Wygrana w Niecieczy; pomylił zielone z pomarańczowym; Otto chodziło; pokazał, jak się dośrodkowuje; kij ma zawsze dwa końce - to najważniejsze punkty po niedzielnym meczu Legii z Bruk-Bet Niecieczą, w którym legioniści wygrali 1-0.
Punkty po meczu z Bruk-Bet Termalika Nieciecza
1. Wygrana w Niecieczy
Legia Warszawa w końcu przełamała kolejną fatalną serię i po raz pierwszy wygrała ligowy mecz w Niecieczy z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. I chociaż samo zwycięstwo było momentami bardziej wyszarpane niż wypracowane, to dziś najważniejsze są trzy punkty.
Jeszcze kilka tygodni temu widmo spadku do I ligi wcale nie było abstrakcją, tylko bardzo realnym scenariuszem. Dziś Legia praktycznie zapewniła sobie utrzymanie w Ekstraklasie i to jest jedyna rzecz, która po takim sezonie naprawdę ma znaczenie.
Oczywiście zaraz pojawią się głosy o „ataku na puchary” i wielkim finiszu sezonu. Tylko że może warto w końcu przestać zakłamywać rzeczywistość. Ta drużyna przez większość rozgrywek wyglądała jak zespół bez pomysłu, charakteru i jakości. Awans do europejskich pucharów po takim sezonie byłby bardziej pudrowaniem trupa niż dowodem rozwoju.
I wiem, że dla wielu kibiców brzmi to brutalnie, ale może właśnie brak pucharów okaże się czymś dobrym. Bez sztucznego pompowania narracji o „powrocie Legii”, bez kolejnego ratowania budżetu eliminacjami i bez wciskania wszystkim, że wszystko idzie w dobrą stronę.
Prawda jest taka, że od lat w tym klubie niewiele działa tak, jak powinno. Co chwilę słyszymy o „projekcie”, „budowie” i „wyciąganiu wniosków”, a potem kończy się na kolejnej rewolucji kadrowej, sprowadzaniu piłkarzy po trzydziestce i łataniu dziur zamiast budowania drużyny na lata.
I właśnie dlatego ten klub bardziej potrzebuje spokojnego lata, normalnego okresu przygotowawczego i sensownej przebudowy niż wyjazdów do Kazachstanu czy Armenii w połowie lipca, po to, by po dwóch tygodniach wszyscy znów żyli kompromitacją i gaszeniem pożaru.
Najpierw Legia musi stać się normalnym, dobrze zarządzanym klubem. Dopiero później można myśleć o Europie, a do tego bardzo daleka droga.
2. Pomylił zielone z pomarańczowymi
Nie mogło zabraknąć osobnego punktu o Rafale Augustyniaku, bo po kilku lepszych meczach pojawiły się informacje, że jest bardzo blisko podpisania nowego kontraktu z Legią Warszawa. I szczerze? Kompletnie mnie to nie przekonuje.
Rozumiem argument, że Legia powinna być budowana piłkarzami, którym zależy na klubie, którzy chcą tu grać i zostawiać serce na boisku. Sam chciałbym oglądać takich zawodników. Tylko że samo zaangażowanie nie może przesłaniać jakości piłkarskiej, a z tym u „Agusta” od dawna jest problem.
Rafał Augustyniak jest w Legii od lipca 2022 roku i jeśli spojrzymy uczciwie na cały jego pobyt, a nie przez pryzmat trzech lepszych spotkań, to tych naprawdę dobrych meczów było może kilka. I tyle. Zdecydowanie za mało jak na zawodnika, który ma być jednym z liderów defensywy w klubie aspirującym - przynajmniej teoretycznie - do walki o najwyższe cele.
Ma 32 lata, najlepszy okres kariery raczej za sobą i trudno uwierzyć, że właśnie wokół takich zawodników powinno budować się przyszłość drużyny. Marek Papszun lubi doświadczonych piłkarzy, często bardziej za charakter i dyscyplinę niż czysto piłkarskie argumenty, ale Legia od lat stoi w miejscu właśnie przez takie decyzje.
I co najgorsze, mecz z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza brutalnie przypomniał, dlaczego wokół Augustyniaka powinny być tak duże wątpliwości. Podawał pod nogi rywali, momentami wyglądał tak, jakby nie odróżniał zielonych koszulek od pomarańczowych. Zanotował aż 21 strat, co jak na środkowego obrońcę jest wynikiem po prostu dramatycznym.
Cały czas mam przed oczami jego fatalne podanie do Kamila Zapolnika, po którym tylko świetna interwencja Otto Hindricha uratowała Legię przed stratą gola. Problem w tym, że to nie był jedyny błąd. Takich niepewnych zagrań i strat pod własnym polem karnym było znacznie więcej.
I właśnie dlatego mam ogromny problem z ewentualnym przedłużeniem jego kontraktu. Z jednej strony uważam, że Legia powinna szukać jakości i świeżości, a nie kolejnych przedłużeń z zawodnikami po trzydziestce, którzy grają jeden dobry mecz na kilka tygodni. Z drugiej strony… patrząc na „genialne” decyzje ludzi odpowiedzialnych za transfery, człowiek zaczyna się obawiać, że oni naprawdę mogliby znaleźć jeszcze gorszego piłkarza na tę pozycję.
3. Otto chodziło
Oj, dawno nie mogłem pochwalić bramkarza Legii Warszawa za mecz, w którym realnie dał drużynie zwycięstwo. A właśnie tak było w niedzielnym spotkaniu. Kiedy Otto Hindrich wskoczył do składu, prezentował po prostu solidny, równy poziom. Nie popełniał wielkich błędów, ale też długo brakowało takich interwencji, po których człowiek łapał się za głowę i mówił: „jak on to obronił?”. Najczęściej wyglądało to bardzo poprawnie, co miał wybronić, to wybronił, co było praktycznie nie do obrony, wpadało do siatki. Bez fajerwerków, ale też bez katastrof.
W Niecieczy było jednak zupełnie inaczej. Tym razem Hindrich naprawdę wygrał Legii mecz. Już w 8. minucie uratował zespół po fatalnym błędzie Augustyniaka, znakomicie broniąc sytuację sam na sam z Kamilem Zapolnikiem. I to był dopiero początek. Największy popis dał jednak w 65. minucie, kiedy w praktycznie beznadziejnej sytuacji wyciągnął strzał Baboca. To była interwencja z gatunku tych, które dają punkty i utrzymanie w lidze.
Kilka razy Hindrich źle się ustawił przy stałych fragmentach gry, zdarzały mu się też niepewne wybicia i momenty zawahania. Tylko że tym razem jego błędy nie miały większego znaczenia, bo w kluczowych momentach po prostu ratował Legię. A tego od bramkarza oczekuje się najbardziej.
Jeśli utrzyma taki poziom do końca sezonu, to w ogóle nie zdziwi mnie transfer latem za 3–4 miliony euro do mocniejszej ligi. Zwłaszcza że Legia od dawna funkcjonuje w trybie „sprzedajmy kogo się da, żeby zgadzał się budżet”. A że przy okazji znów osłabi się drużynę? Cóż, kibice Legii chyba już dawno zdążyli się przyzwyczaić, że w tym klubie każdy krok do przodu bardzo szybko kończy się dwoma krokami w tył.
4. Pokazał, jak się dośrodkowuje
Legia Warszawa od dawna ma ogromny problem z dostarczaniem piłek w pole karne po dośrodkowaniach z bocznych sektorów boiska. I niestety mecz z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza tylko to potwierdził.
Kiedy Pawła Wszołka zastąpił Kacper Chodyna, można było mieć nadzieję, że Legia zacznie częściej wrzucać piłkę w pole karne. Tymczasem Chodyna dośrodkowywał cztery razy i tylko jedno z tych zagrań było celne - to po nim nad bramką główkował Jean-Pierre Nsame. Reszta wyglądała bardzo przeciętnie albo kończyła się stratą.
I właśnie dlatego trochę absurdalne jest to, że najlepsze dośrodkowanie w meczu posłał… środkowy obrońca. Bo to Kamil Piątkowski pokazał zarówno Wszołkowi, Chodynie, Patrykowi Kunowi, jak i reszcie zespołu, jak powinno wyglądać dogranie z bocznego sektora.

W 19. minucie świetnie poszedł na obieg, dostał podanie od Chodyny i od razu było widać różnicę. Nie wrzucał piłki na oślep. Najpierw podniósł głowę, spojrzał w pole karne, obserwował ruch partnerów i dopiero wtedy posłał bardzo dobre dośrodkowanie w biegu do Rafała Adamskiego. A ten zrobił to, co ostatnio wychodzi mu najlepiej - znalazł się tam, gdzie powinien, i zapewnił Legii kolejne bardzo ważne punkty.
To jest trochę smutne, że środkowy obrońca musi uczyć wahadłowych oraz skrzydłowych, jak wrzucać piłkę w pole karne. Zwłaszcza że Legia ma w składzie wysokich zawodników, takich jak Nsame, Adamski czy Rajović, którzy właśnie z takich piłek powinni żyć. Problem w tym, że bardzo rzadko dostają cokolwiek sensownego.
Może to dośrodkowanie Piątkowskiego w końcu pokaże reszcie, że da się dogrywać dokładnie i z pomysłem. Tylko trzeba jeszcze chcieć, a nie wrzucać piłkę byle gdzie i liczyć, że wydarzy się cud.
5. Kij ma zawsze dwa końce
Po meczu z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza dużo mówi się o stylu Legii Warszawa i trudno się temu dziwić. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.
Z jednej strony trzeba oddać Markowi Papszunowi jedno - przejął zespół będący mentalnym wrakiem, znajdujący się praktycznie nad przepaścią i wyciągnął go ze strefy spadkowej. Patrząc na jakość kadry, chaos organizacyjny i atmosferę wokół klubu, samo ustabilizowanie sytuacji było już dużym osiągnięciem.
Z drugiej strony nie można udawać, że to, co Legia pokazała szczególnie w drugiej połowie meczu ze spadkowiczem, było czymś normalnym. To był po prostu antyfutbol. Cofnięcie się praktycznie całym zespołem pod własne pole karne, oddanie inicjatywy drużynie, która za chwilę będzie grała poziom niżej i paniczne bronienie jednobramkowego prowadzenia. Momentami wyglądało to wręcz groteskowo.
I nie można wszystkiego zrzucać wyłącznie na piłkarzy, bo aprobata trenera była widoczna gołym okiem. To przecież Papszun po zejściu Damiana Szymańskiego wprowadził kolejnego środkowego obrońcę, jasno pokazując, że interesuje go już tylko dowiezienie wyniku. Bez prób dobicia rywala, bez chęci przejęcia kontroli nad meczem, bez odwagi.
Oczywiście, ktoś zaraz napisze, że Papszun pracuje z kadrą złożoną z „węgla i papy”, że połowa tych zawodników nigdy nie powinna trafić do Legii i trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że nawet od takiej drużyny trzeba czegoś wymagać. Nie tylko punktów, ale też minimalnego stylu i jakości gry. Zwłaszcza gdy grasz z zespołem, który już praktycznie spadł z ligi.
Bo dziś kibice jeszcze przymykają oko, bo liczy się utrzymanie i wydostanie z tego bagna. Ale w przyszłym sezonie takie mecze mogą już nie przechodzić. Nie da się w nieskończoność tłumaczyć wszystkiego kryzysem, charakterem zespołu. „trudnym momentem” czy ulubionym słowem trenera, czyli procesem.
Tym bardziej że coraz wyraźniej widać, iż Legia będzie budowana pod ludzi Marka Papszuna. A to oznacza sprowadzanie jego „żołnierzy” - zawodników może nie wybitnych piłkarsko, ale takich, którzy będą biegać, walczyć i realizować założenia taktyczne bez dyskusji. Problem polega na tym, że sama ambicja i intensywność nie wystarczą, żeby odbudować klub.
Dlatego tak - trzeba cieszyć się z trzech punktów, bo były piekielnie ważne. Ale jednocześnie warto zacząć wymagać od tego zespołu i sztabu czegoś więcej niż tylko rozpaczliwego bronienia wyniku ze spadkowiczem.
Kamil Dumała
