PS: - Po raz pierwszy Legia całe przygotowania odbędzie pod pańskim kierunkiem. To chyba komfortowa sytuacja?
Dragomir Okuka: - Gdy zostałem na kolejny sezon, postawiłem warunek, że muszę mieć prawo decydowania o tym, kogo w Legii zatrzymamy. Bo byli tu piłkarze z wysokimi kontraktami, którzy w zamian niewiele dawali od siebie. Jedno czy dwa podania, ze trzy kółeczka i koniec. Można przegrać z Wisłą, można przegrać z Valencią, ale nie można przegrać ze Stomilem, Orlenem czy Górnikiem. Nie mieliśmy wtedy drużyny. Dziś żaden kibic Legii nie powie, że piłkarze nie walczą. W tym roku po raz pierwszy będę mógł w pełni wziąć odpowiedzialność za końcowy wynik mojego zespołu. Gdy tu przyszedłem, nie mieliśmy szans na mistrzostwo Polski. Zespół nie był do tego przygotowany fizycznie i przede wszystkim psychicznie. Teraz moim zdaniem jest pod tym względem dużo lepiej. Do Wisły Kraków mamy tylko dwa punkty straty. I wielkie szanse na tytuł.
- Jest pan pewny, że Legię na to stać? Wisła kupiła Igora Sypniewskiego, a Legia tylko pozbywa się kolejnych zawodników.
- Czasami najważniejsza jest atmosfera. Bez niej, nawet z gwiazdami, niczego się nie wygra. Mamy dobry, wyrównany zespół. Drużyna docierała się przez całą rundę. I moim zdaniem już się dotarła. Największym naszym problemem jesienią były kontuzje. Co ciekawe, w Legii najwięcej jest kontuzjowanych obrońców. Nie pomocników czy napastników, jak w innych zespołach. Czy to nie dziwne? Kłopoty mieli Jacek Zieliński, Tomasz Łapiński, Rafał Siadaczka, wciąż nie trenuje Marjan Gerasimovski, wcześniej problemy z kolanem miał Tomasz Jarzębowski. Wiosną będziemy potrzebowali wielu zawodników, co najmniej 20. Dlatego z rezerw wzięliśmy Sebastiana Nowaka i Macieja Wojtasia.
- Może trzeba było kupić obrońcę, a nie bramkarza, Radostina Stanewa?
- Mieliśmy tylko dwóch bramkarzy, a przecież nie wiemy, co wydarzy się wiosną. A jeśli Wojciech Kowalewski dozna kontuzji? Musimy brać wszystko pod uwagę. Uważam, że kolejny bramkarz w naszym klubie był koniecznością. Poza tym nie zapominajmy o tym, że konkurencja może przynieść tylko korzyści. Jeśli bramkarz nie czuje oddechu na plecach, zaczyna sobie folgować.
- Kto będzie bronił wiosną?
- Pierwszym bramkarzem jest Kowalewski. Stanew musi walczyć i czekać na swoją szansę. Wojtek nie będzie bronił do pierwszego błędu. Będzie grał do... pierwszej straty zaufania u mnie. Pracuje ciężko na treningach, gra dobrze, więc będę na niego stawiał.
- Z pana drużyny Bartosz Karwan ma największe szanse na zrobienie kariery?
- To zawodnik, który może grać w bardzo dobrej lidze. Szkoda, że prześladują go kontuzje. Dużo osiągnąć mogą też Kowalewski, Maciej Murawski, wielki potencjał ma też Radek Wróblewski. A bardzo dobrym napastnikiem jest Czarek Kucharski. Wszyscy mówią o Sypniewskim, bo strzelił cztery albo pięć bramek dla Radomska, a nikt nie patrzy na to, ile goli zdobył "Kucharz". W sumie zebrało się ponad dziesięć i drugie tyle asyst. To zawodnik, który walczy od upadłego, niezwykle ambitny. Szkoda, że nie jest właściwie doceniony przez dziennikarzy.
- Nie bez powodu zapytaliśmy o Karwana. Grał pan na tej samej pozycji, co reprezentant Polski. Kto był lepszy?
- Na pewno byłem trochę szybszy. A czy lepszy technicznie? Liga jugosłowiańska była wtedy bardzo silna, mocniejsza niż polska w tej chwili. Tak, pod względem wyszkolenia też Bartka przewyższałem.
- Zawodnicy mocno panu podpali, krytykując pana za taktykę na mecz z Valencia?
- Ustawienie było to samo, co w Warszawie. A po meczu u nas byli zadowoleni. Polscy zawodnicy mają skłonności do komentowania poczynań trenerów. Muszą się nauczyć, że mogą sobie to robić tylko na wewnętrznych spotkaniach, a nie mają prawa swoich poglądów przekazywać do gazet. To, co miało miejsce po meczu z Valencią - to był ostatni raz! Ostatni! Wcześniej taki błąd popełnił Marek Citko i nie chciałbym, aby ktoś poszedł jego śladami. Jeśli zarabiają w klubie pieniądze, mają obowiązek być wobec tego klubu lojalni. To nie jest prywatne podwórko, gdzie każdy może mówić, co mu się podoba.
- A czy popełnił pan wtedy błąd?
- Na boisku nie gra ustawienie. O wyniku decydowały indywidualne błędy piłkarzy. Miałem ustawić drużynę tak, by przewidzieć, jak słabo zagrają Gerasimowski, Murawski, Piekarski i pozostali? Na boisku nie ustawienie decyduje o wyniku, ale walka, bieganie...
- O co poszło z Citką?
- Nie chciał się przygotować do rundy w drugim zespole, choć był w fatalnej formie. Na dodatek bezczelnie powiedział, że Obilić zdobył mistrzostwo Jugosławii, ponieważ Arkan wszystkich rywali zastraszył. Już nawet nie chciałem pytać Marka w rewanżu, jakie są kulisy tego, że wraz z trenerem Smudą wywalczyli mistrzostwo Polski w Widzewie. To był koniec naszej współpracy.
- Na ręce nosi pan zawsze pamiątkę z Jugosławii. Ten złoty, wysadzany diamentami "Rolex" jest niezwykle cenny. Co jest na nim wygrawerowane?
- To tajemnica. Nie pokażę nikomu w Polsce, co tam jest napisane. Ale mogę potwierdzić, iż to prezent od Arkana za zdobycie mistrzostwa Jugosławii.
- Jak poznał się pan z Arkanem?
- Byłem akurat trenerem Cukaricki Belgrad, miałem kontrakt ważny przez jeszcze półtora roku. Pamiętam, że Obilić zremisował wówczas mecz i przez to przewaga Crveny Zvezdy w tabeli wzrosła do sześciu punktów. Odebrałem telefon, rozmowa była krótka: "Dragan Okuka?... Tu Arkan. Chcę się spotkać". Zapytałem o cel spotkania, ale nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi. Wsiadłem w samochód i pojechałem do InterContinentalu, jego hotelu i bazy, w której zresztą później został zabity. W środku już czekał na mnie Arkan wśród swoich ochroniarzy. "Jesteś trenerem Obilicia" - powiedział. Myślałem, iż się przejęzyczył "Nie, jestem trenerem Cukaricki" - odpowiedziałem. "Teraz jesteś trenerem Obilicia" - stwierdził dobitnie. W Cukaricki miałem dobrze, miałem pewną pozycję i spokojną pracę. Graliśmy w Pucharze Intertoto. Tymczasem w Obiliciu od razu zostałem poinformowany, że jeśli nie zdobędę mistrzostwa, zostanę zwolniony.
- Ale zdobył pan to mistrzostwo. Jaki udział miał w tym Arkan. Rzeczywiście zastraszał piłkarzy drużyn przeciwnych?
- Czasami słyszę, że główna jest zasługa Arkana. Na przykład od Citki. Ale to bzdura. Warunki do pracy były świetne. Hotel, boiska - wszystko Arkan zbudował. Wkrótce wygraliśmy z Crveną Zvezdą na Maracanie 1:0. Potem oni zremisowali i ich przewaga zmniejszyła się tylko do dwóch punktów. Tak wyglądała sytuacja po rundzie jesiennej. Wiosną oni znów zremisowali i wysunęliśmy się na prowadzenie, jednym punktem. Tak zostało już do końca sezonu.
- Czyli dobrze pracowało się w Obiliciu?
- Nie zawsze. Arkan nie mógł spać po nocach. Przychodził do klubu o świcie i wszyscy musieli się stawić na siódmą rano. Za nieogolenie się - 300 marek kary. Nie było mowy o długich włosach czy żelu. To było jak wojsko, taki rygor. Wielokrotnie czuliśmy się jak na poligonie.
- Dlaczego w końcu Arkan pana wyrzucił?
- Puchar Jugosławii przegraliśmy w finale. Ulegliśmy Partizanowi. Na karne. Prezes był kibicem, nawet znał się na piłcę. Dlatego nie wyrzucił mnie wtedy. Na noże poszło dopiero wówczas, kiedy mieliśmy grać z Lidze Mistrzów z Bayernem Monachium. Pokłóciliśmy się o czterech zawodników, których chciał sprzedać. Dwóch było kontuzjowanych, dwóch zupełnie bez formy. W meczu ligowym usiadł ze mną na ławce rezerwowych. "Zmieniaj" - krzyczy przed spotkaniem. Ja nie zmieniłem. "Zmieniaj" - krzyczy w przerwie. Nie zmieniłem. W końcu powiedział, że jak nie wygram tego meczu to już nie pracuję. Było 0:0 i rzeczywiście musiałem szukać pracy. Miałem jednak satysfakcję. Dwaj zawodnicy ze wspomnianej czwórki w Monachium, bo oczywiście zagrali, popełnili błędy, po których padły gole dla Bayernu.
- Kontrakt z Legią ma pan ważny do czerwca. Będzie pan chciał zostać dłużej? Czy też może pójść na noże?
- Jeśli wszyscy będą ze mnie zadowoleni - zostanę. Do domu na razie tak bardzo mnie nie ciągnie. W Jugosławii wygrałem ligę z Obiliciem Belgrad, trenowałem z sukcesami kilka innych klubów. Teraz interesuje mnie tam tylko Partizan lub Crvena Zvezda. Te kluby mają wszystko - piłkarzy, infrastrukturę i co najważniejsze kibiców. W Obiliciu miałem wszystko poza kibicami. Otrzymałem też ofertę od mojego przyjaciela Dusana Bajevicia. Od czerwca będzie on trenerem reprezentacji Jugosławii, a ja miałbym być jego asystentem. Ale uważam, że jestem jeszcze na to za młody. Praca z kadrą to dwa czy trzy miesiące w roku. Przez resztę czasu nic się nie robi. A ja chcę pracować, chcę się uczyć, rozwijać.
- Polska podoba się panu bardziej niż Jugosławia?
- To złe pytanie. Zawsze najlepiej jest w domu. Nawet w Afganistanie każdy powie, że żyje się tam lepiej niż w USA. Polska mi się podoba, język jest podobny do serbsko-chorwackiego, kuchnia też jest bardzo zbliżona.
- A zarobki trenerów są zbliżone?
- Dobrze zarabiają szkoleniowcy w Partizanie, Crvenej Zvezdzie, Obiliciu i Vojvodinie. A reszta słabo, bardzo słabo. W dodatku zwalniani są jeszcze szybciej niż w Polsce.
- Liga jest tam skorumpowana?
- Była korupcja, liczne problemy, kibice przestali przychodzić na stadiony, bo stracili zaufanie do zawodników. Gdy ostatnio Crvena Zvezda grała z Partizanem, na trybunach było tylko 30 tysięcy ludzi. Jeszcze nie tak dawno chodziło dwa razy więcej. Za reformę naszego futbolu wziął się Dragan Stojković. To dobrze. To takich ludzi jak on - młodych i bogatych - należy przyszłość. Tylko oni mogą coś zmienić, bo nie są tak bardzo podatni na korupcję, są niezależni. Ale i Dragan będzie potrzebował czasu, by wszystko wróciło do normy. Dużo czasu...
- Wspomniał pan o niezależności finansowej. Pochodzi pan z bogatej rodziny?
- Urodziłem się w małym miasteczku w Bośni, blisko Mostaru. Od małego uganiałem się za piłką. W Jugosławii jako piłkarz nie zarabiałem dużych pieniędzy, rodzice też nie byli bogaci. Mam siostrę i brata bliźniaka, który mieszka teraz w Vancouver. Ja jestem Dragomir, a on... Radomir. Ale kibice nie mieliby problemów, żeby nas odróżnić. On ma czarne włosy, ja jaśniejsze. Jestem starszy o piętnaście minut. Może gdybym urodził się sam, byłbym większy? Może miałbym dwa metry i byłby światowej sławy napastnikiem? (śmiech). Wracając do tematu... 12 lat grałem w Mostarze. Stara Jugosławia była bardzo piękna, wszystko było wspaniałe. I przyszła ta wojna...
- Gdzie pana zastała wojna?
- Na miejscu.
- Brał pan w niej udział?
- Troszeczkę, ale to nie jest sprawa dla gazety. Troszeczkę, .... ale smutek pozostał do dziś. Rany były ogromne... Teraz wszystko się zabliźniło, ale... i tak to zostaje w człowieku. Teraz jest u nas NATO, są Polacy. Kiedyś Breżniew czuwał nad wami, a teraz wy czuwacie! Wcześniej przyjeżdżaliście do nas tylko na wakacje, pod namiot. Jeździliście do nas albo do Bułgarii. Teraz pomagacie trzymać wszystko za mordę.
- Co dzieje się z pana bratem?
- Wcześniej też był piłkarzem, ale skończył karierę na trzeciej lidze. Kiedy rozpoczęła się wojna, wyemigrował do Kanady. Latem tego roku wyjechałem na kilka dni ze zgrupowania Legii. Poleciałem do Belgradu, by spotkać się z nim. Po raz pierwszy po siedmiu latach... Nie widzieliśmy się tyle czasu... Można narzekać na to, co było kiedyś. Ale tak naprawdę było pięknie. Natomiast, gdy przyszła wojna - katastrofa. Domy, rodziny - wszystko się rozj... Właśnie latem byłem też po raz pierwszy od wielu lat w Mostarze. Miasto jest teraz podzielone - część należy do Bośniaków, część do Chorwatów. Moje mieszkanie zostało po stronie chorwackiej - ktoś w nim mieszka, sam się wprowadził. I nie chce mi go zwrócić. To była dla mnie smutna wizyta. Mostar w czasie wojny został kompletnie zniszczony, toczyły się tam ciężkie bitwy. Nawet stary most już nie istnieje. Wojna i głupota to jedno. Przyjemnie było się spotkać z kilkoma kolegami z dawnych lat, ale niewielu już ich tam zostało. Większość ludności stanowią nowi, przyjezdni... Smutna wizyta, smutne wspomnienia.
- Pański brat wciąż interesuje się piłką?
- Tak, śledzi moje wyniki poprzez Internet. Gorąco mi kibicuje. Pasja do futbolu zawsze była wspólna. Pamiętam, jak wybraliśmy się na mecz, gdy mieliśmy 15 lat. Z miasta, w którym mieszkaliśmy, mieliśmy ponad 30 kilometrów do Mostaru. Ale ani u nas, ani w samym Mostarze, nie było kibiców Veleżu. Każdy kibicował Partizanowi albo Crvenej Zvezdzie. Mieliśmy nawet taki podział w domu. Mój brat był za Partizanem, ja nie. Tłukliśmy się o to często. Jednego dnia wybraliśmy się na mecz Crvenej Zvezdy. Akurat grała w Mostarze. Poszliśmy piechotą, 36 kilometrów. Pół dnia spędziliśmy na wędrówce, nie mając pieniędzy, nie wiedząc nawet, gdzie jest stadion, a przecież Mostar to spore miasto. Ale obejrzeliśmy ten mecz! Crvena wygrała 3:2. W domu byliśmy w środku nocy. Słyszałem, że po wojnie światowej w Polsce było biedniej niż w Jugosławii, ale my swoje też przeżyliśmy.
Rozmawiali Adam Godlewski i Krzysztof Stanowski
Wywiad
Byłem na wojnie!
czwartek, 24 stycznia 2002 00:47
Dragomir Okukaźródło: Przegląd Sporotwy