MKS Dąbrowa Górnicza będzie pierwszym rywalem Legii w fazie play-off. Jakiej koszykówki spodziewa się Heiko Rannula ze strony rywali? Co będzie kluczowe w walce o mistrzostwo i jakie były najtrudniejsze momenty w trakcie rozgrywek? Zapraszamy do lektury rozmowy z trenerem koszykarskiej Legii.
Zajęliście pierwsze miejsce w tabeli, ale z kim się zmierzycie w ćwierćfinale trzeba było poczekać do rozstrzygnięć fazy play-in. Czekanie do niedzieli na rywala miało wpływa na zespół?
Heiko Rannula (trener Legii): Nie sądzę. Koniec końców robimy swoje i poruszamy się w naszych rutynowych działaniach. Od rozstrzygnięcia do pierwszego meczu są cztery dni. Od poniedziałku zaczęliśmy tak naprawdę skupiać się na drużynie przeciwnej. Także nie uznaję tego za coś niestandardowego.
Jakiej koszykówki oczekujecie w rywalizacji z Dąbrową Górniczą?
- MKS to najszybciej grająca drużyna w lidze. To cały czas stwarza im okazje w ataku. Jeśli pozwolisz im grać szybko i wejdziesz w ich styl gry, wtedy są naprawdę trudnym zespołem do pokonania. Dlatego naszym pierwszym zadaniem musi być kontrolowanie tempa meczu. I przede wszystkim unikanie strat oraz sytuacji, w których mogą wyprowadzać szybkie ataki i zdobywać łatwe punkty.
Potencjalnie mogliście mierzyć się ponownie z Anwilem Włocławek? Nie lepiej byłoby zagrać przeciw nim mając na uwadze ubiegłoroczne gładkie 3-0?
- Nie powiedziałbym, że wtedy było łatwo. Pierwszy mecz rozstrzygnął się właściwie po ostatnim rzucie. Jednak każdy sezon jest inny, drużyny są różne. Myślę, że zespoły, które ostatecznie trafiają do najlepszej ósemki i do play-offów, zasługują na to, by tam być. I są tam z jakiegoś powodu. Myślę, że Dąbrowa Górnicza w ostatnich miesiącach pokazała, że może grać z każdym. Także zdecydowanie nie powiedziałbym, który rywal jest łatwiejszy albo lepszy. Na pewno chcemy grać przeciwko nim, ale przede wszystkim musimy podejść do MKS-u z pełnym szacunkiem.
Powiedział trener, że drużyny są zupełnie inne. W takim razie jak można porównać obecny zespół Legii z drużyną, która zdobyła mistrzostwo w zeszłym roku?
- Uważam, że w tym sezonie nasza rotacja jest zdecydowanie większa i szersza. Mamy może trochę inny typ zawodników. W zeszłym sezonie wszyscy wiemy, że Kameron McGusty był dużą częścią naszej ofensywy. Natomiast myślę, że teraz jesteśmy bardziej wszechstronni. Możemy zdobywać punkty z każdej pozycji. Dodatkowo naszą siłą i tożsamością nadal jest obrona. I musimy wygrywać mecze dzięki defensywie. Myślę, że w tym sezonie mamy więcej narzędzi, żeby to robić.
Jaki był najtrudniejszy moment w tym sezonie? Borykanie się z kontuzjami poszczególnych zawodników czy może łączenie rozgrywek ligowych z europejskimi pucharami?
- Myślę, że oba te elementy złączyły się w jedno. Tym momentem był listopad i grudzień. To był kluczowy okres. Ostatecznie terminarz był bardzo trudny. Nie mogliśmy normalnie trenować, potem przyszły kontuzje. Straciliśmy też rytm i przygotowanie fizyczne. To wszystko jest ze sobą powiązane. Mogę teraz powiedzieć, że nie byliśmy wystarczająco dobrze przygotowani do gry na dwóch frontach. W Polsce liga jest bardzo wymagająca, a rozgrywki koszykarskiej Ligi Mistrzów również stoją na wysokim poziomie. Mieliśmy też trochę pecha z kontuzjami. Jednak to jest również część koszykówki.

W fazie grupowej Basketball Champions League mierzyliście się z Rytasem Wilno, które ostatecznie wygrało całe rozgrywki? Jakie to uczucie mając w pamięci, że toczyliście z nimi wyrównane pojedynki w fazie grupowej?
- Powiedziałem już Aaronowi (dyr. sportowy Legii - przyp. red.) w ćwierćfinale, że Rytas wygra te rozgrywki. Niemniej jednak ekipa z Wilna też bardzo się zmieniła w trakcie rozgrywek. Kilku zawodników odeszło do hiszpańskiej ACB, co wymusiło podpisanie kontraktów z nowymi graczami. To znowu pokazuje, że drużyny zmieniają się w trakcie sezonu. Natomiast ogólnie myślę, że graliśmy dobrze w Lidze Mistrzów. Po prostu nie potrafiliśmy wygrywać tych meczów u siebie. Poniekąd też przez trudne końcówki spotkań. Ogólnie mieliśmy zespół, który mógł tam grać, ale nie potrafiliśmy domykać meczów. Szkoda, bo zdecydowanie chcieliśmy awansować dalej. Jednak jednocześnie, przy tych wszystkich kontuzjach, z którymi się zmagaliśmy, nie wiem, czy ostatecznie dalibyśmy radę utrzymać się w rozgrywkach.
Trefl Sopot, King Szczecin, Śląsk Wrocław a nawet Dziki Warszawa. Twoi podopieczni wskazują, że te ekipy mogą być wymagającymi rywalami w drodze po mistrzostwo. Jak trener zapatruje się na najbliższe tygodnie w fazie play-off?
- Mówiłem to już kilka miesięcy temu i chcę podkreślić to teraz, że widzę 5-6 drużyn z potencjałem. Oczywiście wszystko musi się odpowiednio ułożyć. Natomiast myślę, że jest 5-6 zespołów, które są zdolne do tego, żeby przynajmniej zameldować się w finale. Na pewno dużo zależy od dyspozycji dnia, dopasowań taktycznych, ale też od kontuzji. Jeśli wszyscy będą zdrowi, to tych drużyn jest mniej więcej 5-6. Jednak play-offy to coś innego niż sezon zasadniczy. Trzeba mocno zacząć i wykorzystać atuty własnego parkietu.
Wszyscy mówią, że Andrzej Pluta jest największą gwiazdą zespołu. To oczywiste. Kto oprócz niego pozytywnie zaskoczył i był wyróżniającą się postacią, która miała istotny wpływ na postawę drużyny?
- Powiem tak - moje drużyny zazwyczaj nie mają jednej wielkiej gwiazdy. Andrzej oczywiście jest wyjątkowym zawodnikiem. Jak już mówiłem, w tym sezonie mamy właściwie po dwóch graczy na każdą pozycję. Myślę, że przeciwko różnym drużynom będą błyszczeć różni zawodnicy. Jeszcze raz powtórzę - nasza obrona musi być naprawdę solidna. A do tego potrzebujemy 8-9 zawodników, a nie jednego czy dwóch. W tym sezonie jesteśmy bardziej grupą niż zespołem opartym na jednej czy dwóch gwiazdach.
Rozmawialiście już z Andrzejem o jego przyszłości? Były zachęty w stylu "Andrzej, zostań..."?
- (śmiech) Najpierw skończmy play-offy, a potem porozmawiamy.
Rozmawiał Paweł Krawczyński
