Właśnie zakończyła się inaugurująca wiosnę trzecia ligowa kolejka. Stała pod znakiem goli strzelanych w ostatnich minutach spotkań i z satysfakcją można stwierdzić, że stało się tak z czynnym udziałem legionistów. Bez satysfakcji należy odnotować fakt, że Wisła poszła w ślady Legii i z fotela lidera wyszły nici. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczności. Otóż samodzielne przodownictwo w tabeli zafundował wiślakom sędzia, dyktując w przedostatniej minucie spotkania karnego przeciwko Ruchowi Chorzów. Oczy przecierałem ze zdumienia, jak sędzia w tej plątaninie nieporadności, wśród trupa ścielącego się gęsto dostrzegł faul. I to w dodatku nie ten co trzeba, bo nie faul Sypniewskiego na obrońcy, tylko faul obrońcy na Sypniewskim. Sędzia bez wahania, że może wypaczy wynik meczu wskazał na wapno i to bez konsultacji z liniowym.
Niby nic nadzwyczajnego, bo tego typu „sędziowskie pomyłki” zdarzają się na wszystkich boiskach Europy, zaś na pozaeuropejskich boiskach Polski zdarzają się wyjątkowo często. Może przełknąłbym tę niedyspozycję arbitra gdyby nie pewien irytujący a nie potrafiący sklecić zdania po polsku pan, który w randze eksperta z uporem godnym lepszej sprawy występuje w Canal Plus, rozstrzygając ligowe kontrowersje. Podczas swoich wątpliwych show usiłuje wytłumaczyć albo rzeczy oczywiste, albo całkiem magiczne. Najlepiej wychodzi mu przekonywanie widzów, że widzą zupełnie co innego, niż rejestrują ich oczy. Otóż Wit Żelazko, bo o nim mowa, ględząc o nienaturalnym ułożeniu łokcia w tej pozycji, rozważaniach, kto może siedzieć na ławce rezerwowych, kiedy siedzi zupełnie kto inny, podający się za jeszcze kogo innego, snujący rozważania o układzie nóg w polu karnym raczył dostrzec, że ktoś Sypniewskiego pociągnął. Mnie udało się dostrzec, że pociągał i owszem, ale najpierw Sypniewski, a przedtem jeszcze łokciował i taranował. Wit Żelazko vel David Copperfield usprawiedliwił natychmiast sędziego, że niby wszystko było w porządku. Rozsierdził mnie jednak wcześniej. Raczył wspomnieć, że inny sędzia w meczu Legia – Amica niesłusznie uznał gola Magiery. Bujać to my, ale nie nas, panowie szlachta. Przecież niespełna rok temu była głośna afera w Hiszpanii, gdy sędzia nie uznał gola Rivaldo – strzelonego Realowi w bardzo podobnej sytuacji. Też ktoś stał na spalonym, a strzał był oddany zza linii 16 metrów „z niespalonego” – przy stanie 2:2. Być może decyzja sędziego zadecydowała wówczas o tym, że klub z Madrytu został mistrzem swojego kraju. Ciekawe, co ględziłby ów kanałowy ekspert, gdyby sędzia rzeczywiście gola Magiery nie uznał. Ale nie wymagajmy za wiele, wszak Wit jest zapraszany, żeby ku uciesze red. Zarzecznego (pięknie się nam wyokrągla) ględzić i siać burzę, a nie żeby podejmować rozsądne arbitralne decyzje.
Niby nic nadzwyczajnego, bo tego typu pomeczowe gęgania towarzyszą meczom od czasu wynalezienia mediów sportowych, ale jednej rzeczy nie można przepuścić. Gdyby analogiczny karny miał miejsce w meczu Legii, uszczypliwym komentarzom i podejrzeniom nie byłoby końca. Przypomnę mecz z GKS w Warszawie, gdzie sędziemu dane było pomylić się na korzyść Legii. Wit usuwał Wójcika z grona sędziów. Awantura wybuchła taka, że tylko patrzyłem, jak zabiorą nam te punkty. Teraz cisza. Ot kontrowersyjna decyzja. Ruch do tego czasu mógł z Wisła prowadzić 3:1, gdyby Śrutwa nie odstawiał tańca Świętego Wita na polu karnym krakowian; mogło być również 3:1 dla Wisły, gdyby buńczuczne zapowiedzi Sypniewskiego miały jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości. Innymi słowy, gdyby najwybitniejszy krasomówca Wisełki umiał z pięciu metrów trafiać do bramki, a nie w bramkarza. Nieważne. Chcę tylko zwrócić uwagę środowiskom legijnym , że teraz jest właściwy moment, żeby się z Wisełki ponabijać i pokazać, że na górze tabeli nie tylko z Legią muszą się wiązać afery i kontrowersje, które kibice i mediowcy innych klubów natychmiast rozdmuchują. Teraz nasz ruch, więc zadudnijmy gdzie kto może, ponabijajmy się z pięknego i czystego, a jakże sukcesu Wisły nad „zawsze groźnym” Ruchem. Proszę mi wierzyć, że najmniejsza kontrowersja rozstrzygnięta na korzyść Legii w przyszłości spowoduje natychmiastową lawinę antylegijnej publicystyki - tej formalnej i nieformalnej.
Pranie brudów
Na którymś z forów internetowych znalazłem wątek o rozdwojeniu jaźni dziennikarzy piłkarskich „Przeglądu Sportowego” i „Gazety Wyborczej”, których relacje rozmijają się w ocenach diametralnie. PS był grą Legii zachwycony, GW wręcz przeciwnie. Jak było naprawdę? Widzieliśmy? To poczytajmy. Podczas meczu z Amicą czyniłem notatki, aby zweryfikować moją apokaliptyczną wizję z poprzedniego felietonu. Jak ufam nie są one obarczone brzemieniem tego 3:2, powstawały bowiem na bieżąco, kiedy wynik jeszcze nie był ustalony. Oto garść spostrzeżeń:
Ohydne naszewki. Sprawa reklam na koszulkach wzbudza już pewne emocje. Za wykorzystanie miejsca na strojach piłkarzy klub miał dostać jakieś miliony – najpierw dolarów, potem złotych. Tymczasem cichuteńko, bez szumu ani wieści za ile, Legia reklamuje samochody Skoda. Firmy związanej z Polmotem, czyli z kasy zdaje się wyszły nici. „Reklamuje” to za mocno napisane. Stroje piłkarzy zostały wyposażone w naszywkę z logo Skody na zielonym tle – niby pod kolor koszulek. Naszywki mają konsystencję deski – są sztywne i niezupełnie w kolorze strojów Legii, w dodatku odznaczają się wyraźnym szwem. Przypomniały mi się mecze z Sampdorią, kiedy to team Legii również prezentował podobne śliniaczki na piersiach. Taka reklama to antyreklama. Szkoda.
Zabójcze kontry. Legia zademonstrowała w piątek element gry, który bardzo lubię i który nieźle wychodził już na jesieni. Szybkie rozgrywanie piłki w środku pola z klepy zakończone prostopadłym podaniem do wychodzącego. Popisowe było rozegranie takiej akcji przy golu Czereszewskiego. Szczególnie kontry w takim wykonaniu są zabójcze, tylko czasem brakuje naszym graczom szybkości, aby za nimi nadążyć. Ale to i tak najwyższa klasa myśli taktycznej w naszej lidze. Gorzej bywało z wykonaniem – szczególnie w ataku pozycyjnym w większym tłoku, ale o tym będzie niżej.
Ból formacji. Legia niestety zaprezentowała na inaugurację wiosny stary grzech – niedostateczną współpracę między formacjami. Luki pomiędzy atakiem a pomocą oraz pomiędzy obroną a pomocą były czasem kilkudziesięciometrowe. Stąd straty piłek i rozpaczliwe powroty pod własną bramkę często kończone faulami. Jak tego nie poprawią będzie źle, bo taka gra naraża zespół na łatwą stratę bramki – szczególnie w meczach ze słabeuszami-murarzami.
Zaćma kornerowa. Nie wiem, czy to kwestia głupoty czy nieporadności, ale Legia od czasów Smudy z maniackim uporem popełnia kardynalny błąd przy wykonywaniu rzutów rożnych. Piłka każdorazowo centrowana jest na pole bramkowe przy długim słupku. I zawsze pada łupem bramkarza. Bo tylko grając przeciwko trzecioligowemu goalkeeperowi można liczyć, że nie wyjdzie do takiej wrzutki lub że nie złapie piłki. Oczywiste jest, że futbolówka podawana z rogu na pole bramkowe powinna spaść przy bliższym słupku, aby ktoś ją mógł przedłużyć albo nawet strzelić, dostawiając nieznacznie głowę. Podania na długi słupek powinny lądować jakieś 8-10 metrów od bramki, na głowy wchodzących - zamykających akcję.
Okuka-Kubicki. Mamy niezły duet trenerski i mający poparcie zarządu klubu. Na pierwszy rzut oka widać, kto w drużynie rządzi i kto w związku z tym może spokojnie realizować swoją koncepcję. Są to trenerzy i tak powinno zostać. To bardzo rzadki w Legii i bardzo dobry symptom. Oczywiście i oni wezmą odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie, ale wraz z zarządem, o polityce którego pisałem w „Apokalipsie...”. W każdym razie skoro Jacek Zieliński – dotychczasowy niepodważalany autorytet w drużynie bez mrugnięcia okiem gra kryjącego i to bez opaski kapitana, a w dodatku bez pretensji, znakiem to, że w Legii idzie nowe, którego od dawien dawna w klubie nie było. Smuda bowiem stracił autorytet wśród piłkarzy, kiedy utracił poparcie zarządu. To była przyczyna klęski drużyny Smudy, nie zaś jego braku umiejętności trenerskich, jak to sugerował prezes Zarajczyk.
Kontuzje. Jeśli gra z Amicą to wypadkowa możliwości Legii to będziemy wkrótce płakać. O ile braki koncepcji w grze są do wyeliminowania, o tyle umiejętności i forma poszczególnych graczy napawa mnie strachem. Sokołowski jest już tak chaotyczny, że akcje w jego wykonaniu to czyste dzieło przypadku, najlepiej wychodzi mu plątanie się we własne nogi i manifestowanie cierpienia po atakach rywali. Nieruchawy Magiera powinien wchodzić co najwyżej na ostatni kwadrans albo najlepiej gdyby znalazł się ktoś lepszy, kto zwolniłby pana Jacka od obowiązku reprezentowania naszego klubu na boisku. Wrażenie z jego gry poprawił zdobyty gol, ale to co Magiera pokazał w środku pola... niech Bóg strzeże. Niezliczone straty piłki, niecelne podania, miałem wrażenie, że zawsze był o tempo wolniejszy od prowadzonej akurat akcji. Zadziwił mnie strzałem na bramkę z pięciu metrów, kiedy podał do Szamotulskiego. Z koordynacją ruchową też u Magiery nienajlepiej – może z tego wynika wrażenie powolności. Adam Majewski – od lat niespełniony rozgrywający rozruszał ekipę w drugiej połowie, ale na tle beznadziejnie grającego Nowaka, podejrzewam, że każdy następca rozruszałby Legię. Drażni mnie maniera Majewskiego do gry anemicznej, do przewracania się o piłkę, do unikania strzałów i soczystych przerzutów. Jego atutem jest ruchliwość i krótki drybling, ale trzeba ją poprzeć większą wszechstronnością i dynamiką. Svitlica zaprzeczył mojej tezie, że jest skuteczny. Wraz z Kucharskim, szczególnie w pierwszej połowie sprawiali wrażenie zdumionych otrzymaniem piłki w dogodnych sytuacjach podbramkowych. Kiedy nie zdołali przeszkodzić im obrońcy lub Szamotulski, przeszkadzała piłka. Najgorsze, że posypała się nam obrona. Okoliczności w jakich Legia straciła drugą bramkę świadczą, że jest naprawdę źle. Dembiński prostym zwodem (minimum techniki napastnika) ograł dwóch obrońców i wpakował piłkę do bramki. Stanew podobno mógł to obronić, może gdyby był lepiej ustawiony, a tak dostał wyjątkowo wredny strzał po ziemi – trochę pod pachę – do takiej piłki bramkarz ma najdalej. Stanew w pierwsze połowie omal nie wybił sobie barku zderzając się z... własna nogą i następnie murawą... Nieźle zaprezentował się tylko Vuković. Dawne walory zaprezentował Czereszewski... do formy wraca powoli Kiełbowicz. Zauważyłem ponadto, że od 60 minuty Legia siadła kondycyjnie. Na szczęście Amica jeszcze bardziej. Te kardynalne błędy w obronach obu zespołów wynikały ze zmęczenia, jednak jak trafimy na bardziej wybieganą ekipę może nie być tak wesoło. Kucharski nawet nie atakowany źle przyjął piłkę. Rozgrzeszam, bo na szczęście zdążył strzelić...
Nasze flagi. Tego nie zaobserwowałem wczoraj, ale wiele miesięcy temu, jednak z uwagi na kontrowersyjność tematu siedziałem cicho. Teraz postanowiłem nieznacznie wsunąć kij w mrowisko. Panie, panowie, drodzy moi... hm jak to napisać... Otóż wasza duma i sława, warriorsy, białe legiony, to my, wasze pieścidełka, płotówki a nawet szale są... skomponowane kolorystycznie w kardynalnie zły sposób. Barwy Legii liczą cztery kolory. Kibice nasi upodobali sobie nie wiedzieć czemu komponowanie zielonego z czerwonym. Zestaw ten z tego co zaobserwowałem tolerowany jest tylko w warunkach portugalskich i afrykańskich. Gdyby ktoś prześledził ułożenie barw - zaobserwowałby pewną charakterystyczną konsekwencję: czarno-zielono-biało-czerwone. Ta kolejność to nie przypadek. Zielone z czerwonym jest rozdzielone białym (także w herbie – z tej zasady wynika też przeplatanie białym czerwonego paska). Tymczasem czerwono-zieloni wyglądamy jak Śląsk Wrocław. Żeby nie marudzić więcej podam dobry przykład, który gdzieś zauważyłem: zielony szal w białe szersze poprzeczne pręgi i z czerwonym paskiem na środku każdej białej pręgi. Ładny szal w stylu Glasgow Rangers. Ładna jest biało-czarna flaga (z dodatkami) Wielkie Księstwo Warszawskie. Równajmy w górę, błagam, nie w dół. Wiem, że klub ma kłopoty z wydawaniem oficjalnych gadżetów i wiele modeli jest wyrabiane chałupniczo, a chałupnicy robią co serce im dyktuje, niekoniecznie zaś projektant. Jednak narzućmy pewien dobry standard płotowo-drążkowo-szyjowy. Wplatajmy czerń do flag, nie wyrzucajmy bieli. Cztery kolory dają wiele wariantów. Stosujmy biel i czerń, używając pozostałych kolorów z umiarem – jako uzupełnienia. Pamiętajmy, że bez względu na zwichrowane mózgi projektantów wszelakich ładnie zawsze prezentują się wzory symetryczne Z powodzeniem wykorzystano je na flagach masztowych. Przyznam, że czarę goryczy przelał widok czerwono-zielonej flagi z okropnym liternictwem „Legia to my” wzorowanej na jakimś pseudo-graffiti, które straszą z murów szarych slumsów i parkanów, które mijam codziennie. Bez urazy, uważam tylko, że nie wystarczy mieć flagi, dobra oprawa widowiska, to mieć flagi ładne. Wszak chodzi o Legię.
PS. Chyba wprowadzę rubrykę „witomania” z co celniejszymi cytatami z tego pana.
Mariusz Panasiuk:
Zgadzam się w 100%. Ale proponuje wprowadzić dział "Gwiazdozbiór" z wypowiedziami "wielkich gwiazd" polskiej piłki takich jak np. Iguś Sypniewski, który po okresie przygotowawczym powiedział z rozbrajającą szczerością jako nowy w drużynie: "no mam nadzieje że drużyna Wisły już się ze mną zgrała"!!!
No Coment.
Michał Molik:
Zgadzam się z opiniami na temat panów Zarzecznego i Żelazki. O ile pan senior
polskiego gwizdka coś tam jeszcze z sensem powie od czasu do czasu, to pan
Zarzeczny i jego humory nie nadają się nawet do programów satyrycznych Drozdy. Jego próby żartów w Canal+, szczególnie z piłkarzy Legii są nie na miejscu. Trzeba dodać że ten pan niejednokrotnie wypowiadał się na antenie w stanie wskazującym... Prosił bym autora felietonu o panu Wicie, także o wypowiedź na temat red.Zarzecznego.
Skomentuj felieton wysylając maila na adres: legia@futbol.pl