Janusz Michałek: - Jesienią znów nie występował pan na boisku. Ponoć dolegliwości powróciły?
Rafał Siadaczka: - Rzeczywiście. Ostatni mecz rozegrałem 23 sierpnia. W rewanżu eliminacji Pucharu UEFA pokonaliśmy Etzellę Etelbruck z Luksemburga 2-1. Wytrzymałem wprawdzie 90 minut, ale czułem, że po ciężkim okresie przygotowań do sezonu organizm jest "rozregulowany".
- I zapewne ponownie szukał pan pomocy we włoskiej klinice Ars Medica?
- Spędziłem w Rzymie trzy tygodnie. Profesorowie Gentile i Mungo oczywiście doskonale mnie pamiętali. Byli zaskoczeni dobrymi wynikami badań i dziwili się, że miałem jakieś problemy. Ostatecznie tylko trochę inaczej ustawili leki i mogłem wracać do domu. Do końca 2001 roku postanowiłem jednak zrobić sobie przerwę.
- A jak czuje się pan obecnie?
- Naprawdę dobrze. Jestem zdecydowany kontynuować karierę. Prezes Legii, Leszek Miklas chce mnie jednak wysłać wcześniej na konsultacje do Anglii. Prawdopodobnie wyruszę już w przyszłym tygodniu.
- To chyba dobry kierunek. Cukrzyca nie przeszkodziła przecież w karierze Gary Mabbuttowi. Podobne kłopoty ma też Paul Scholes, chociaż głośno się o tym nie mówi.
- Właśnie, ich przykład podtrzymuje mnie na duchu. Co ciekawe, obaj podobno regularnie przyjmują insulinę. Dotychczas byłem przekonany, że tylko terapia przy pomocy tabletek pozwala na dalsze, wyczynowe uprawianie sportu. Insulina - w połączeniu z dużym wysiłkiem fizycznym - miała wywoływać poważne problemy z sercem i wzrokiem. Okazuje się, że niekoniecznie.
- Proszę przypomnieć w jakich okolicznościach dowiedział się pan o swej chorobie...
- Pierwszy raz zorientowałem się, że coś jest nie w porządku w październiku 2000 roku, podczas wyjazdowego meczu z GKS Katowice. Wówczas sądziłem, iż przyczyną nagłego osłabienia organizmu była wcześniejsza angina ropna. Jednak w przerwie spotkania o Superpuchar z Wisłą znów poczułem się źle i poprosiłem o zmianę. Dużo piłem, często oddawałem mocz, schudłem kilka kilogramów. Nazajutrz usłyszałem w laboratorium, że jestem cukrzykiem.
- Jak pan zareagował?
- Czułem się załamany. Najgorsze były pierwsze dni. Lekarze z warszawskiego szpitala WAM przy ulicy Szaserów starali się ustabilizować poziom cukru, ale mieli z tym problemy. Bywało, że w ciągu dwóch godzin wskaźnik podnosił się z 80 do 300. Pomocy szukałem również u zielarzy oraz bioenergoterapeutów. Efekty były jednak mizerne.
- Kto skierował pana do wspomnianej kliniki w Rzymie?
- Na poprzednie Święta Bożego przyjechała szwagierka, która od dłuższego czasu mieszka w Italii. Zabrała mnie ze sobą. Włoscy lekarze dziwili się, że w Polsce opuściłem szpital z wynikiem 400. Mogłem bowiem zapaść w śpiączkę. Na szczęście - wbrew temu, co słyszałem wcześniej - moja trzustka nie była martwa.
- Specjalistyczne leczenie w prywatnej, zagranicznej placówce drogo kosztuje. Czy szefowie Legii przyszli panu z pomocą finansową?
- Opłacili pierwszy pobyt w stolicy Włoch. Ostatnie rachunki regulowałem już sam.
- Jak wygląda pana dieta?
- Nie jest zbyt kłopotliwa. Trzeba tylko unikać smażonych potraw, tłuszczów i słodyczy. Z jednym wyjątkiem - przed każdym treningiem musiałem sięgać po kawałek czekolady. Nic mnie nie boli. Czuję się normalnym, sprawnym człowiekiem.
Rozmawiał Janusz Michałek
Wywiad
Cukier krzepi, ale nie zawsze
piątek, 4 stycznia 2002 11:25
Rafał Siadaczkaźródło: Przegląd Sportowy