy i wyniki sportowe będą w moich nogach. Powinienem sobie poradzić.