Wiara nic nie dała; w 1. połowie dawali radę; przepaść; problemy z kryciem; młody nie pękał na robocie; mało momentów - to najważniejsze punkty po meczu Legii Warszawa z Chelsea w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Konferencji. Zespół z Londynu wygrał 3-0.
Punkty po meczu z Chelsea
1. Wiara nic nie dała
Wierzyłem, podobnie jak część kibiców, że może to będzie ten nasz dzień — dzień, w którym uda się zremisować, a może nawet pokonać o wiele silniejszego rywala. Niestety sama wiara nie wystarczyła, bo jeśli spojrzeć na cały mecz, to było to spotkanie bata z gołym tyłkiem.
Chelsea w pierwszej połowie nie grała na najwyższych obrotach, a i tak dominowała na boisku. Gdy tylko przyspieszyła tempo, legioniści wyglądali, jakby kręcili się na karuzeli – chwilami nie wiedzieli, czy są jeszcze na murawie, czy już w jakimś programie szkoleniowym dla początkujących adeptów piłki nożnej.
Zabrakło motywacji, ambicji oraz zwykłej walki i zaangażowania – szczególnie po przerwie. Bo naprawdę trudno mieć jakiekolwiek pretensje do zawodników trenera Gonçalo Feio za pierwszą połowę. Wręcz przeciwnie – należy ich za nią pochwalić i pokazywać tę część meczu jako wzór organizacji gry defensywnej.
Niestety, druga połowa to już była typowa konfrontacja zespołu z Ekstraklasy z drużyną aspirującą do gry w Lidze Mistrzów – jednej z tych z top 5 lig europejskich.
2. W 1. połowie dawali radę
Za pierwszą połowę należy pochwalić cały zespół Legii. To, jak zawodnicy przesuwali się na murawie i w jaki sposób niwelowali najmocniejsze atuty rywala, zasługuje na brawa. Bardzo dobrze funkcjonował cały blok defensywny – zarówno Kapuadi, jak i Vinagre nie zapędzali się zbytnio do ofensywy, dzięki czemu nie tworzyły się luki w obronie. Choć momentami widzieliśmy Portugalczyka w środkowej strefie, to zawsze miał wsparcie kolegów z pomocy, co – niestety – w tym sezonie zdarzało się wyjątkowo rzadko.
Ciekawie wyglądała także wymienność pozycji między Vinagre a Wszołkiem, a co najważniejsze – obaj radzili sobie na przeciwległych flankach. Szczególnie Paweł Wszołek kilkukrotnie pokazał się z bardzo dobrej strony, imponując siłą fizyczną w starciach z rywalami.
Ogromną wartość wnosiły również powroty Augustyniaka, który często pełnił rolę trzeciego stopera. To ustawienie sprawiało, że Chelsea miała niewiele możliwości rozegrania piłki przez środek pola – tam, gdzie zazwyczaj rządzi Palmer. Tym razem wydawało się, że najgroźniejszym zawodnikiem był Kiernan Dewsbury-Hall, który oddał bardzo groźny strzał sprzed pola karnego – znakomicie obroniony przez Tobiasza.
Niestety, w drugiej połowie wszystko się posypało.
3. Przepaść
Druga połowa to już była przepaść w umiejętnościach między obiema drużynami. Legia ponownie popełniła indywidualne błędy, które wpłynęły na końcowy wynik, ale bądźmy szczerzy – nawet bez nich bardzo trudno byłoby wywalczyć korzystny rezultat. Różnica klas między zawodnikami Chelsea a Legii była ogromna. I nie chodzi tu tylko o fizyczność, choć nasi piłkarze (z jednym wyjątkiem!) odbijali się momentami od rywali jak od ściany.
Ta przepaść wynikała przede wszystkim z innych aspektów. Chelsea grała po prostu w inną dyscyplinę sportu. Kierunkowe przyjęcia, technika, ruch bez piłki, podania, dośrodkowania, gra z pierwszej piłki – to był po prostu kosmos. U nas najczęściej kończyło się na dwóch podaniach i stracie piłki. Nie boję się powiedzieć, że Chelsea to była najlepsza drużyna od czasów Realu Madryt, z jaką mierzyła się Legia Warszawa.
Mam wrażenie, że legioniści podeszli do tego spotkania zbyt bojaźliwie. Uważam, że w ofensywie mogli dać z siebie trochę więcej – nawet jeśli wynik nie byłby inny, to postawa mogłaby wyglądać lepiej. Warto się zastanowić, czy Legia w obecnym kształcie w ogóle ma potencjał, by rywalizować z takimi zespołami, albo chociaż próbować zbliżyć się do tego poziomu.
Tylko że, powiedzmy to wprost – żeby w ogóle myśleć o takim rozwoju, w klubie potrzeba zmian. I to wielu zmian, na wielu płaszczyznach. Nie tylko w pierwszym zespole.
4. Problemy z kryciem
Legia ma problem z kryciem w defensywie! Szok i niedowierzanie. A tak serio – to kolejny mecz, w którym nasi obrońcy, albo po prostu zawodnicy znajdujący się akurat w defensywie, nie potrafią skutecznie przeciwstawić się rywalom. Trzeba przyznać, że wejście Noniego Madueke sporo zmieniło w zespole gości. I to właśnie z jego upilnowaniem legioniści mieli największy problem. Spójrzmy na dwie kluczowe sytuacje bramkowe.

Na pierwszym screenie zaznaczyłem dwóch graczy – Steva Kapuadiego i Juergena Elitima – którzy, obok Kacpra Tobiasza, odegrali kluczową (niestety negatywną) rolę w tej akcji. Oczywiście, nasz bramkarz popełnił poważny błąd, zagrywając piłkę prosto pod nogi przeciwnika, co doprowadziło do kontry. Ale również dwaj zawodnicy z pola nie stanęli na wysokości zadania. Elitim nie zareagował na ruch Madueke, choć widział go cały czas przed sobą. Kapuadi natomiast zamiast kontrolować napastnika, bardziej skupił się na piłce i Nkunku, przez co zupełnie stracił rywala z oczu.

Przy trzeciej bramce Patryk Kun dał Jadonowi Sancho zbyt dużo miejsca i czasu na dośrodkowanie – to już pierwszy błąd. Ale popatrzmy też na ustawienie Kapuadiego i Rúbena Vinagre. Obaj są zwróceni w kierunku piłki, lecz żaden z nich nie blokuje wbiegającego między nich Madueke. I tu większe pretensje mam do Portugalczyka – miał rywala przed sobą, widział go, a mimo to pozwolił mu dojść do piłki i oddać strzał. W takim momencie nie ma miejsca na chwilę zawahania – to są sytuacje, które kończą się golem, jeśli nie reagujesz natychmiast.
5. Młody nie pękał na robocie
Jeśli miałbym wskazać kogokolwiek, kto zasłużył na plus w tym meczu, to bez wahania postawiłbym na Maximilliana Oyedele. Młody pomocnik sprawiał wrażenie, jakby jako jeden z nielicznych naprawdę wiedział, na czym polega ta gra. Nie odstawał od rywali ani pod względem fizycznym, ani – co jeszcze ważniejsze – mentalnym. Zaliczył kilka kluczowych odbiorów, nie pękał, gdy podbiegał do niego dobrze zbudowany zawodnik Chelsea.
Co więcej, był jednym z nielicznych legionistów, którzy choć raz próbowali coś wykreować w ofensywie. To właśnie Oyedele podał prostopadle do Morishity w jednej z nielicznych groźnych akcji, niestety zakończonej strzałem obok bramki.
Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony, że ten młody pomocnik nie dostawał więcej szans w ostatnich meczach. Widać, że to zawodnik, na którym można budować – i który w przyszłości może dać tej drużynie znacznie więcej niż obecni gracze na pozycji numer „6”.
Podania / celne: 15 / 11 (73%)
Kluczowe podania: 1
Pojedynki / wygrane: 11 / 8
Utracone posiadanie: 7
Przechwyty: 3
Wszystkie odbiory: 8
6. Mało momentów
Do Legii można mieć mniejsze lub większe pretensje po tym meczu, ale chciałbym zwrócić uwagę na coś innego – czegoś mi w tym spotkaniu po prostu brakowało. Chodzi mi o te małe momenty w grze, które zostają w pamięci kibica. Takie, które po kilku tygodniach można wspomnieć przy okazji: „A pamiętacie, jak w meczu z Chelsea Chodyna pognał prawą stroną i po jego dośrodkowaniu Augustyniak groźnie główkował?”
W poprzednich starciach z mocniejszymi rywalami Legia nie była aż tak bojaźliwa i nie podchodziła do przeciwnika z tak przesadnym respektem. Przypomnijmy sobie mecze z Aston Villą, Leicester czy Betisem – tam takie momenty były. I wielu kibiców je do dziś pamięta. Choćby to świetne wejście Kastratiego z Leicester – zawodnika, który później całkowicie zagubił się w Warszawie, ale wtedy miał swój błysk, swój moment.
W spotkaniu z Chelsea tego zabrakło. Ktoś powie: „Ale przecież Chelsea to nie Leicester czy Betis”, i okej – to prawda. Ale to wciąż rywale, którzy przyjeżdżali na Łazienkowską jako zdecydowani faworyci. A mimo to wtedy Legia nie była aż tak stłamszona, nie rezygnowała z próby pokazania swojej gry, swojej tożsamości. Tym razem – niestety – wyglądało to inaczej. Jakbyśmy nawet nie próbowali złapać oddechu.
Kamil Dumała
