Seria Legii na własnym stadionie trwa. Po efektownych wygranych z Wisłą Kraków oraz Górnikiem Zabrze tym razem z Łazienkowskiej bez punktów wyjechała Korona Kielce. Gospodarze nie zachwycali od pierwszych minut, ale jak już złapali wiatr w żagle to strzelili przeciwnikom cztery gole. Na listę strzelców wpisali się kolejno Luquinhas, Jarosław Niezgoda, Walerian Gwilia i Jose Kante. Najjaśniejszą postacią meczu był ten pierwszy, który oprócz pięknego gola, zanotował świetną asystę.
Ofensywna moc
Początek spotkania należał do drużyny Korony, która była częstym gościem na połowie gospodarzy. Legioniści z kolei czekali na swoje okazje i pozwalali rywalom na kolejne akcje ofensywne. W 9. minucie po raz pierwszy do interwencji został zmuszony Radosław Majecki. Bramkarz Legii wyłapał uderzenie z dystansu Urosa Djuranovicia. Potem kilkukrotnie "koroniarze" przedarli się w szesnastkę "Wojskowych", ale ich próby były skutecznie blokowane. Gra graczy Aleksandara Vukovicia nie zachwycała - brakowało nawet choćby jednego celnego strzału.
Wreszcie w 34. minucie zobaczyliśmy pierwsze uderzenie, które od razu zakończyło się golem. Luquinhas miał sporo miejsca przed polem karnym, przymierzył w kierunku prawego słupka i pięknym strzałem pokonał Marka Kozioła. Brazylijczyk po raz pierwszy od czasu przyjścia do Legii pokazał, że potrafi celnie kopnąć piłkę na bramkę rywali z dalszej odległości. Legioniści nie zamierzali na tym poprzestawać. Nadal atakowali aż wreszcie tuż przed przerwą się to opłaciło. Nierozsądnie we własnym polu karnym ręką zagrał Ivan Marquez i arbiter słusznie podyktował rzut karny. Do wykonania jedenastki podszedł Jarosław Niezgoda i pewnie pokonał Kozioła.
W drugiej połowie gra Legii wyglądała już znacznie lepiej. Gospodarze nie pozostawiali przeciwnikom złudzeń, która z ekip w tym sezonie walczy o wyższe cele. W 55. minucie szansę na "zamknięcie meczu" miał Niezgoda. Napastnik "Wojskowych" wykorzystał błąd gości w środku pola, po kilkudziesięciometrowym sprincie znalazł się sam na sam z Koziołem, przerzucił lekko nad nim piłkę, lecz z linii bramkowej zdołał ją wybić wracający Adnan Kovacević. Chwilę potem bramkarz Korony spisał się już bardzo dobrze, odbijając strzał Artura Jędrzejczyka z bliskiej odległości. Po godzinie gry na murawie pojawił się Michał Żyro, który doskonale pamięta stadion przy ulicy Łazienkowskiej, ponieważ to właśnie tutaj zaczęła się jego piłkarska kariera.
W 70. minucie na listę strzelców wpisał się Walerian Gwilia, który niewiele wcześniej wszedł na plac gry w miejsce Jarosława Niezgody. Gruzin rozegrał dwójkową akcję z Luquinhasem, a w kluczowym momencie Brazylijczyk obsłużył go fantastycznym podaniem, dzięki któremu Gwilia znalazł się sam na sam z Koziołem i bez problemów wpakował piłkę do siatki. Kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry zaskoczyć Majeckiego chciał Djuranović, lecz z dystansu trafił piłką wprost w niego. Ostatnie kilkanaście minut to zdecydowana przewaga "Wojskowych", którzy przy odrobinie większej dokładności mogli wygrać jeszcze wyżej. Czasami brakowało jednak dokładnego ostatniego podania. W 86. minucie świetną obroną popisał się Kozioł, który na rzut rożny sparował półwoleja Andre Martinsa. W doliczonym czasie gry wynik ustalił Jose Kante, który wykorzystał błąd Kozioła, który odbił piłkę po strzale Vesovicia wprost pod jego nogi.
