Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Pogonią Szczecin

sobota, 29 marca 2025 21:05
Punkty po meczu z Pogonią Szczecin
fot. Piotr Galas / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com

Trzeci raz z rzędu stracone punkty; podzielili się połówkami; tylko dośrodkowania z prawej strony; mały plus; z przymrużeniem oka - to najważniejsze punkty po piątkowym meczu Legii Warszawa z Pogonią Szczecin, w którym padł bezbramkowy remis.

1. Trzeci raz z rzędu stracone punkty
To, że Legia w lidze nie gra już o nic, wiemy od dawna. Tak naprawdę zawodnicy walczą o to, by nowy dyrektor sportowy wciąż miał ich w planach na przyszły sezon, zamiast kazać im szukać nowych klubów. Patrząc na piątkowe „widowisko”, można odnieść wrażenie, że może trzech graczy powinno zostać, a reszta powinna już rozglądać się za nowymi miejscami pracy.



Mecz nie stał na wysokim poziomie, zwłaszcza w drugiej połowie. Większość kibiców i obserwatorów nerwowo spoglądała na zegar, licząc, że czas przyspieszy i spotkanie wreszcie się zakończy. Po raz kolejny Legia straciła punkty, ale bądźmy szczerzy – ten mecz mógł potoczyć się w dwie strony. Tak naprawdę zarówno my, jak i Pogoń mogliśmy sięgnąć po zwycięstwo. Remis wydaje się sprawiedliwy.


Trzeba przyznać, że obie ekipy dograły ten mecz, bo musiały. Myślami były już gdzie indziej – skupieni na zbliżających się półfinałach Pucharu Polski. Nic dziwnego, że nie forsowali tempa. W ostatnich tygodniach grali co chwila, bez chwili wytchnienia, więc nogi były bardzo ciężkie, a te sześć dni odpoczynku to nic, jak widać po „wyczynach” naszych milusińskich.


2. Podzielili się połówkami
Obie ekipy równo podzieliły się połówkami i dobrą grą w nich. W pierwszej – choć nie przez pełne 45 minut – dominowała Legia, natomiast w drugiej, również niecałej, przewagę miała Pogoń. Pierwsze 30 minut z pewnością można zapisać na plus stołecznej drużyny. Zabrakło jednak skuteczności, zwłaszcza Marc Gual (a to nowość!) i Morishita nie radzili sobie pod bramką rywala. Legia była dobrze zorganizowana w defensywie i skutecznie blokowała atuty „Portowców”, nie dopuszczając ich do żadnych sytuacji podbramkowych. Rozwinąć skrzydeł nie mogli ani Kurzawa, ani Grosicki, ani Kouloúris. Tak naprawdę tylko dzięki nieskuteczności graczy Legii oraz świetnej postawie Valentina Cojocaru goście nie schodzili na przerwę z co najmniej dwubramkową stratą.


Zespół trenera Roberta Kolendowicza obudził się pod koniec pierwszej połowy i dominował praktycznie przez całą drugą. Po przerwie Legia znów przypominała siebie z ostatnich tygodni – bez pomysłu na grę, bez schematów, bez zaangażowania i woli walki. Podopieczni Gonçalo Feio przeszli tę drugą połowę, a momentami wręcz ją przeczłapali, tworząc zaledwie jedną czy dwie groźne sytuacje podbramkowe. To Pogoń przejęła inicjatywę i wyglądała na drużynę lepiej przygotowaną fizycznie – sprawiała wrażenie świeższej od graczy z Warszawy.


Nie można pominąć też faktu, że kolejny trener bez większego problemu rozszyfrował Legię i po raz kolejny po przerwie zniwelowano jej wszelkie atuty. Morishita stracił aktywność, Wszołek skupił się głównie na defensywie, a Gual był kompletnie niewidoczny, jakby nie było go na boisku. Zmiany nie wniosły niczego nowego, ale to żadna niespodzianka – Biczachczjan od dawna jest na murawie, a niewiele daje drużynie, a Urbański może i próbował, ale częściej tracił piłkę, niż wnosił coś pozytywnego do gry. Trudno też ocenić występ Szkurina – przez ponad dziesięć minut nie miał okazji, by pokazać cokolwiek konkretnego.


3. Tylko dośrodkowania z prawej strony
Liczyłem, że gdy Legia będzie miała trochę czasu na treningi, na dopracowanie pewnych rozwiązań zarówno w defensywie, jak i ofensywie oraz przy stałych fragmentach gry, to ujrzymy inną drużynę – taką, która będzie wiedziała, jak w ataku zagrać inaczej i zaskoczyć rywala. I cóż… tego nie było widać. Jeśli Legia stwarzała sytuacje, to głównie po dośrodkowaniach z prawej strony boiska. Jedynym elementem, który faktycznie mógł zaskoczyć, była błyskawiczna reakcja Tobiasza – już w pierwszych minutach posłał długą piłkę do Marca Guala, ale Hiszpan przestraszył się wychodzącego bramkarza Pogoni.


Kolejne akcje były przewidywalne – graliśmy to, co często daje nam gole i punkty, czyli szukanie bocznych sektorów boiska oraz próbę dośrodkowań lub podań w pole karne. Tak było choćby w dwóch sytuacjach, kiedy Kacper Chodyna dograł piłkę do Morishity, ale Japończyk miał fatalnie ustawiony celownik. Gdy Chodynę zastąpił Biczachczjan, zmieniło się jedynie to, że dośrodkowań zabrakło, a były gracz Pogoni mylił koszulki i często podawał do rywali.


fot. Mishka / Legionisci.com
fot. Mishka / Legionisci.com


Legia jest przewidywalna i statyczna w kreowaniu akcji. Brakuje elementu zaskoczenia, a jeśli już się pojawia, to głównie za sprawą indywidualnych przebłysków Kapustki, Wszołka czy Elitima. Ale bądźmy szczerzy – te błyski nie działają jak światełka na stadionie Legii. Bardziej przypominają stare lampki na choince – raz świecą, raz nie.


4. Mały plus
Jeśli miałbym szukać plusów w naszym zespole, to obok dobrze spisującego się Kacpra Tobiasza na pierwszym miejscu wymieniłbym Pawła Wszołka. Prawy obrońca Legii jest jednym z nielicznych zawodników, którzy utrzymują równą formę od kilku meczów, zamiast popadać w sinusoidę wzlotów i upadków.


Trzeba powiedzieć wprost – Wszołek świetnie poradził sobie z Kamilem Grosickim, który tym razem nie był najjaśniejszym punktem swojego zespołu. W pierwszej połowie dynamiczny pomocnik Pogoni grał po stronie Vinagre i to właśnie tam od czasu do czasu potrafił stworzyć zagrożenie. Portugalczyk często gubił krycie i miał problemy z szybkim rywalem. Sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej, gdy Grosicki przeniósł się na stronę Wszołka. Legionista nie tylko dobrze wyglądał pod względem motorycznym, ale także fizycznym – umiejętnie wykorzystywał przewagę siłową, co dawało mu wyraźną przewagę w pojedynkach.


Dobrze się go oglądało, bo był jednym z niewielu pozytywów w tym spotkaniu. O Wszołka można mieć najmniej pretensji zarówno za piątkowy mecz, jak i za wiele poprzednich.


Heatmapa występu Pawła Wszołka źr. Sofascore

fot. Sofascore
fot. Sofascore


5. Z przymrużeniem oka
Na sam koniec – trochę szyderczo (i mam nadzieję, że się za to nie obrazicie) – chciałbym wam pokazać jedną sytuację, która moim zdaniem jest kwintesencją tej rundy Ekstraklasy w wykonaniu Legii. Miała ona miejsce w 50. minucie meczu.


fot. Mishka / Legionisci.com
fot. Mishka / Legionisci.com


Morishita zagrywa prostopadle do Kacpra Chodyny, który wychodzi sam na sam z Cojocaru, próbuje uderzyć na bramkę… ale nie trafia w piłkę, niemal wywracając się o własne nogi. Ostatecznie dochodzi jednak do futbolówki, wystawia ją Marcowi Gualowi i dzieje się to, co dzieje się zwykle – Hiszpan przyjmuje piłkę zamiast uderzyć z pierwszej, a chwilę później… uwaga, uwaga – zostaje zablokowany przez rywala. Cała akcja natomiast kończy się odgwizdaniem spalonego.


Tego typu sytuacji, w których zawodnicy nie trafiali w piłkę, a Gual był blokowany, było w tym sezonie mnóstwo, zwłaszcza wiosną. Legia – niechlujna, bez ambicji, człapiąca po boisku, byle tylko dotrwać do końcowego gwizdka sędziego.


Kamil Dumała

Udostępnij