-Czy widzi Pan jeszcze realne szanse na awans?
Marek Pałus:Tak, nawet na zajęcie drugiej pozycji, pod warunkiem, że wszystkie mecze rundy rewanżowej na własnym parkiecie rozstrzygniemy na swoją korzyść i pokusimy się o wygraną w Estonii. Nie nastąpił przecież koniec świata, przegraliśmy w pierwszej rundzie trzy mecz, a walka toczy się dalej. Pewne jest, że reprezentacja musi zagrać w rewanżach znacznie lepiej niż w meczach styczniowych. Za najgroźniejszego rywala Polaków w walce o drugą lokatę premiowaną bezpośrednim awansem do finałów, uważam Łotwę. Będą groźne, jak zwykle Węgry, ale układ spotkań mamy zdecydowanie korzystniejszy od zespołu węgierskiego.
-Jak jest pańska refleksja po przegranych meczach z Francją i Białorusią?
-Spotkania pokazały dobitnie, że nie jesteśmy, tak jak się to niektórym wydawało - a szczególnie zawodnikom po dobrym występie w finałach mistrzostw Europy w Barcelonie w 1997 roku - żadną koszykarską potęgą, daleko nam do czołówki Europy. Zawodnicy są słabo wyszkoleni, choć ich zarobki wskazywałyby na to, że mamy samych dobrych graczy. W Mińsku okazało się, że naszych najlepszych graczy, zarabiających ponad 10 tysięcy dolarów
miesięcznie, ogrywają koszykarze, których pensje są dziesięciokrotnie niższe. Kluby rozpieszczają kadrowiczów, oni to wykorzystują, bo nie czują się zagrożeni utratą pracy. Nie ma młodych zawodników, którzy wywieraliby presję, walczyli o miejsce w składach.
-Brak utalentowanej młodzieży jest przecież wynikiem złego
systemu szkolenia.
-Tak, i dlatego od ponad roku związek czyni działania zmierzające od zmiany tego stanu rzeczy. Na efekty tych prac trzeba będzie jednak poczekać 6-8 lat. Oczywiście, po dokładnym przeanalizowaniu ostatnich występów reprezentacji związek podejmie także kroki doraźne, bo rewanżowa runda eliminacji zaczyna się już w listopadzie. Ostatnie mecze pokazały, że kadra nie ma zaplecza, a brak młodych zdolnych koszykarzy wynika ze zbyt małej liczby konfrontacji zespołów kadetów, juniorów z rówieśnikami z
zagranicy. To się właśnie powoli zaczyna zmieniać.
-Czy słabsza postawa reprezentantów jest wynikiem
wprowadzenia w polskiej lidze formuły open, zezwalającej na grę dowolnej liczny obcokrajowców?
-Liczba obcokrajowców w lidze nie ma wpływu na grę Polaków, szczególnie reprezentantów, bo przecież oni grają dużo w swoich klubach. Polscy zawodnicy są po prostu gorzej wyszkoleni od zawodników z zagranicy, przez to odpowiedzialność w meczach ligowych nie spoczywa na nich, tylko na obcokrajowcach. Litwin, czy Jugosłowianin nie zabiera przecież miejsca dobremu Polakowi, tylko słabemu.
Dlatego nie będę wnosił o wprowadzenie przepisu o zmniejszeniu liczby obcokrajowców. Zresztą za kilka lat, po wejściu do Unii, musielibyśmy taki przepis zmieniać. Sporo do życzenia pozostawia praca trenerów, także zagranicznych, którzy przygotowują graczy do całego sezonu. Styczniowe mecze reprezentacji, w których kadrowicze grali gorzej niż w listopadzie, pokazały, że zawodnicy są źle przygotowani. To jest jednak kwestia polityki klubów, a to Polski Związek Koszykówki żadnego wpływu nie ma.
Rozmawiała Olga Przybyłowicz
Wywiad
Rewolucji nie będzie, przepraszam kibiców
niedziela, 27 stycznia 2002 14:45
Marek Pałusźródło: PAP