Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Lechią Gdańsk

poniedziałek, 18 maja 2026 19:03
Punkty po meczu z Lechią Gdańsk
fot. Mishka / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com
15

Walczyli do końca; szok; Panie Krasniqi, my już dziękujemy; Trójmiasto mu służy; młodzież - to najważniejsze punkty po niedzielnym meczu Legii z Lechią Gdańsk, w którym legioniści wygrali 2-1.

1. Walczyli do końca

Patrząc na wyjściowy skład Legii Warszawa, można było odnieść wrażenie, że dla kilku zawodników był to mecz ostatniej szansy, albo na pokazanie się trenerowi Markowi Papszunowi, albo na udowodnienie, że spotkanie z Lechią Gdańsk nie będzie wyglądało tak, jak wcześniejsze słabe występy z niżej notowanymi rywalami.

I początek rzeczywiście mógł napawać lekkim optymizmem. Pierwsza połowa w wykonaniu Legii była naprawdę solidna. Legioniści kontrolowali przebieg spotkania, dobrze funkcjonowali w defensywie i praktycznie nie dopuszczali Lechii do groźnych sytuacji podbramkowych. Widać było organizację, pressing i przede wszystkim większy spokój w rozegraniu.

Problem polega jednak na tym, że identyczny scenariusz oglądaliśmy już w meczu z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. Dobra pierwsza połowa, prowadzenie i… kompletnie oddana inicjatywa po przerwie. I zaczyna to wyglądać nie jak przypadek, a schemat.

Jestem naprawdę ciekawy, z czego to wynika. Czy to świadoma taktyka Marka Papszuna, który po objęciu prowadzenia chce cofać zespół i bronić wyniku za wszelką cenę? Czy może problem siedzi w głowach samych piłkarzy, którzy po zdobyciu bramki zaczynają panicznie bać się popełnienia błędu?

 

Druga połowa wyglądała momentami bardzo źle. Lechia przejęła kontrolę nad meczem, częściej utrzymywała się przy piłce, lepiej operowała w środku pola i tworzyła sobie coraz groźniejsze sytuacje. Legia natomiast sprawiała wrażenie zespołu, który nie chce grać w piłkę, tylko przetrwać. Znów pojawił się problem z wymienieniem kilku celnych podań z rzędu, znów brakowało wyjścia spod pressingu i znów trzeba było liczyć na Otto Hindricha, który kilkukrotnie ratował zespół bardzo dobrymi interwencjami. Momentami wyglądało to tak, jakby Legia po prostu biegała za piłką i czekała na wyrok.
Na szczęście po wyrównującej bramce dla Lechii coś w legionistach drgnęło. Zespół w końcu przestał się cofać, zaczął grać odważniej i szukać zwycięskiego trafienia. I właśnie wtedy było widać, że da się grać wyżej, agresywniej i z większą pewnością siebie. Ostatecznie Legia przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść w doliczonym czasie gry, pokazując charakter, którego wcześniej przez długi czas brakowało.

Najważniejsze są oczywiście trzy punkty i przedłużenie serii zwycięstw w Ekstraklasie do trzech meczów z rzędu. Problem w tym, że styl nadal pozostawia bardzo dużo do życzenia, a Legia zbyt często sama zaprasza rywali do ataku, zamiast spokojnie kontrolować spotkania.

2. Szok

Myślałem, że nigdy tego nie napiszę, ale mecz z Lechią Gdańsk był naprawdę dobrym występem Kacpra Chodyny. Wiem, że przy bramce dla gospodarzy to właśnie on razem z Samuelem Kovacikiem mieli najwięcej za uszami i powinni lepiej przypilnować Tomasa Bobcka. Jednak mimo tego błędu dawno nie widziałem u Chodyny tyle konkretów zarówno w ofensywie, jak i w defensywie.

To właśnie on świetnie dośrodkował na głowę Jeana-Pierre’a Nsame, który dał Legii prowadzenie. Kilkanaście minut później dobrze wszedł też z prawej strony w pole karne i dograł do Ermalа Krasniqiego, który niestety nie trafił czysto w piłkę. W końcu były w jego grze dynamika, odwaga i chęć podejmowania pojedynków, a nie tylko bezpieczne granie do najbliższego zawodnika.

Oczywiście nie był to występ idealny. Chodyna stracił w tym meczu 11 piłek, ale warto zauważyć, że Ruben Vinagre miał tylko jedną stratę mniej, mimo że spędził na boisku zdecydowanie mniej czasu. Na sześć pojedynków Kacper wygrał trzy, więc też nie był to poziom dominacji, ale przynajmniej było widać zaangażowanie i pracę w obu kierunkach.

Największa dotyczy sytuacji przy bramce dla Lechii. Tam kompletnie zabrakło komunikacji między Chodyną a Kovacikiem. Obaj wyglądali tak, jakby liczyli, że ten drugi zaatakuje Bobcka, aż ostatecznie nie zrobił tego żaden z nich. I takie błędy niestety dalej mocno wpływają na ocenę Kacpra, bo jeden moment nieuwagi potrafi przekreślić wiele dobrych fragmentów meczu.

Jestem bardzo ciekawy, czy Marek Papszun obdarzy Chodynę większym zaufaniem w przyszłym sezonie. Bo trzeba być uczciwym – do tej pory ten zawodnik częściej irytował kibiców niż dawał realne konkrety. Mecz z Lechią był raczej wyjątkiem niż regułą.

Z drugiej strony Paweł Wszołek w końcu potrzebuje realnej konkurencji. W tym sezonie momentami wyglądało to tak, jakby miał gwarancję gry niezależnie od formy, a to nigdy nie działa dobrze na zawodnika. Tym bardziej że z wypożyczenia wraca Oliwier Olewiński, który zanotował bardzo dobry sezon na zapleczu Ekstraklasy i zdecydowanie zasługuje na szansę pokazania się w pierwszym zespole Legii.

3. Panie Krasniqi, my już dziękujemy

Denerwowało mnie już samo to, że Ermal Krasniqi dostawał kolejne szanse w ostatnich meczach, ale jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że wyszedł w podstawowym składzie na spotkanie z Lechią Gdańsk. I trzeba napisać wprost - był to po prostu koszmarny występ Kosowianina.

Nie wychodziło mu praktycznie nic. W prostych sytuacjach gubił piłkę, nie trafiał w futbolówkę przy dobrych okazjach podbramkowych, a momentami wyglądał tak, jakby kompletnie nie nadążał za tempem meczu. Co gorsza, wiele strat notował pod własnym polem karnym, przez co Legia sama napędzała akcje Lechii albo fundowała rywalom stałe fragmenty gry.

Statystyki tylko potwierdzają fatalny obraz jego gry. Na 26 kontaktów z piłką stracił ją aż 10 razy. To jest dramatyczny wynik jak na ofensywnego zawodnika, który miał dawać zespołowi jakość i utrzymywać się przy piłce. W dryblingach też było słabo, na trzy próby udało mu się wygrać tylko jeden pojedynek. Owszem, na 10 podań tylko dwa były niecelne, ale sama liczba podań u zawodnika ofensywnego pokazuje, jak bardzo był wyłączony z gry.

Lechia Gdańsk - Legia Warszawa, Ermal Krasniqi, Antonio Čolak
fot. Mishka / Legionisci.com

I właśnie to jest największy problem Krasniqiego. On nie daje zespołowi praktycznie nic. Ani liczb, ani jakości, ani przewagi indywidualnej. Nie przyspiesza gry, nie bierze odpowiedzialności, nie robi różnicy w pojedynkach jeden na jednego. Momentami wygląda to tak, jakby po prostu odbębniał minuty na boisku.

Nie było w tym meczu żadnego argumentu za tym, żeby w ostatnim spotkaniu sezonu dostał choćby kilka minut, a tym bardziej nie było argumentu za tym, by Legia Warszawa miała go wykupić ze Sparty Praga. To wypożyczenie zwyczajnie okazało się nieudane. Owszem, na początku pojawiały się pojedyncze pozytywne wejścia i można było mieć nadzieję, że coś z tego będzie, ale z każdym kolejnym tygodniem było tylko gorzej.

Legia potrzebuje zawodników, którzy będą realnie podnosić poziom zespołu, a nie piłkarzy żyjących pojedynczymi przebłyskami raz na kilka miesięcy. Jeśli klub myśli poważnie o odbudowie, to musi szukać po prostu lepszych graczy niż Krasniqi.

4. Trójmiasto mu służy

Trójmiejskie powietrze zdecydowanie służy Antonio Colakowi. Napastnik zdobył do tej pory trzy bramki w Ekstraklasie i wszystkie strzelał właśnie na wyjazdach - najpierw w Gdyni, a teraz w Gdańsku. To jego trafienia w rundzie wiosennej przeciwko Arce Gdynia dały Legii bardzo ważny punkt, a teraz ponownie w doliczonym czasie gry zapewnił legionistom trzy bezcenne punkty.

Co ciekawe, Colak w samej rundzie wiosennej zdobył już więcej bramek niż Mileta Rajović. Chorwat ma jedno trafienie więcej od Duńczyka, a przecież różnica w liczbie minut obu zawodników jest wręcz absurdalna. Rajović rozegrał w tym sezonie 2724 minuty, natomiast Colak zaledwie 610, czyli około 22% czasu gry Milety. I to tylko jeszcze mocniej pokazuje, jak ogromnym rozczarowaniem okazał się transfer Duńczyka.

Można bronić Rajovicia walką, pojedynczymi zagraniami tyłem do bramki czy pomocą przy stałych fragmentach gry, ale napastnik jest przede wszystkim od zdobywania bramek i dawania konkretów. Tymczasem Mileta przez większość sezonu wyglądał jak zawodnik, który istnieje na boisku tylko dlatego, że trener uparcie wierzy, iż w końcu „odpali”. Problem w tym, że sezon praktycznie się kończy, a tego odpalenia dalej nie widać.

Nie napiszę, że Colak zrobił coś wielkiego, bo też nie był zbawcą Legii, ale trzeba być uczciwym - oczekiwano od niego najmniej, a momentami dawał więcej niż zawodnicy, którzy kosztowali klub ogromne pieniądze i mieli być liderami ofensywy.

Lechia Gdańsk - Legia Warszawa Antonio Colak
fot. Mishka / Legionisci.com

5. Młodzież

Nie od dziś wiadomo, że jestem dużym zwolennikiem stawiania na młodych zawodników w Legii Warszawa. I żeby była jasność - nie chodzi mi o budowanie całej jedenastki z juniorów i rzucanie ich wszystkich na głęboką wodę. Absolutnie nie. Uważam po prostu, że w każdym sezonie powinno znaleźć się miejsce dla dwóch młodych piłkarzy, którzy dostają prawdziwą szansę w pierwszym zespole. Nie taką na zasadzie wejścia raz na dziesięć spotkań na pięć minut, tylko realną możliwość grania, rozwoju i popełniania błędów.

Rozumiem argumenty Marka Papszuna, który uważa, że często wrzucenie młodego zawodnika do Ekstraklasy przypomina zderzenie z Arkadiuszem Wrzoskiem. Tylko że moim zdaniem nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od momentu, sposobu wprowadzania i otoczenia wokół takiego piłkarza.

Najlepszym przykładem był mecz z Lechią Gdańsk. Jan Leszczyński zagrał naprawdę bardzo dobre spotkanie i był jednym z kluczowych zawodników Legii. A trzeba pamiętać, że miał po swojej stronie zdecydowanie trudniejsze zadanie niż wielu bardziej doświadczonych kolegów. Musiał radzić sobie zarówno z Tomasem Bobckiem, jak i Camilo Meną, a dodatkowo nie dostawał wielkiego wsparcia od Rubena Vinagre, a później Wojciecha Urbańskiego. Momentami wyglądało to tak, jakby musiał bronić za dwóch.

I mimo tego dał radę. Owszem, nie ustrzegł się błędów - dwa razy poszedł za agresywnie do rywala i na „raz”, trochę w stylu Jana Ziółkowskiego - ale to jest normalne u młodych zawodników. Najważniejsze, że poza tym wyglądał bardzo dobrze. Miał najwięcej odbiorów spośród środkowych obrońców, wygrał najwięcej pojedynków i zanotował najwięcej przechwytów. To nie są przypadkowe liczby.
Z drugiej strony byli Jakub Żewłakow i Samuel Kovacik, którzy nie rozegrali dobrych zawodów. Chociaż i tak uważam, że Żewłakow wyglądał lepiej niż Ermal Krasniqi. I właśnie tutaj dochodzimy do sedna problemu.

Lechia Gdańsk - Legia Warszawa Jakub Żewłakow
fot. Mishka / Legionisci.com

Bo sztuką nie jest wrzucić dwóch czy trzech młodych zawodników do składu i po jednym słabszym meczu stwierdzić, że „nie są gotowi”. Sztuką jest odpowiednio ich budować. Wprowadzać ich wtedy, kiedy zespół potrzebuje impulsu albo kiedy wynik pozwala im spokojniej wejść w mecz. Tymczasem w wielu spotkaniach w tym sezonie zamiast młodych minuty dostawali zawodnicy będący kompletnie bez formy albo zwyczajnie nieprzydatni, jak Krasniqi czy Rajović.

Wiem, że część osób odbierze to jako atak na Marka Papszuna, ale ten problem w Legii istnieje od lat. To nie jest kwestia jednego trenera. Klub od dawna zatrudnia szkoleniowców, którzy dużo bardziej cenią doświadczenie niż potencjał czy rozwój młodych piłkarzy. Papszun idealnie wpisuje się w ten profil, bo zdecydowanie bardziej ufa zawodnikom ogranym, nawet jeśli ich poziom sportowy pozostawia wiele do życzenia.

Mam też wrażenie, że w Polsce sami wpadamy w skrajności, jeśli chodzi o młodych zawodników. Z jednej strony po dwóch dobrych meczach pompujemy balonik, wciskamy ich do reprezentacji i sprzedajemy za wielkie pieniądze. Z drugiej strony nasza cierpliwość wobec ich błędów praktycznie nie istnieje. A przecież nierówna forma w tym wieku jest czymś całkowicie normalnym.

Przez lata byłem blisko środowiska młodych piłkarzy i wiem jedno - młody zawodnik popełni błąd, ale bardzo często wyciągnie z niego wnioski i będzie się rozwijał. Starszy piłkarz często już nawet nie próbuje zmieniać swoich nawyków, bo jest do nich przyzwyczajony od lat.

Dlatego przestańmy traktować młodych graczy jak ludzi, którzy sobie nie poradzą i trzeba ich chować pod kloszem. Najzdolniejszym trzeba po prostu dawać szanse, bo w dłuższej perspektywie może na tym skorzystać zarówno Legia, jak i cała polska piłka.

Kamil Dumała

Oceny legionistów