Piotrek "Kędzior" Kędzierski to podobno gwiazda tzw. show biznesu. Prowadził z Hubertem Urbańskim "Bitwę na głosy", festiwal w Opolu, wyczyniał cuda w 4 FUN TV, miał swój talk show "Lubię to" w TVP1 i program w TVP Kultura. Po drodze jeszcze Polsat i Radio Bis. My znaliśmy go z audycji w radiu Roxy, gdzie w programie "Ranne kakao - pierwsza krew" tworzy niezapomniany duet z Tymonem Tymańskim, a także jest współprowadzącym audycję "Dwa neurony, trzy jądra".
Piłka jest rock`n`rollem - wywiad z "Kędziorem"
Przypadkiem jednak okazało się, że "Kędzior" to od wielu lat zagorzały kibic Legii, a także stuprocentowy warszawiak z wytatuowanym na plecach Pałacem Kultury i Nauki. Postanowiliśmy więc poznać go bliżej. Poznajcie go i Wy. Zapraszamy do lektury wywiadu.
Czy to prawda, że pan Piotr miał zaledwie 5 lat, gdy dziadek zaprowadził go na Łazienkowską?
- Nie, nieprawda. To było trochę później. Pierwszym spotkaniem, na którym byliśmy z dziadkiem było Legia Warszawa – Stal Stalowa Wola. Bramkę dla Legii strzelił wtedy Leszek Pisz po pięknym strzale z rzutu wolnego w 72. minucie. Miałem jakieś 12-13 lat.
Co zapamiętałeś z tego spotkania?
- Czerwone koszulki Legii i... Jaromira Wieprzęcia. To był obrońca Stali – prawdziwa ikona klubu. Rzadko się zdarza, żeby ktoś miał tak idealne połączenie imienia i nazwiska. To taki Johnny Rotten z Sex Pistols czy jak Dexter Holland z The Offspring.
Podobno historia zatoczyła koło i teraz to ty zabierasz dziadka na mecze?
- Mój dziadek jest wielkim fanem piłki i co jakiś czas zabieram go na mecze. Ostatnio byliśmy na Krytej na meczu z Rapidem Bukareszt. Były bardzo duże emocje, prawie cały stadion stał, a dziadek ma już 91 lat. Bałem się trochę czy wytrzyma, ale przeżył. Stał 90 minut i był zachwycony tym, co zobaczył. Z racji wieku teraz zabieram go rzadziej i karnetu mu na pewno nie kupię, ale też oglądamy razem masę meczów w telewizji. Całe Euro obejrzeliśmy i mocno przeżywaliśmy. Hymn, bramki dla Polski, ale niestety, najbardziej przeżyliśmy porażkę.
Ta twoja pierwsza Legia, z czasów Pisza, jest dla ciebie najważniejsza?
- Jest taka książka Nicka Hornby'ego "Futbolowa gorączka". Fantastyczna historia, bo przez bycie kibicem, przez wydarzenia piłkarskie można sobie fajnie poukładać w pamięci życie. Dzięki temu pamięta się jaka dziewczyna wtedy była, jakiej muzyki się słuchało. Jak jest się młodym, to szukasz idoli, szukasz wsparcia. Pierwsze fascynacje są zawsze najsilniejsze. Wtedy zresztą inaczej postrzegało się piłkarzy. Byłem przekonany, że cała drużyna Legii ma około pięćdziesiątki. Taki Juliusz Kruszankin, Zbigniew Mandziejewicz czy Adam Fedoruk wyglądali, jakby mieli za sobą wiele lat odsiadki. To jest niemożliwe, że oni byli wtedy w takim wieku jak my teraz. Marek Jóźwiak bez zęba wyglądał prawie jak Wilku z Hemp Gru. To była drużyna, która wzbudzała szacunek na boisku.
Jesteś szczęściarzem. Załapałeś się jeszcze na czasy wielkiej Legii.
- Pamiętam Legię z czasów Ligi Mistrzów, gdy był naprawdę zajebisty skład, ale pamiętam też sezon później, gdy właściwie w trzynastu bili się z Panathinaikosem i Besiktasem, a potem do końca o mistrzostwo. Można było się naprawdę identyfikować z tym zespołem. Taki Dariusz Solnica czy Jacek Kacprzak w normalnych warunkach nigdy by w tym zespole nie zaistnieli. A wtedy grali. I to jak!
Liga Mistrzów to najpiękniejsze przeżycie?
- Ta drużyna była wspaniała, byłem całkowicie zajarany. Nie byłem na dwóch pierwszych meczach w Warszawie, ale oczywiście śledziłem wszystko przed telewizorem. Na trzecie spotkanie ze Spartakiem już poszedłem. Było -20, a mama wystroiła mnie w kurtkę do kolan. Wyglądałem absurdalnie, niczym bałwan. Przegraliśmy ten mecz, ale awansowaliśmy do ćwierćfinału Ligi Mistrzów! Niewiele brakowało, a zostałbym wtedy stratowany, bo wszyscy na "Żylecie" rzucili się świętować z piłkarzami przy płocie. Biegłem i wpadłem w dziurę, wykopaną na okoliczność stawiania nowego płotu. Na szczęście jakiś ogarnięty kibic wyciągnął mnie za pazuchę. Korzystając więc z okazji dziękuję ci dobry człowieku. Jesteś wielki!
Piłkarscy idole z tamtych czasów?
- Oczywiście "Kowal" i Leszek Pisz. Do tego... Ryszard Staniek, który po powrocie do Polski na początku radził sobie naprawdę wyśmienicie. Potem zafascynował mnie Marcin Mięciel. To był super piłkarz, a do tego każdy chciał wyglądać jak on i śmigać na motocyklu. Natomiast na podwórku każdy chciał grać jak Wojtek Kowalczyk. To był gość, z którym mogliśmy się identyfikować. On był spełnieniem bródnowskiego "american dream" i dowodem dla dzieciaków, że można. Bardzo mnie cieszy, że Wojtek tak dobrze radzi sobie w telewizji, gdzie mówi o wiele mądrzej niż wyedukowane łebki. "Kowal" jest takim Janem Himilsbachem polskiej piłki i powinien traktować to jako komplement.
18 czerwca 1997 r. 2-3 z Widzewem...
- Niesamowita historia. Widzew, grający przez cały sezon w jednym komplecie strojów, pyknął nas w samej końcówce. Pamiętam, że zbagatelizowałem pierwszą bramkę dla łodzian. Myślałem, że to nawet fajnie, bo mecz nabierze rumieńców. W życiu bym nie pomyślał, że to się tak potoczy... Są na świecie dwie rzeczy, które potrafią doprowadzić mnie do płaczu: kobiety i piłka nożna...
Podobno jesteś kolekcjonerem piłkarskich pamiątek?
- Staram się zbierać stare koszulki Legii, co obecnie graniczy niemal z cudem. Nie mam zbyt dużych zbiorów, ale są tam prawdziwe perełki. Ostatnio spełniłem swoje marzenie i w Internecie kupiłem koszulkę Legii z czasów gry w Lidze Mistrzów. Zielona koszulka adidasa, z czarną eLką na białym tle, reklamą Canal+ i numerem 10. Coś niebywałego. Mam też rękawice Boruca, ostatnio dostałem koszulkę Ljuboji. Mam też bluzę Fabiańskiego, ale "Fabian" to dziad, bo przestał odbierać ode mnie telefony (śmiech). Swoją drogą, jeżeli ktoś ma na sprzedaż koszulkę Legii z reklamą FSO, to biorę za każde pieniądze!
Mini-muzeum w domu?
- Mam dwie ściany do zagospodarowania i na tych moich 30 metrach kwadratowych na pewno nie będzie to Luwr. Miałem kiedyś koszulki z czasów Daewoo, ale to nie to samo. Logo Nike na koszulkach Legii mi nie pasuje. Adidas Equipment to był jednak lepszy sprzęt.
Chodziłeś na Legię jako kibic, a w końcu trafiłeś tam jako pracownik...
- To było jakoś po mistrzostwie w 2006 r. Na wizytówce miałem wtedy specjalista ds. promocji... Ładnie, prawda? Robiłem różne akcje promujące klub, ogarniałem akcje charytatywne, ale przede wszystkim zajmowałem się kontaktem z kibicami. Wysyłaliśmy wtedy dużo szalików, także do zakładów karnych. Starałem się odpowiadać na wszystkie listy, bo wiem, że takie pisanie w próżnię jest bardzo nieprzyjemne. Do tego w przerwie meczów wychodziłem w za dużym garniturze obok Hadaja i wręczałem nagrody zwycięzcom konkursów. Czułem się jak Miss Polonia.
Część kibiców uważa, że po wejściu ITI atmosferę klubu piłkarskiego zastąpiła atmosfera korporacyjna. A jakie są twoje wrażenia?
- Jak mam coś załatwić w jakimś biurowcu, gdzie pani mnie pyta o imię, nazwisko, skąd pochodzę i czy przypadkiem nie należę do Al–Kaidy, to przypominam sobie, że wtedy tak w Legii nie było. Pracowało wówczas bardzo mało osób i wszyscy się znali. Był fajny klimat. Sport, tak jak teatr, wymaga emocji od ludzi, którzy tam pracują. Pamiętam, że w moich czasach w Legii, gdy przychodził mecz, to wszyscy go przeżywali – od pani kasjerki, po prezesów.
A ty jesteś bardziej kibicowskim oldskulowcem czy raczej podążasz za nowymi trendami?
- Jestem stuprocentowym oldskulowcem! Na przykład czuję wielki sentyment do starego stadionu. Wyglądał jak wyglądał, ale naprawdę miał duszę. I te jupitery o wielkiej mocy 700 luksów! Był elementem Warszawy takim, jak Pałac Kultury, kolumna Zygmunta czy Dworzec Centralny. Jako warszawiak kompletnie zakochany w tym mieście, uważam, że Legia jest jego ważnym elementem, jak i w ogóle częścią warszawskiego folkloru.
Z czym ci się kojarzy zespół Legii z czasów twojej pracy?
- Z fochami brazylijskich piłkarzy. Legia miała podpisane różne umowy o współpracę i zdarzało się, że miałem zabrać na imprezę Edsona i Rogera. Oni wtedy nie rozmawiali ani po angielsku, ani po polsku. Mówi się im: jedziecie, wchodzicie, dajecie koszulki. Oni oczywiście "OK, OK". Po czym ruszamy spod stadionu, ja w lewo, a oni w prawo... Dzwoni się do nich, a oni powyłączali telefony. Masakra.
Kogo lubiłeś?
- "Włodar" był zajebisty. Prawdziwa dusza towarzystwa. Facet był uśmiechnięty od ucha do ucha. Nie każdy doceniał wprawdzie jego kunszt piłkarski, ale on naprawdę żył Legią. Kibice kochają wyraziste postacie, a Piotrek taki był, mimo że przecież często doprowadzał nas do rozpaczy. Ale takim piłkarzom się wybacza, bo jeśli jesteś prawdziwy w tym, co robisz, to ludzie ci wiele wybaczą. Zresztą, co tu dużo gadać... Po prostu "Włodar king!".
A inni piłkarze?
- Lubiłem Janka Muchę, faceta z dużą pokorą, który wtedy długo siedział na ławce. Duże wrażenie zrobił na mnie również Hugo Alcantara. Niestety, raz przypadkiem wszedłem do szatni, a on wyszedł spod prysznica... Nie wiem jak można żyć z czymś tak wielkim między nogami... Długo potem nie mogłem sobie sam ze sobą poradzić (śmiech).
To ty wymyśliłeś ten brzydki herb? Lepiej się przyznaj!
- Nie mam z tym nic wspólnego! (śmiech) A tak serio, co mam powiedzieć? Historycznie było to jakoś tam umotywowane, ale herb jest jeden. Zresztą, nie ma co do tego wracać, bo na szczęście cała afera skończyła się dobrze.
Nie wykręcisz się za to od hecy z truskawkami. Dobre chociaż były?
- A dobre! (śmiech) Zgodziłem się wziąć udział w kampanii promującej nowy stadion, bo miało być nas tam wielu, w tym prawdziwe gwiazdy jak Kaśka Nosowska czy Muniek Staszczyk. W końcu zostaliśmy w trójkę: Strejlau, Lubaszenko i ja. A mnie przecież nikt nie zna! Jestem prawie znany...
Ty masz pojęcie jaki zrobisz się znany po tym wywiadzie!?
- Może wreszcie przestaną mnie mylić z Piotrem Kupichą?! (śmiech)
A wracając do kampanii...
- Uważam, że mamy wspaniały stadion, najfajniejszy w całej Polsce. Gdy więc zaproszono mnie do udziału w jego promocji chętnie się zgodziłem. Potem się w tym wszystkim nieco pogubiłem...
Mówisz tak, jakbyś się tłumaczył.
- Bo już po nagraniach dostałem spory pojazd w Internecie, w stylu Patryka Małeckiego i jego hasła: "Kim ty w ogóle jesteś?". Co oczywiście jest racją, bo dla większości ludzi jestem całkowicie anonimowy. W każdym razie myślałem po prostu, że więcej osób weźmie udział w tej reklamówce i to pokaże cały przekrój fanów Legii, co byłoby i rozsądne, i zabawne. A tak zrobili z nas trochę takich gamoni. Poza tym jednak myślę, że ta kampania by się przyjęła, gdyby był wtedy spokój na linii klub – kibice. Fani wzięliby to z przymrużeniem oka i nie byłoby problemu. To był zły czas na taką formę reklamy, bo nikomu nie było wówczas do śmiechu.
Lubisz fanów z Łazienkowskiej?
- Nasi kibice są genialni. Śpiewanie na stadionie "Biedronki", hasło "Miklas! Co? Wesołych świąt" czy skandowanie na Litwie "Ssij pałę, ssij", przy którym wtopiła holenderska telewizja – genialne. Przepadam za różnymi podpierdółkami kibicowskimi. Oczywiście nie mówię tu o dawaniu sobie po mordzie, ale takie lekkie "trollowanie" z poczuciem humoru jest super. Korzystając z okazji apeluję też do prowadzących doping – panowie, więcej melodii! Oldskulowe piosenki Legii mają melodię, a taka "Warszawa" jest jak mantra. Gdy ją słyszę, czuję się jak na pogrzebie. Uwielbiam na przykład muzykalność brytyjskich kibiców. Jak oni melodyjnie się wyzywają! Piękne!
Mamy okienko transferowe. Jak byś wzmocnił Legię?
- Wyciągałbym małolatów z Młodej Legii. Ilekroć młodzi piłkarze wychodzą na boisko, to mają wsparcie z trybun. Nie można ich natomiast gloryfikować po dwóch udanych meczach. Mają duży kredyt zaufania i pozostaje im go tylko spłacić. Nie wiem czy wygraliby ligę, ale na pewno zdobyliby serca kibiców. To jest najważniejsze. Uważam też, że fajnie byłoby, zarówno dla Legii i dla ligi, ściągnąć jakiegoś 30 czy 32–letniego pomocnika klasy europejskiej. Taki zawodnik "z nazwiskiem" podniósłby prestiż tej ligi, a nam by bardzo pomógł. Nie ściągałbym natomiast nikogo z naszej ligi. To nie ma sensu.
Z jakimi nadziejami wchodzisz w nowy sezon?
- Legia jest takim polskim Celtikiem Glasgow czy AC Milan. Od początku swego istnienia gra o najwyższe cele...
Tylko coś liczba mistrzostw nam się nie zgadza...
- Ale za to mamy dużo pucharów (śmiech).
Byliśmy blisko mistrzostwa w tym roku. Co zrobić, by się w końcu udało?
- Gdybym ja tak podchodził do swoich obowiązków, to straciłbym szybko robotę. To się w pale nie mieści. Jak można było zmarnować taką szansę?! Tym kolesiom potrzebny jest ktoś, kto złapie ich za mordę, ciśnie o podłogę i tylko raz w miesiącu pochwali. Za szybko kreujemy gwiazdy. Trzeba też mieć ambicję, bo dla niektórych spełnieniem marzeń jest już gra w Legii, a nie to, by zdobyć z nią mistrzostwo. Tymczasem wszyscy powinni marzyć o tytułach i grze w Barcelonie. Piłka jest rock'n'rollem – wychodzisz na scenę i musisz dać z siebie wszystko. Pan Janek Urban jest bardzo sympatycznym trenerem, ale nie mam pojęcia czy jest w stanie coś osiągnąć w tym klubie. Mimo to, jestem głupi jak ten facet z "Misia", co żona o nim mówiła "On wierzy, wierzy. On we wszystko wierzy". Jestem piłkarskim romantykiem, trzymam kciuki i naprawdę wierzę, że będzie git.
Rozmawiali turi i Qbas

Tatuaż Piotra "Kędziora" Kędzierskiego - fot. Piotr Margas Oneshot Design