W sennym marazmie zimy pozbawionej smaczków turniejów halowych, transferów czy w ogóle jakichś przejawów życia piłkarskiego najlepiej pisać albo o historii, albo o mglistej przyszłości, albo w ogóle o czymś innym. Wolałbym jednak utrzymać niniejszy felieton w stylu kibicowsko-piłkarskim. Przepraszam, za nadmierną dygresyjność, ale jak wiadomo trudno na skomplikowane kwestie udzielać wyłącznie prostych odpowiedzi. Pewne kwestie wracają jak czkawka kacowa i choć osobiście nie wierzę, by za mojego życia udało się przyczyny owej czkawki zlikwidować, to pewne światłe wydarzenia i opinie powodują, że aż ręce świerzbią by po raz kolejny chwytać za klawiaturę.
Wskutek agresji europejskiej organizacji pt. UEFA ma masz kraj, polska liga piłkarska, zwana na przekór zdrowemu rozsądkowi „Ekstraklasą”, najprawdopodobniej zniknie z mapy Europy. I to ku obopólnemu zadowoleniu i uldze wszystkich Europejczyków. UEFA narzuciła tak restrykcyjne wymogi gry pod jej egidą, że może tylko 3-4 polskie kluby będą w stanie im sprostać. Inne czeka niebyt. I nie ma się czego bać panowie, bo to szybka śmierć.
Czy komuś u nas śniło się, że mecze piłkarskie mogą być rozgrywane wobec kibiców wygodnie siedzących pod zadaszonymi i czystymi trybunami a w dodatku przy świetle elektrycznym? Otóż działacze wielkiej UEFA mogliby sobie raz na zawsze zakodować w swoich ptasich móżdżkach, że w Polszcze obowiązują inne wzorce. I zależy od punktu widzenia tylko, czy gorsze. U nasz od lat o wiele przyjemniej gra się na boisku opartym na ekologicznych wzorcach pastwiska, niezbyt równego i bezbronnego wobec opadów, ale za to oczyszczonego z owczych bobków i krowich placków. Co traktujemy jako ogromną zdobycz cywilizacyjną. Natomiast najlepiej sprawdzającym się wzorcem trybuny jest coś w rodzaju betonowej klatki z wysokim i solidnym parkanem w podobie wybiegu dla dzikich zwierząt. Wkrótce zainstalujemy parkany pod napięciem, gdyż te nieelektryczne okażą się zbyt podatne na wyrwanie z ziemi przez rozemocjonowanych nastolatków. Wszelkie inne atrakcje umieszczone wewnątrz klatki nie zdają egzaminu, gdyż każdorazowo mijają się ze swoim powołaniem. I tak anachroniczne drewniane ławki – odłamane i wyrwane przeistaczają się w maczugi i pałki, przy pomocy których kibice zaprowadzają na trybunach własne porządki. Rurki oddzielające sektory trybun – sprawdzają się jako drągi do dźgania wrogów zza siatki, plastikowe krzesełka dodające uroku każdemu obiektowi służą nam jako pociski i przy ważniejszych spotkaniach fruwają radośnie nad głowami przybyłych. Lądują a) na murawie, b) głowach kibiców przyjezdnych, c) na tarczach oddziałów prewencji. Z ci durnie z UEFA zmuszają nas do absurdalnych przeróbek, modernizacji - montowania na stadionie sprzętów, które każdy szanujący się użytkownik trybun wykorzysta w sobie wiadomy sposób zgodnie z fantazją i wiedzą nabytą.
Tak, obejrzałem gloryfikujący oddziały prewencji film dokumentalny „Prawdziwe psy”. Nie pokazano w nim ani jednego prawdziwego psa, pokazano za to wielu prawdziwych kibiców. Film traktuje o smakach wojny kibiców, której jedna z bitew rozegrała się na stadionie Legii. Nikt jej nie wygrał i nikt nie przegrał. Było za to dużo dymu. Pokazane z bliska twarze kibiców – plujących na kamerzystów, wyrażających się w superlatywach o zaletach pracy policji jak i o przymiotach kibiców drużyny rywala powinny być pokazane koniecznie panom z UEFA. Uzupełnione scenami z zupełnie innego filmu, pokazującego prawdziwą pracę policji („Marszczymy Freda, Żyleta, marszczymy Freda”). Może wtedy UEFA zaleciłoby zupełnie inne minimum stadionowe dla polskich ligowców. Myślę, że sprowadzałyby się do zrównania trybun z ziemią, ogrodzenia okolicy kilkoma rzędami słupków podtrzymujących drut kolczasty i obowiązkiem zadaszenia każdej z narożnych wież, w której siedziałaby ONZ-owska obsługa karabinu maszynowego, dwóch snajperów i telegrafista. Granatnik przeciwpiechotny mógłby być instalowany okazyjnie na meczach z kategorii tzw. podwyższonego ryzyka. Meczu nie rozgrywano by w ogóle, jego wynik ustalałby sędzia, dbając, by wygrywali zawsze ci, którzy mają więcej kibiców.
O co mi chodzi? Otóż są takie momenty, kiedy różne pozornie nie związane ze sobą fakty zaczynają układać się w pewną logiczną całość. Kibice Legii łaskawi byli spalić kawałek własnego stadionu, wcześniej dokonali spalenia części stadionu Polonii, teraz raczyli oznajmić, że nie życzą sobie by Polonia grała swoich meczów na obiekcie Legii, choć ma blisko, a własny jej stadion nie przypomina nawet leju po bombie. Za to obiekt Legii powinien być jako pierwszy wybudowany jako obiekt nowoczesny. W świetle powyższych rozważań mam prawo nie mieć pewności o jaki obiekt chodzi - czy z łatwopalnymi krzesełkami czy szybkostrzelnymi wieżami strażniczymi... pojąłem za to, iż wiernym kibicom Legii chodzi nie o to, by z Polonią wygrywać na murawie, ale by Polonię zniszczyć fizycznie. I to we wszystkich aspektach życia. „Niech pan Romanowski im wybuduje!” – słyszę mimowolnie. A ja wolałbym po prostu obejrzeć derby na stadionie pełnym ludzi – nieważne czy na Łazienkowskiej czy na Konwiktorskiej. Należę do osób, które cenią sobie możliwość rozgrywania derbów w ogóle, lubię atmosferę tzw. świętych wojen (ale raczej na murawach niż trybunach czy na mieście). Kiedy wszystko wokół pada, najłatwiej pomóc tej destrukcji. Dokopać padającym, dołamać przygiętych, stratować leżących. Nie wymaga to żadnego wysiłku, potem jednak zostaje tylko... wyć do księżyca. Z nudów, rozpaczy, ewentualnie uciekać przez Zaleszczyki. Bo w czym nam gra Polonii na Łazienkowskiej przeszkadza? Lepiej żeby stadion zarabiał na siebie co tydzień niż co dwa tygodnie. Żeby w ogóle był, żeby coś się działo. Postawa ta przypomina postawę niektórych władz przy wydawaniu pozwolenia na budowę Parku Jacksona na Bemowie. Dzięki ich patriotycznej postawie zachowaliśmy nietknięty jeden z najładniejszych zakątków miasta – lotnisko na Bemowie. Nigdzie indziej płyty betonowe nie prezentują się tak szaro i autentycznie smętnie. Brawo.
Czy ktoś pomyślał, co będzie dalej, gdy padną pod ciosami UEFA wszystkie polskie kluby z tzw. długoletnią tradycją? Przepraszam, słowo „pomyślał” użyłem niestosownie, wszak czynność ta w kraju tym zawsze sprawiała albo ból albo wiele trudności. W każdym razie nie zamierzam emocjonować się rozgrywkami ligowymi, które nie dość, że piłkę nożną przypominają tylko z nazwy, to jeszcze będą dokonywać się miedzy takimi tuzami jak Groclin, KSZO czy Amica. Bo wygląda na to, że tylko tej miary kluby sprostają wymogom europejskim. Być może Legii też wkrótce nie będzie, bo wcale nie jest powiedziane czy w jakikolwiek sponsor znajdzie się w najbliższych miesiącach. I wcale nie jestem pewny czy wtedy wystarczy zebrać się , wywiesić stosowną flagę i krzyknąć „Legia to my!”. Proszę łaskawie zerknąć na losy długowiecznej Cracovii i Pogoni. Los bywa okrutny. Szczególnie, kiedy liczy się na słuszność dziejową a nie na umiejętności czy mądrość.
Problem ma zasięg o wiele szerszy niż mogłoby się wydawać. Nawet gdyby powstało kilka stadionów nowoczesnych (z krzesełkami zamiast drutów) wciąż nie będzie prawa, ani sposobów jego egzekwowania, aby te nowoczesne stadiony można było ochronić przed stadami frustratów oszalałych na punkcie prozy niejakiego Andersena („Dziewczynka z zapałkami”). A przecież po jednej tylko ich akcji miłośników futbolu, jak dowodzi historia najnowsza naszej ligi, obiekt natychmiast przestałby spełniać normy UEFA... Miasto rozmiaru Warszawy w warunkach europejskich powinno mieć dwa nowoczesne stadiony. Jednak wskutek wielu czynników nie stać go nawet na jeden, bo a) jest za mało kibiców, b) jest za mało pieniędzy, c) nie ma jasnych przepisów. d) wszyscy są pokłóceni do tego stopnia, że wolą niszczyć klub niż ryzykować oddanie władzy.
Mam wrażenie, że jedyną rzeczą autentyczną w polskiej lidze jest nienawiść kibiców. Prawdziwych piłkarzy brakuje już od dawna, źródła finansowania zawsze były podejrzane, wiele wyników meczów nie ma wiele wspólnego z rywalizacją drużyn na boiskach. Stadiony zaś w najlepszym przypadku przypominają mdłe wraki jakichś większych zamysłów budowlanych, pod które wykonano nasypy przed laty i nigdy nie dokończono. Coraz mniej dziwi mnie nawet postawa policji – archaicznej, bezradnej i nieudacznej, która każdy problem który wykracza poza zasięg pały próbuje usunąć, zamiast rozsądnie rozwiązać. Dlatego m.in. na Konwiktorską nie wpuszcza kibiców. A ci robią wszystko, żeby udowodnić, że policja miała rację. Niegdyś wspomniałem już, że dramatem Warszawy jest jej oddalanie się od standardów miejskich a zbliżenie ku modelom prowincjonalnym. To, co miało miejsce w remizie podczas zabawy, przeniosło się do miasta, szczególnie zaś uwidacznia na stadionie - walki wsi zostały zastąpione walkami osiedli czy dzielnic. W nowocześniejszym i bardziej ksenofobicznym ujęciu nazwałbym to gwałtownym procesem rusyfikacji naszych obyczajów. Im więcej mówi się o integracji z Europą, tym bardziej warszawskie blokowiska udowadniają, że są zintegrowane ze zwyczajami ruskiej mafii. Nie czuję się związany z mieszkańcami Warszawy. Są bezzasadnie zarozumiali, lekceważą ludzi z innych stron, przesadnie stołeczni, chociaż sami pochodzą ze wsi. Ludzie Warszawy z trudem stają się mieszkańcami miasta, mają ciągle mentalność chłopów, łamią drzewa, bo to nie ich, nie potrafią jak należy chodzić chodnikami i ich dzieci miasta też nauczyć się nie mogą. Nie chcą. Nie mają od kogo. – napisał poeta i prozaik Roman Śliwonik w wydanej niedawno książce „Portrety z bufetem w tle”. Dotknęła mnie celność sformułowania: „mieszkańcy Warszawy”, a nie „warszawiacy”. Proszę więc nie pytać, dlaczego stadion Legii nie ma powodu być pełny, nie ma powodu być stadionem miejskim.
Legia nie kojarzy się z tym, z czym ludzie mogliby się utożsamić, za mało kojarzy się z miastem w dobrym tego słowa znaczeniu. Na flagach Legii z trudem można dostrzec Syrenkę, choć sporo na nich nowych tworów organizacyjno-wyznaniowych. Stadion stał się miejscem demonstracji dla tychże, zamiast być miejscem reprezentacyjnym stolicy.
Warszawskie piekło – polskie piekło
Piłka nożna w naszych warunkach nie zarabia na siebie, więc kluby i inne podmioty nie mają jak gromadzić funduszy na rozbudowę bazy. Ponieważ zawsze tak było, nie bardzo zdają sobie sprawy co to oznacza u progu XXI wieku. Jedynym możliwym działaniem jest masowa zrzutka całego społeczeństwa na jeden cel; vide Orkiestra Owsiaka i vide Stadion Narodowy (czyt. jedyny nadający się do czegokolwiek). Systemu umożliwiającemu zarabianie na piłce i budowę obiektów przez same kluby wciąż nie ma i w tych warunkach nie będzie. Zaraz pojawiają się zmory PRL-u pt. pogmatwane sprawy własności gruntów, korupcja urzędników prowadzących sprawy, rozbudowana biurokracja spotęgowana odwiecznym bałaganem i bezmyślnością. Skąd biedna UEFA może znać polskie piekło? Wszak system piłkarski działa wszędzie i przysparza mnóstwa pieniędzy udziałowcom. Tylko nie u nas. Bo u nas działać to nie ma prawa. Bo cała energia ludzi idzie na wyrywanie sobie tych pieniędzy z centralnego rozdawnictwa, zamiast na ich wypracowanie – przez każdy klub na swój użytek Ale nie można budować wspólnie systemu z zaciekłym wrogiem np. z ulicy Konwiktorskiej. Bo chodzi o to, by nam przypadły środki ze zrzutki narodowej, a nie im. Zamiast zatrzymać cały ten chory cyrk, napędzamy go, ochoczo biorąc udział w wyrywaniu sobie ochłapów jakie jeszcze zostały. Zachowanie w stylu „po nas choćby i potop” jest przejawem myślenia jaskiniowców, którzy nie potrafili oceniać rzeczywistości perspektywicznie. O wiele bliższy jest stereotyp: Jak potrzebna mi gałąź, to ją odcinam, ale fakt, że właśnie na niej siedzę nie wzbudza we mnie żadnych refleksji. W roztrwanianiu dóbr jesteśmy w światowej czołówce. Podobnie jak w podejmowaniu działań autodestrukcyjnych, ale to także typowe dla ludów pierwotnych i niektórych plemion murzyńskich, które tak zawzięcie wypasały bydło w jednym miejscu, że zostawała pustynia.
Ponadto poddaję pod rozwagę - czy warto bić się aż tak zawzięcie o ten jedyny stadion już teraz, w warunkach braku szmalu, łatania plastrem, zapychania dziur piaskiem? Jak wskazuje logika dziejów każda budowla następna jest nowocześniejsza od poprzedniej. W związku z tym Legia pewnie będzie miała ten stadion pierwsza, ale wszystkie obiekty wybudowane później będą lepsze. Tym bardziej, że skoro stadion warszawski będzie pierwszym obiektem tego typu w kraju, ręczę, że nasi budowlańcy, którzy regularnie coś pieprzą, spieprzą ów szumnie zapowiadany Narodowy i tym razem. Szczególnie, że nigdy wcześniej niczego podobnego nie budowali. Okaże się że dach przecieka, że do szatni gości nie ma drzwi, że jupitery świecą na Agrykolę, że do murawy zapomniano dołączyć podgrzewania, że beton pęka i grozi zawaleniem. W końcu, że zamiast stadionu wyszedł kort, ale bez siatki, bo te założono uprzednio na bramki. Jak mawia mój znajomy, wzorce są wprawdzie zachodnie, ale my wszystko robimy po irokezku i zawsze wychodzi „cuś w podobie”. Stacja metra Centrum zaczęła przeciekać w miesiąc po oddaniu do użytku, więc spokojna głowa...
Gdybym tego wszystkiego nie wiedział, zadałbym naiwne pytanie - jak zarząd klubu Legia może opierać całą swą strategię na przyszłość na gruntach, które spróbuje następnie komuś opchnąć lub wydzierżawić? Przecież bez sprawnego mechanizmu działania żaden szmal nie pomoże – co udowodniła historia z Daewoo. Podobnie nie rozumiem, dlaczego nikt nie zaprotestował przeciwko polityce odbierania jednym, żeby dać drugim? Dlaczego tak wielkim problemem jest grać na jednym stadionie, który zapewnia lepszą oprawę i warunki do gry niż taplać się w kartoflisku lub po pachy w śniegu? Absurd stał się naszą najbliższą rzeczywistością, zatem przestajemy się dziwić, choć dziwić należałoby się długo. Mam wrażenie, że aspiracje to owszem chciałoby się mieć wielkie, tylko szarych komórek nie staje.
Kibice polscy raczyli mieć do niedawne w bardzo konkretnym miejscu dyscyplinę pt. skoki narciarskie. Teraz, aby zapewnić Małyszowi zwycięstwo w Zakopanem, posunęli się do szantażu i zastraszania rywali (dlaczego akurat Finów?!) oraz działaczy FIS. Zgodnie z zasadą wyrywania innym tego, co nie może być nasze. Czy ja kiedyś tego nie widziałem w polskiej lidze piłkarskiej? Czy żadnemu sędziemu nie podpalono przy okazji domu? Czy piłkarze nie odbierali anonimowych telefonów, czy nie pobito kilku z nich?
Ponieważ sport bez kibiców nie ma sensu, podobnie jak sukces sportowy bez walczących uczciwie rywali, sport w Polszcze chyba w ogóle nie jest potrzebny. Potrzebne jest przekonanie, że i tak mamy rację lub że jesteśmy najlepsi mimo wszystko. Jak to wyraził na antenie TVP pewien mieszkaniec Wisły po zeszłorocznym sukcesie Małysza na TCS: „Ano pokozoł tym Frycom, ze my som najlepse”. Choćby w piciu denaturatu, ale zawsze.
Bo po co budować skocznie czy stadiony, inwestować w szkolenie młodzieży, w rozwój dyscypliny na wszystkich jej szczeblach czy w końcu takie umasownienie, które zapewni dopływ świeżej krwi, skoro wszyscy od kibiców po działaczy dążą jedynie do rozstrzygnięć pozaboiskowych czy pozaskoczniowych? Byle wyszło na nasze.
Polska piłka potrzebuje sukcesu - grzmieli nie tak dawno jeszcze przedstawiciele PZPN. I mają ten sukces, przynajmniej połowiczny. I co? I nic. Nie ma stadionów, pieniędzy, koniunktury, zaplecza, boisk, współpracy ze szkołami. A niech tylko - czego się spodziewam - kadra Engela wróci z Korei z podwiniętymi ogonami wszystko pójdzie „w pizdu” jak mawiał jeden z bohaterów filmowych.
Przypadki Adama M. w skokach są typowe dla wszelkich działań sportowych. Nagle trafia się fenomen, który skacze jak natchniony, mimo braku prawdziwej skoczni w kraju, braku gór, a przeważnie i śniegu. Trafia się w kraju, który nie zasłużył na takiego zawodnika, bo nie kiwnął palcem, aby sobie kogoś takiego wychować. Teraz kibicujący obywatele tego kraju dostają amoku – Małysz ma wygrywać i koniec. Skocznia jakaś już jest, ale tylko jedna, system pracy młodzieżą leży, koniunktury nie wypracowano, choć na fali sukcesów zgłosiło się ponoć kilka dziesiątek młodziaków. Zgłosiłoby się więcej chętnych w całej Polsce, tylko nie ma dostatecznej liczby ośrodków szkoleniowych, trenerów, bazy itp. co więcej, nikt nie ma nawet pomysłu jak ją stworzyć i czy warto ją tworzyć. Ale to nie przeszkadza nam grzmieć, że „my sum najlepse” a jak nie, to rozniesiemy trybuny, pozabijamy kibiców przyjezdnych najchętniej razem z ich zawodnikami. Metodę równania w dół znam ze zwyczajów osiedlowych. Ładny przystanek – wybić szyby, nowa zdobiona ławeczka koło trawnika - zorać nożami i opisać, czysty przejazd, wypaprać farbą w akcie destrukcji szumnie nazywanym tworzeniem graffiti. Potem znowu trafia się taki Małysz lub awans do ligi Mistrzów i mamy przez chwilę wrażenie, że jesteśmy w Europie. A jesteśmy żałosni.
Tak samo wygląda nasza Legia, która nie może dojść do porozumienia sama ze sobą czy zamierza wygrać to mistrzostwo, czy raczej go sobie odpuszcza. Karuzela z Karwanem świadczy o tym, że wszyscy robią coś co nie tylko ze zdobywaniem tytułu nie ma nic wspólnego, ale nawet z sama grą w piłkę ma związek tylko teoretyczny. Zwycięstwo smakuje, ale pracować na nie nikomu się nie chce. Lepiej walnąć jabola albo trochę kasy z sejfiku. Bez zaplecza sponsorów, bez długoterminowych kontraktów, bez planów rozwoju całej dyscypliny na poziomach młodzieżowym i seniorskim cała zabawa w sport nie ma sensu. Kibicowanie też nie, bo staje się udziałem w żałosnym spektaklu, w którym zgraja nieudaczników na boisku upozowanych na profesjonalistów może co najwyżej udowodnić, że granice błazenady nie istnieją. Jeśli ktoś wątpi w słuszność tego zdania lub nie dostrzega analogii z Legią, proszę zerknąć do tekstu Powiedzieli.... Cyrk na kółkach i z piórkiem w dupie na dodatek. I nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego, skoro było wszystko, co trzeba to jednak nic z tego nie wyszło, choć powinno, a wychodziło wtedy, kiedy nie powinno, choć też nie do końca, podczas gdy teraz i nie ma jak wyjść i zapewne nie wyjdzie, bo nie wiemy w co gramy i o co. Wiemy tylko, że gramy dalej.
Felieton
Walka o ogień
środa, 16 stycznia 2002 15:28
Genezyp Kapen