Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Motorem Lublin

poniedziałek, 25 maja 2026 07:30
Punkty po meczu z Motorem Lublin
Jean-Pierre Nsame | fot. Maciek Gronau / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com
9

Koniec; efektownie i efektywnie; Oj Nsame, Nsame; młody Żewłak; pożegnania - to najważniejsze punkty po sobotnim meczu Legii Warszawa z Motorem Lublin w którym legioniści wygrali 4-0.

1. Koniec

Nareszcie zakończył się ten, jakże „cudowny”, sezon w wykonaniu Legii Warszawa. I tak, wiem doskonale, że legioniści byli bardzo blisko awansu do eliminacji europejskich pucharów, ale według mnie dobrze się stało, że ostatecznie się to nie udało. Powodów takiego podejścia jest naprawdę sporo.

Przede wszystkim - GKS Katowice zdobył w tym sezonie więcej punktów od Legii. I samo to powinno być dla wielu osób przy Łazienkowskiej policzkiem. Klub z wielkimi ambicjami i opowieściami o europejskim poziomie przez większość sezonu bronił się przed spadkiem do I ligi. To nie jest „gorszy moment”, tylko kompromitacja całego pionu sportowego i ludzi zarządzających klubem.

Po drugie, wszyscy doskonale wiemy, co wydarzyłoby się, gdyby Legii udało się doczłapać do europejskich pucharów. Gabinety przy Łazienkowskiej pękałyby z dumy i samozachwytu. Znów usłyszelibyśmy, że „projekt działa”, że „obrany kierunek jest właściwy”, a osoby odpowiedzialne za ten chaos z uśmiechem przypisywałyby sobie sukces, mimo że to właśnie ich decyzje doprowadziły klub na skraj katastrofy.
I właśnie dlatego brak pucharów może być dla Legii paradoksalnie czymś dobrym. Klub będzie miał w końcu normalne lato. Bez panicznego łatania kadry pod eliminacje, bez grania co trzy dni i bez pudrowania problemów kilkoma zwycięstwami w Europie przeciwko rywalom z piątego koszyka. Będzie czas, by spokojnie przygotować zespół do Ekstraklasy i Pucharu Polski.

Oczywiście trzeba powiedzieć, że klub straci ogromne pieniądze, a budżet już teraz wygląda źle. Tylko przypomnijmy sobie, jak Legia wydawała środki z europejskich pucharów w ostatnich latach. Im więcej pieniędzy wpływało do klubu, tym częściej kończyło się to przepalaniem gotówki na nietrafione transfery, gigantyczne kontrakty i budowanie kadry bez ładu oraz składu. Paradoksalnie często wychodziło na to, że im mniej pieniędzy miała Legia, tym rozsądniej potrafiła działać na rynku.

Nie można też zapominać, w jakiej sytuacji był ten zespół jeszcze kilka miesięcy temu. Legia przez długi czas realnie walczyła o utrzymanie i była to konsekwencja wieloletnich błędów ludzi zarządzających klubem. Dopiero przyjście Marka Papszuna pozwoliło to jakoś uporządkować. I trzeba być uczciwym - trener odmienił Legię. Nie stworzył wielkiego zespołu, nie zaczął grać pięknego futbolu, ale zaczął punktować.

W rundzie wiosennej Legia była drugim najlepiej punktującym zespołem ligi. Więcej punktów zdobył jedynie mistrz Polski, Lech Poznań, a tyle samo oczek uzbierał GKS Katowice (ale zagrał jeden mecz więcej). To pokazuje skalę pracy wykonanej przez Papszuna, bo przejął drużynę rozbitą mentalnie i sportowo.

2. Efektownie i efektywnie

Ostatni mecz sezonu był jednocześnie efektywny i efektowny, czyli dokładnie taki, jakiego powinniśmy wymagać od Legii Warszawa w Ekstraklasie. Początek wcale nie wyglądał idealnie, bo przez pierwsze 20–30 minut Motor Lublin potrafił stworzyć sobie kilka groźnych sytuacji. Po raz kolejny jednak świetnie między słupkami spisywał się Otto Hindrich, który utrzymał Legię przy życiu w trudniejszych momentach. I właśnie to było kluczowe, Legia nie straciła bramki wtedy, gdy rywal jeszcze wierzył, że może coś z tego meczu wyciągnąć.

Później wszystko zaczęło wyglądać już tak, jak powinno. Legia przejęła kontrolę nad spotkaniem i praktycznie nie oddała jej do końca meczu. To legioniści dominowali w posiadaniu piłki, narzucali tempo i regularnie tworzyli sytuacje podbramkowe. Gdyby nie bardzo dobra dyspozycja Gašpera Tratnika oraz fatalnie ustawione celowniki zawodników Marka Papszuna, Motor mógł skończyć ten mecz z dużo wyższą porażką.

Legia Warszawa - Motor Lublin Marek Papszun
fot. Maciek Gronau / Legionisci.com

Bardzo dobrze wyglądał środek pola, a szczególnie Juergen Elitim, dla którego był to ostatni występ w koszulce Legii. Kolumbijczyk świetnie rozdzielał piłki, uspokajał grę wtedy, kiedy było trzeba, a jego dalekie podania momentami wręcz rozrywały ustawienie Motoru. Widać było, jak bardzo Legii brakowało w tym sezonie zawodnika potrafiącego przyspieszyć akcję jednym zagraniem.
Dobrze współpracowała również ofensywa. Jean-Pierre Nsame aktywnie uczestniczył w budowaniu akcji, nie ograniczał się jedynie do stania między obrońcami, a dzięki temu Legia tworzyła kolejne okazje bramkowe. W końcu można było odnieść wrażenie, że piłkarze rozumieją się na boisku i wiedzą, co chcą grać.

Właśnie taka powinna być Legia - nie tylko skuteczna, ale też dająca kibicom przyjemność z oglądania meczu. Bo przez większość tego sezonu legioniści głównie męczyli siebie i wszystkich wokół. Dlatego mam nadzieję, że ten mecz będzie raczej początkiem czegoś lepszego niż jedynie miłym zakończeniem fatalnych rozgrywek. Kibice mają pełne prawo oczekiwać zespołu, który nie tylko zdobywa punkty, ale też potrafi grać w piłkę i momentami zwyczajnie cieszyć oko.

3. Oj Nsame, Nsame

Czas napisać kilka słów o Jean-Pierre Nsame. Napastniku, który ex aequo z Miletą Rajoviciem został najlepszym strzelcem Legii Warszawa w Ekstraklasie, zdobywając pięć bramek. I już samo to brzmi absurdalnie, biorąc pod uwagę fakt, że Nsame rozegrał ponad 1700 minut mniej od Duńczyka we wszystkich rozgrywkach. Mimo to zakończył sezon jako najlepszy strzelec zespołu we wszystkich rozgrywkach (razem z Rajoviciem), zdobywając łącznie dziesięć goli. To najlepiej pokazuje skalę kompromitacji transferu Rajovicia, który miał być wielką „dziewiątką”, a finalnie często wyglądał jak zawodnik przypadkowo biegający po boisku.

Nsame jest po prostu dużo lepszym napastnikiem od Rajovicia. Nawet jeśli Kameruńczyk nie jest już w swoim prime, to nadal ma coś, czego wielu napastników Legii od lat nie miało - instynkt snajpera. Potrafi znaleźć się tam, gdzie za chwilę spadnie piłka. Nie potrzebuje miliona kontaktów z futbolówką, przekładek czy biegania po skrzydłach. On po prostu wie, gdzie ma stanąć, by zdobyć bramkę.
Pokazał to w meczu z Motorem Lublin. Dwa razy znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien być napastnik. Bez zbędnego kombinowania, bez udawania rozgrywającego czy dryblera. Klasyczna „dziewiątka”, która żyje w polu karnym i potrafi wykorzystać okazję. Tego w Legii brakowało przez większość sezonu.

Legia Warszawa - Motor Lublin Jean-Pierre Nsame
fot. Maciek Gronau / Legionisci.com

Ale jest też druga strona medalu. Nsame ma już swoje lata i momentami bardzo mocno widać to fizycznie. Praktycznie po każdym meczu schodził z boiska z grymasem bólu albo wyraźnym dyskomfortem. Można odnieść wrażenie, że zdrowotnie nie wszystko funkcjonuje tam idealnie i właśnie to może być jednym z głównych problemów przy rozmowach o nowym kontrakcie.

I tutaj dochodzimy do szerszego problemu Legii, czyli kompletnego chaosu w budowie ataku. Najprawdopodobniej do klubu trafi Łukasz Zjawiński z Polonii Warszawa, ale to nie jest napastnik, który powinien być podstawową „dziewiątką” w klubie mającym jakiekolwiek ambicje. Może być uzupełnieniem kadry, zmiennikiem, zawodnikiem do rotacji, ale nie liderem ofensywy.

Legia potrzebuje prawdziwego wzmocnienia ataku, a jednocześnie musi zrobić porządek z obecnymi napastnikami. Rajović kompletnie nie pasuje do stylu tej drużyny i trudno znaleźć argumenty za dalszym stawianiem na niego. Antonio Čolak dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. Zostaje więc Nsame - najlepszy napastnik w tej kadrze, ale jednocześnie zawodnik, przy którym zawsze będzie znak zapytania dotyczący zdrowia i wytrzymałości fizycznej.

I właśnie dlatego Legia znów stoi przed bardzo ważnym okienkiem transferowym. Problem w tym, że kibice słyszą to praktycznie każdego lata, a później kończy się na sprowadzaniu kolejnych „żołnierzy”, eksperymentów albo zawodników, którzy bardziej pasują do walki o środek tabeli niż do odbudowy dużego klubu.

4. Młody Żewłak

Występ Jakuba Żewłakowa tylko potwierdza to, o czym pisałem tydzień temu - ocenianie młodego zawodnika po jednym meczu kompletnie mija się z celem. Wahania formy u takich piłkarzy są czymś całkowicie normalnym i właśnie dlatego trzeba im dać czas oraz odpowiednie warunki do rozwoju.

Tydzień temu Żewłakow rozegrał słabsze spotkanie, a świetnie prezentował się Jan Leszczyński. Tym razem role całkowicie się odwróciły. Leszczyński zszedł w przerwie i nie wyglądał najlepiej, natomiast Żewłakow był jednym z najjaśniejszych punktów ofensywy Legii Warszawa. I właśnie na tym polega rozwój młodych zawodników - raz zagrasz bardzo dobrze, raz słabiej, ale najważniejsze jest to, by regularnie dostawać szanse i wyciągać wnioski z błędów.

W końcu było widać u Żewłakowa odwagę i charakter. Walczył o każdą piłkę, próbował przejmować podania rywali, nie bał się wejść w drybling czy zaryzykować trudniejszego zagrania. Nie chował się za bardziej doświadczonymi kolegami, tylko chciał brać grę na siebie. I nawet jeśli nie wszystko wychodziło idealnie, to przynajmniej było widać zaangażowanie oraz chęć pokazania się. Statystyki również wyglądają bardzo solidnie. Dwa celne strzały, 94% skuteczności podań, wygrane cztery pojedynki z ośmiu i jedynie osiem strat piłki - jak na młodego ofensywnego zawodnika są to naprawdę dobre liczby. Zwłaszcza w drużynie, która przez większość sezonu miała ogromny problem z kreowaniem sytuacji i odwagą w ataku.

Ten mecz pokazał, że Żewłakow ma naprawdę spory potencjał. I teraz najważniejsze będzie to, jak Legia podejdzie do jego rozwoju. Czy faktycznie słowa Marka Papszuna o stawianiu na młodych zawodników okażą się czymś więcej niż tylko ładną wypowiedzią na konferencji prasowej? Czy jednak zarówno Żewłakow, jak i Jan Leszczyński zostaną wysłani na wypożyczenia, by zbierać doświadczenie w I lidze albo Ekstraklasie? Bo z jednej strony regularna gra mogłaby im bardzo pomóc, ale z drugiej Legia od lat ma problem z odpowiednim wprowadzaniem swoich talentów do pierwszego zespołu. Zbyt często kończyło się to albo wiecznym wypożyczaniem, albo siedzeniem na ławce za przeciętnymi, doświadczonymi zawodnikami. A później wszyscy byli zdziwieni, że kolejny młody gracz odchodzi i rozwija się gdzieś indziej.
Dlatego mam nadzieję, że tym razem klub nie zmarnuje potencjału takich zawodników. Bo odpowiednio prowadzeni i regularnie grający mogą w przyszłości dać Legii zarówno jakość sportową, jak i ogromne pieniądze.

5. Pożegnania

Mecz z Motorem Lublin był nie tylko zakończeniem sezonu, ale też swego rodzaju pożegnaniem z wieloma zawodnikami, którzy rozegrali swoje ostatnie spotkanie w barwach Legii Warszawa. I trzeba przyznać, że patrząc na ostatnie lata, tych pożegnań było zdecydowanie za dużo. Klub praktycznie co sezon przechodzi kolejną rewolucję kadrową, a później wszyscy są zaskoczeni, że na boisku nie ma stabilizacji, jakości ani jakiejkolwiek tożsamości zespołu.

Legia Warszawa - Motor Lublin Rafał Adamski Jean-Pierre Nsame Juergen Elitim Ruben Vinagre Radovan Pankov
fot. Maciek Gronau / Legionisci.com

Radovan Pankov, Juergen Elitim, Ermal Krasniqi, Patryk Kun, Kacper Tobiasz - każdy z tych przypadków jest trochę inny.

W przypadku Kacpra Tobiasza wydaje mi się, że rozstanie jest po prostu najlepszym rozwiązaniem dla obu stron. Tobiasz spędził w Legii sporo czasu, miał momenty naprawdę bardzo dobre, ale w ostatnich dwóch latach było widać, że zarówno klub, jak i sam bramkarz zaczęli się sobą zwyczajnie męczyć. Zamiast wzajemnego rozwoju pojawiła się frustracja, presja i coraz większe rozczarowanie. Czasami po prostu trzeba zamknąć pewien etap, zanim zrobi się jeszcze bardziej toksyczny.

Szkoda natomiast potencjalnych odejść Juergena Elitima i Radovana Pankova, bo niezależnie od wszystkiego byli to zawodnicy, którym trudno odmówić jakości sportowej. Owszem, Elitim momentami irytował brakiem intensywności czy zaangażowania, ale piłkarsko dawał Legii bardzo dużo - zwłaszcza w rozegraniu i przyspieszaniu gry. Takich zawodników w tej kadrze zwyczajnie brakuje. Z kolei Pankov może nie był idealnym obrońcą, popełniał błędy, ale miał coś, czego wielu piłkarzy Legii nie posiadało - charakter. „Rasza” potrafił walczyć, prowokować, podkręcać emocje i pokazywać, że naprawdę mu zależy. I trochę smutne jest to, że właśnie tacy zawodnicy odchodzą, a w klubie nadal zostaje kilku piłkarzy kompletnie nijakich, bez charakteru i osobowości.

Patryk Kun to z kolei przede wszystkim zaangażowanie. Można było narzekać na jego jakość techniczną, dośrodkowania czy ograniczenia piłkarskie, ale jednego odmówić mu nie można - zostawiał zdrowie na boisku. Tylko że Legia, jeśli chce wrócić do walki o coś więcej niż środek tabeli i nerwowe utrzymanie, musi zacząć sprowadzać zawodników, którzy oprócz charakteru będą po prostu podnosić poziom sportowy drużyny.

Ermal Krasniqi natomiast raczej nie zapisze się w historii Legii Warszawa. Początek miał obiecujący, były momenty, gdy wydawało się, że może coś z tego być, ale finalnie było to kolejne przeciętne wypożyczenie bez większego wpływu na drużynę. I chyba nikt nie będzie szczególnie rozpaczał po jego odejściu.

To dopiero początek zmian. Wszystko wskazuje na to, że podczas letniego okienka Legię czeka kolejna ogromna rewolucja - nie tylko kadrowa, ale również organizacyjna i gabinetowa. I tu pojawia się największy problem. Bo Legia od kilku lat żyje od rewolucji do rewolucji. Zmieniają się trenerzy, dyrektorzy, piłkarze, wizje i projekty, a efekt końcowy jest praktycznie ten sam - chaos, gaszenie pożarów i walka o to, by sezon nie skończył się kompletną katastrofą.

Dziękuję za ten sezon wszystkim Legionistkom i Legionistom oraz każdemu czytelnikowi! Do zobaczenia za kilkanaście tygodni!

Kamil Dumała

Udostępnij
Oceny legionistów