Po ostatniej kolejce, w której Widzew zdobył trzy punkty, a my dostaliśmy lanie w Poznaniu, sytuacja zrobiła się mocno nieciekawa, a widmo spadku zajrzało w oczy tak głęboko, jak jeszcze nigdy. Mecz z Widzewem, zaplanowany na 1 maja, trzeba było wygrać, aby na chwilę odetchnąć i złapać minimalną przewagę nad strefą spadkową. Porażka mogła oznaczać krok w stronę pierwszej ligi.
Relacja z trybun: Neverending Story

Galeria zdjęć · Mishka · 104 zdjęć

Galeria zdjęć · Piotr Galas · 103 zdjęć

Galeria zdjęć · Kamil Marciniak · 70 zdjęć

Galeria zdjęć · Michał Wyszyński · 144 zdjęć
Bez względu na fatalną sytuację w tabeli, wejściówki (droższe względem poprzednich spotkań) na mecz rozeszły się błyskawicznie. Ostatecznie na trybunach stawiło się 28,1 tys. fanów. Już wiele godzin przed pierwszym gwizdkiem czuć było w powietrzu podekscytowanie... Wielu z nas pamięta jak przed trzydziestu laty Legia mierzyła się z Widzewem o mistrzostwo Polski. Dzisiaj stawka meczu była zgoła odmienna, ale nienawiść obu ekip pozostaje od lat bez zmian - najszczersza nienawiść, która widoczna jest nie tylko w dni meczowe, szczególnie w miejscowościach fanklubowych, które są podzielone pomiędzy Legię i "pejsy".
Poziom widowiska na murawie był taki, że z trudem dało się to oglądać. Podobnie zresztą jak ostatnich meczów Legii z Górnikiem, czy Zagłębiem - fani dobrego futbolu muszą zadowolić się obecnie oglądaniem w telewizji meczów PSG z Bayernem, bo na Ł3 ostatnimi czasy przychodzimy z zupełnie innym nastawieniem. Nie nastawiamy się na sportową ucztę, a co najwyżej kopaninę z walką na całego. Przychodzimy na stadion z miłości do klubu, wierząc, że kiedyś będzie lepiej. A na razie musimy pomóc w realizacji celu numer jeden, czyli utrzymania. Nieznani Sprawcy w piątkowy wieczór nie zapowiadali głośno takich atrakcji, jakich ostatecznie doświadczyliśmy. A dzięki wielu oprawom z okazji 20-lecia NS-ów (zaprezentowanym w 21. roku działalności grupy), wielu z nas nie miało nawet możliwości spojrzeć na murawę na moment. Szczególnie osoby z pierwszych rzędów Żylety, stojące cały mecz za wysokim transparentem, zobaczyły to wielkie widowisko dopiero od... 95. minuty :) Ale jednocześnie zobaczyli to co najlepsze. No i raczej nikt nie żałował, bo przecież wybierając Żyletę piszemy się na wszelkie niedogodności - tutaj są rzeczy zdecydowanie ważniejsze niż football.

Widzewiacy do Warszawy przyjechali pociągiem, a następnie byli transportowani z Warszawy Gdańskiej podstawiony autobusami. Na stadion weszli spóźnieni, na pewno mieli problemy z policją, a na początku spotkania skandowali "Hej k..., wpuśćcie kibiców". Jakby zapomnieli, jak obecnie wygląda wchodzenie do klatki na ich stadionie. Ale zgodnie z prokibicowską postawą, z naszej strony po chwili również niosło się "Zawsze i wszędzie, policja j... będzie" oraz "Hej k..., wpuśćcie kibiców!". W związku z tym, RTS z opóźnieniem rozpoczął doping. W sektorze gości wywiesili 9 flag: You'll never walk alone, Walczysz Widzew, Łowicz, Żyrardów, RB'87, Zelów, Widzew Łódź, Skierniewice, Rawianie, parę flag poświęconych zmarłym kibicom oraz na pewien czas transparent "40 Laki wszystkiego dobrego PF". Z kolei pod koniec meczu wywiesili jeszcze transparent "Sędziowie, Komisja Ligi, ekstraklasa i wszystkie organy w Warszawie zjednoczone w <s>słusznej</s> sprawie" (z przekreślonym słowem "słusznej"). No dziwne, by takie instytucje miały swoje siedziby w Łodzi.
Ciśnienie z obu stron było spore już przed meczem. Nie mogło zabraknąć stosownych okrzyków, gdy na murawę wybiegły grajki z Maccabi. Później, kiedy na boisko wybiegli legioniści, wszyscy starali się zapomnieć o ostatnim meczu w Poznaniu, skandując "Hej Legio, jesteśmy z Wami". W trakcie rozgrzewki najmocniej obrywało się znienawidzonemu Drągowskiemu, któremu publiczność raz po raz wypominała, że ch... ma na imię.

Przed meczem pożegnaliśmy zmarłego zdecydowanie przedwcześnie 28-letniego Patryka. Na telebimach pojawiło się zdjęcie tego zawsze walecznego legionisty, na Żylecie wywieszony został transparent "Ś.P. Patryczek 1997-2026 Waleczny na ziemi, nieśmiertelny w pamięci" oraz flagi "WFH", "Teddy Boys 95" i "Nowy Dwór Mazowiecki", a podczas minuty ciszy zapłonęły race tworzące krzyż. Minutę zakończyły donośne okrzyki "Warsaw Fans Hooligans".
Nieznani Sprawcy na meczu postanowili świętować 20-lecie grupy, które zostało przełożone z jesieni zeszłego roku. Najpierw miało mieć ono miejsce na meczu ze Spartą Praga, później - ze względu na chore ceny biletów na Ligę Konferencji, na spotkaniu z Piastem Gliwice (14 grudnia). Później także zgodnie z wolą ludu, świętowanie zostało przełożone na kolejny rok, ze względu na fatalną sytuację klubu i na meczu z Piastem zamiast urodzin NS-ów, mieliśmy podziękowania dla nieudacznika - właściciela klubu. Tym razem nie było żadnych zapowiedzi 20-lecia - wszyscy dowiedzieli się o tym na miejscu. A atrakcji ultras tego dnia była cała masa, zaś NS-i potwierdzili, że w swoim fachu nie mają sobie równych.

Pierwsza prezentacja to malowana sektorówka z motywami wielu legijnych prezentacji z ostatnich lat, które odbiły się głośnym echem (m.in. Legioland, jegomość z losowania Ligi Mistrzów, postać z "Kneel before his majesty", goryl z "Welcome to the jungle", kostucha z finału Pucharu Polski, czy kibic w legijnej kominiarce "Ultras"). Całość wpisana w Żyletkę z grafiką "NS", a na przedzie rozciągnięty został sporych rozmiarów transparent ze złotym napisem na czarnym tle "Neverending Story" ("Niekończąca się opowieść"). Wszystko się zgadzało doskonale - przesłanie, jak również słowa zaczynające się od N S.

Ale to był dopiero początek prezentacji, która przeszła płynnie w choreografię numer 2. Pod sektorówką założyliśmy na siebie przygotowane wcześniej różnokolorowe peleryny i kiedy sektorówka zjechała (a właściwie wjechała na górę), widać było utworzone doskonale wykonane "20" w wieńcu laurowym. I kiedy wszystkim na stadionie wydawało się, że to już koniec tej prezentacji, z dachu zjechała trójwymiarowa dłoń trzymająca Żyletkę z motywem NS. Jako że początkowo sektorówka z dachu zjechała na piłkochwyt, trzeba było podziałać, by wróciła na swoje miejsce, ale właśnie takie przeciwności losu pokazują prawdziwy kunszt ultras. Inne ekipy, machnęłyby ręką i pisały potem elaboraty, co mieli na myśli i co im nie wyszło. Na Ł3 wszystko musi być perfekcyjnie i tak też ostatecznie było. Kibice gości próbowali wtedy prowokować (co słyszeli jednak tylko kibice z rodzinnej i VIP-y) skandując "Co wy robicie, wy scenę ultras hańbicie". Po chwili, a miało to miejsce już w doliczonym czasie pierwszej części spotkania, na górze odpalonych zostało ponad 100 rac.

Tak minęło nam pierwszych 45 minut. Doping, nie licząc krótkiej przerwy podczas przygotowania oprawy, miazga! Na murawie nie działo się zbyt wiele. Niby Legia przeważała, ale nic z tego nie wynikało. Naprawdę nikt nie jest w stanie pojąć, dlaczego taki gość jak Marek Papszun wystawia takiego piłkarskiego analfabetę jak Mileta Rajović... ale kolejny raz mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądania tego nieudacznika na murawie.
W drugiej połowie widzewiacy głośno pozdrowili Pogoń, co natychmiast zostało przez nas podłapane. "Pogoń to faja, Widzewowi liże jaja" - śpiewaliśmy niemal od razu. Bluzgów obustronnych oczywiście była cała masa. Ale biorąc pod uwagę nienawiść, jaka od dekad panuje pomiędzy naszymi ekipami, inaczej być nie mogło. W sektorze gości tego dnia była tylko jedna skromna prezentacja - w 70. minucie zaprezentowali trochę stroboskopów odpalonych pomiędzy flagami na kijach.

Drugą połowę rozpoczęliśmy od kolejnych prezentacji. Najpierw zjechała malowana sektorówka przedstawiająca ojca i syna (oczywiście kibicujących Legii), a młodzian wskazywał palcem w kierunku trybuny Deyny, za którą po chwili odpalone zostały solidne ilości fajerwerków. Tło dla wycinanej sektorówki stanowiło białe chorągiewki w barwach, pośród których błyskały stroboskopy.

Prezentacja numer cztery była kontynuacją oprawy trzeciej. Teraz malowana, znów wycinana, nieregularna sektorówka przedstawiała małolata, który zachwycony wcześniej pokazem pirotechnicznym, sam postanowił rozpocząć swą przygodę z ruchem ultras i w prawej dłoni zapłonęły race. W tle, pomiędzy białymi chorągiewkami, zapłonęła kolejna porcja kilkudziesięciu rac. Całość nad wiszącym przez cały mecz transparentem "Neverending Story". Warto dodać, że tego dnia na naszym stadionie, ze względu na liczbę opraw, nie było oflagowania (nie licząc przedmeczowej minuty ciszy). Jedynym płótnem, które zdobiło Żyletę przez 90 minut był wspomniany spory transparent o niekończącej się opowieści. Trzeba przyznać, że urodziny Nieznanych Sprawców udały się w pełni. Legioniści potwierdzili najwyższą formę, dbałość o szczegóły, a urodzinowy prezent sprawili im (nam również) piłkarze.
Od 77. minuty cały stadion śpiewał "Nie poddawaj się, ukochana ma" - licząc, że uda się w końcu strzelić tak wyczekiwaną bramkę. Kiedy wydawało się, że marne piłkarsko spotkanie zakończy się bezbramkowym remisem... sędzia podyktował rzut wolny na wysokości pola karnego (z boku) Widzewa po faulu na Vinagre, który później eksperci próbowali uznać za błąd arbitra. Była 97. minuta, wynik 0-0, a w pole karne RTS-u pobiegł nawet nasz bramkarz. Widać było determinację, chęć wygrania za wszelką cenę. I to, co stało się po chwili, zapamiętamy na długo. Nie było pięknego strzału, cudownego dośrodkowania, ale walka o piłkę w polu karnym i w końcu wepchnięcie jej do bramki Widzewa siłą woli. K..., co działo się wtedy na trybunach, to Bóg jeden wie! Szał większy niż po pamiętnej bramce na 2-0 w meczu z Panathinaikosem (fakt, że liczba widzów obecnie jest nieporównywalnie większa). Zresztą... możecie tego posłuchać na poniższym filmiku.
Cała legijna ławka ruszyła przez boisko w stronę strzelca, którym... sami nie wiedzieliśmy kto jest! No, a potem chwila niepewności, czy przypadkiem sędziowie czegoś nie wymyślą, nie znajdą jakiegoś przewinienia, spalonego na długość paznokcia... Ale po krótkiej chwili sędzia bramkę uznał, pozwolił wznowić grę i od razu skończył spotkanie. "Kto wygrał mecz?" - pytali spikerzy, a trybuny odpowiedziały głośno "LEGIA!". Markotni byli tylko kibice gości. Może zmęczeni po całym tygodniu? Na szczęście niedługo po meczu rozpoczynali szabas, więc mogli odpocząć i oswoić się z pierwszoligowymi realiami. "Widzew ku...ie, ostatni rok w ekstraklasie" - skandowali fani Legii. Chwilę później niosło się "Koniec wesela, wracajcie do Izraela".
Po meczu świętowaliśmy dłużej niż zwykle. Ale takie mecze zdarzają się niezbyt często - o takim ciężarze gatunkowym, w którym gol pada w ostatniej akcji. Świętujący Rafał Augustyniak zapędził się pod sektor gości, gdzie miały miejsce niezbyt przyjazne (z obu stron) okrzyki. Zachęcaliśmy piłkarzy, by zaśpiewali razem z nami - "Widzew, Widzew, łódzki Widzew, ja te k... nienawidzę!". Podziękowaliśmy za walkę do końca - "Legia walczaca do końca". Już dawno nie wracaliśmy do domów w tak dobrych nastrojach. Teraz przed nami dwa wyjazdy - do Niecieczy i Gdańska, a na koniec sezonu domowe spotkanie z Motorem. Nasze szanse na utrzymanie dzięki piątkowej wygranej wzrosły znacznie.
Frekwencja: 28 103
Kibiców gości: 1550
Flagi gości: 9
Autor: Bodziach
