W piątek Jakub Miatkowski obchodził 22. urodziny. Szczególny dla siebie dzień uczcił rzucając 11 punktów w wygranym meczu z Legionem Legionowo. Dziś kolejna szansa, aby pozytywnie zaprezentować się publiczności na Bemowie i dołożyć cegiełkę do 15. zwycięstwa w sezonie. Według Miatkowskiego nie ma takiej opcji, żeby wczorajsza wygrana wpłynęła negatywnie na zespół w dzisiejszym meczu.
Chyba nie mogłeś sobie wymarzyć lepszego prezentu urodzinowego?
Jakub Miatkowski: Cieszę się, że wygraliśmy wysoko, aczkolwiek mieliśmy problemy z obręczami. Nasza skuteczność trochę zawodziła, choć trenowaliśmy ostatnio "rzutówkę". Mimo to pięćdziesięciopunktowe zwycięstwo napawa nas optymizmem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że do postawy niektórych sędziów można mieć zastrzeżenia...
- No tak... Sędziowała nam bardzo miła pani, która chyba jednak potrzebuje jeszcze kilku spotkań, aby wznieść się na odpowiedni poziom sędziowania. Mówiąc szczerze, drugi arbiter też nie był wystarczająco dobry jak na sędziowanie takiego meczu. Trudno, trzeba się z tym pogodzić. Zdarza się, że gramy na wyjazdach i nie mamy wtedy wsparcia takiej publiczności jak u siebie. Wówczas liczy się nasza dobra postawa. Tak jak powiedziałem wcześniej, skuteczność nieco nas zawodziła, wynik nie był aż tak wysoki jak to sobie zakładaliśmy przed spotkaniem, ale mimo to cieszymy się z kolejnego odniesionego zwycięstwa.
Nie obawiacie się, że piątkowa konfrontacja wpłynie negatywnie kondycyjnie na sobotni pojedynek z Pułaskim?
- Nie ma takiej możliwości. Już wcześniej wiedzieliśmy, że będziemy musieli zmierzyć się w dwóch meczach pod rząd. Byliśmy na to przygotowani i z tego względu mieliśmy odpowiednio rozłożone treningi, a do tego rotowaliśmy składem w meczu z Legionem. Trener dał pograć wszystkim zawodnikom. Myślę, że podobnie zrobi w sobotę i że na spokojnie wygramy tę rywalizację.
Spodziewałeś się wsparcia aż tylu kibiców Legii w Legionowie?
- Szczerze mówiąc, to myślałem, że przyjedzie ich więcej. Wszyscy tak myśleliśmy. Cieszy nas jednak to, że tak naprawdę graliśmy u siebie, bo w hali dało się słyszeć jedynie naszych fanów.