Wiele się nie zmieniło; mecz dla koneserów; głęboko ustawieni stoperzy; halo, halo tu SFG; niewykorzystana szansa - to najważniejsze punkty po sobotnim meczu Legii Warszawa z Górnikiem Zabrze w którym padł remis 1-1.
Punkty po meczu z Górnikiem Zabrze
1. Wiele się nie zmieniło
Cóż, po wygranej z Pogonią Szczecin pewnie w klubie znów pojawiła się myśl, że Legia może zaatakować miejsca pucharowe. Nawet trener Marek Papszun zaczął sugerować, że mecze z Górnikiem i Zagłębiem dadzą odpowiedź, o co gra Legia w tym sezonie.
No to już odpowiedź znamy - po remisie z Górnikiem Zabrze gramy o utrzymanie. Taka jest brutalna rzeczywistość. W obecnym sezonie Legia kompletnie nie zasługuje na grę w europejskich pucharach.
Powiem więcej - i pewnie wielu się oburzy - może to nawet lepiej, że tam nie zagramy. Bo gdyby jakimś cudem udało się doczłapać do eliminacji, zarząd znów utwierdziłby się w swojej „genialności”. W tym, że wszystko działa, że kierunek jest dobry, że nawet po fatalnym sezonie da się coś ugrać. A to byłaby najgorsza możliwa wiadomość dla przyszłości tego klubu. Bo bez realnych zmian - kadrowych i strukturalnych - Legia nie wróci na poziom, który kiedyś był dla niej standardem.
Remis 1-1 z Górnikiem trzeba uznać za wynik sprawiedliwy. I owszem, dziś nieźle wygląda to 13. miejsce w tabeli, ale warto spojrzeć szerzej - mecz mają jeszcze do rozegrania Arka Gdynia i Pogoń Szczecin, które są tuż za Legią. Prawda jest taka, że do końca sezonu „Wojskowi” będą się bić o utrzymanie. A seryjne remisy, które ostatnio zbierają, bardziej szkodzą niż pomagają.
Dlatego wszystkie te opowieści o europejskich pucharach można spokojnie odłożyć na półkę. Najlepiej obok historii o tym, jak Legia ma być drugim Ajaxem, czyli do działu science fiction.
2. Mecz dla koneserów
Ten mecz się po prostu odbył - i właściwie na tym można by zakończyć temat. Nie działo się tam praktycznie nic, poza samą końcówką. Bramkarze nie mieli wiele pracy, obrońcy nie musieli się specjalnie wysilać. Klasyczny mecz „na remis”, ewentualnie dla koneserów, którzy lubią patrzeć, jak nic się nie dzieje przez 80 minut.
Niby padło 21 strzałów (Legia 14, Górnik 7), ale kiedy spojrzymy głębiej, to robi się wręcz komicznie. Tylko trzy celne, w tym rzut karny wykorzystany przez Rafała Augustyniaka i gol Pawła Bochniewicza w ostatniej akcji meczu. Reszta? Strzały dla statystyki.
Sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo, gra toczyła się głównie w środku pola i momentami wyglądało to bardziej jak sparing niż mecz o coś konkretnego. Górnik Zabrze od początku sprawiał wrażenie drużyny, która przyjechała po remis i absolutnie nic więcej jej nie interesowało.
Najgorsze jest jednak to, że Legia się do tego dostosowała. Zamiast przycisnąć, narzucić tempo i wykorzystać przeciętność rywala, grała bez pazura, bez fantazji i bez odwagi. Zbyt duży respekt wobec zespołu, który spokojnie był do ogrania - wystarczyło trochę więcej intensywności i konkretu w ataku.
Ale to właśnie problem tej Legii: nawet gdy rywal nie stawia wielkiego oporu, ona sama robi wszystko, żeby ten mecz wyglądał jak walka o przetrwanie, a nie o zwycięstwo.
3. Głęboko ustawieni stoperzy
Przez cały mecz Kamil Kosowski miał spore pretensje do ustawienia Legii w defensywie - głównie o to, że zespół stoi zbyt nisko i nie próbuje łapać rywali na spalonym. Tylko szczerze? Ten zarzut kompletnie do mnie nie trafia.
Powód jest bardzo prosty - Pankov, Piątkowski i Augustyniak to nie są zawodnicy, którzy mogą sobie pozwolić na granie wysoko i ściganie się z szybkimi napastnikami. To nie są ani demony szybkości, ani mistrzowie zwrotności.
A jeśli po drugiej stronie masz ofensywę Górnika Zabrze, opartą na dynamice i ruchu, to cofnięcie się i zabezpieczenie przestrzeni za plecami jest po prostu logiczne. To nie jest brak odwagi - to jest dostosowanie się do własnych ograniczeń.
I co najważniejsze - to działało. Poza jednym strzałem sprzed pola karnego, który Otto Hindrich sparował na rzut rożny, i golem po stałym fragmencie gry, Górnik praktycznie nie stworzył nic groźnego. Serio - ile było momentów, gdzie kibic Legii mógł złapać się za głowę ze strachu? Właściwie zero.
Dlatego jeśli już mamy się czegoś czepiać w tej Legii, to na pewno nie defensywy. W ostatnich meczach to jest jeden z nielicznych elementów, który po prostu funkcjonuje i co najważniejsze nie zawodzi.
4. Halo, halo tu SFG
W ostatnich pięciu meczach Legia straciła trzy bramki. Ile z nich po rzutach rożnych? Wszystkie. Każda jedna. To już nie jest przypadek - to jest systemowa katastrofa.
Legia od miesięcy, a właściwie od lat, nie potrafi bronić stałych fragmentów gry i nic się w tym temacie nie zmienia. Można zmieniać trenerów, ustawienia, nazwiska - efekt wciąż jest ten sam: chaos i stracone gole.

Spójrzmy na sytuację z Górnikiem Zabrze. W polu karnym sześciu zawodników rywala, przy nich praktycznie jeden gracz Legii, reszta cofnięta pod samą bramkę. I co robią legioniści? Zamiast kontrolować przeciwników wcześniej, ruszają do nich dopiero w momencie wykonania rożnego. Czyli dokładnie wtedy, kiedy jest już za późno.
Efekt? Reca odpuszcza Bochniewicza, ten bez większego problemu wygrywa pojedynek z Jędrzejczykiem i mamy wyrównanie. Proste, przewidywalne i co najgorsze powtarzalne.
Ile razy jeszcze można tracić takie same bramki? Bo to już nie jest „błąd w kryciu”, tylko brak jakichkolwiek podstaw w bronieniu tego elementu gry.
Do tego dochodzi absurd całej sytuacji - gramy dłużej przez kompletnie niepotrzebne „zarządzanie czasem”, czyli udawaną kontuzję bramkarza. Kilkanaście sekund „ugrane”, po czym tracimy bramkę. Ironia losu, ale też idealne podsumowanie tej drużyny: kombinowanie tam, gdzie trzeba po prostu zrobić swoje.
I właśnie przez takie momenty Legia zamiast wygrywać mecze, regularnie oddaje punkty.
5. Niewykorzystana szansa
Pod nieobecność Wahana Biczachczjana, spowodowaną kontuzją, szansę od pierwszych minut otrzymał Wojciech Urbański. I nie był to dobry występ w jego wykonaniu.
Tak naprawdę zapamiętać go można głównie z jednej akcji w drugiej połowie, kiedy ruszył na bramkę Górnika Zabrze i dograł w pole karne, gdzie strzał Damiana Szymańskiego został zablokowany przez defensora. I to by było na tyle konkretów.
Dziesięć strat, przy zaledwie 16 podaniach (z czego tylko dwa niecelne), pokazuje coś zupełnie innego niż dokładność - pokazuje, jak rzadko był pod grą. A od zawodnika na tej pozycji trzeba wymagać znacznie więcej. To on powinien być pod piłką, brać ciężar rozegrania na siebie, szukać rozwiązań, a nie znikać na długie fragmenty meczu.
I tu pojawia się większy problem, bo alternatywy wcale nie wyglądają lepiej. Kacper Urbański również zawodzi, mimo że to akurat on wywalczył rzut karny. Efekt jest taki, że Legia nie ma dziś realnej jakości na tej pozycji, a młodzi zawodnicy - zamiast dostawać regularne minuty i się rozwijać - sprawiają wrażenie, jakby ich rola kończyła się na byciu opcją „na wszelki wypadek”.
Dlatego jestem bardzo ciekawy, na kogo postawi trener Marek Papszun w kolejnym meczu z Zagłębiem Lubin - bo na dziś to bardziej wybór mniejszego zła niż realna, jakościowa decyzja.
Kamil Dumała
