Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu rewanżowym z FK Aktobe

sobota, 19 lipca 2025 09:50
Punkty po meczu rewanżowym z FK Aktobe
Juergen Elitim - fot. Woytek / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com

Zadanie wykonane; brak spokoju; sens bez sensu; napastnik; zaczyna wracać - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu rewanżowym Legii z FK Aktobe, w którym legioniści wygrali 1-0.

1. Zadanie wykonane
Po niedzielnym meczu Legii z Lechem Poznań w Superpucharze Polski apetyty kibiców na lepszą grę zespołu wyraźnie wzrosły. Można było oczekiwać, że legioniści zaprezentują się znacznie lepiej niż w pierwszym spotkaniu z FK Aktobe. Niestety, „Wojskowi” znów wrócili do swoich „ustawień fabrycznych” i rozegrali koszmarny mecz, który momentami trudno było oglądać.



Podopieczni trenera Edwarda Iordanescu sprawiali wrażenie, jakby nie mieli konkretnego pomysłu na sforsowanie defensywy gospodarzy. Zamiast przemyślanej gry i realizowania założeń taktycznych, częściej można było dostrzec nerwowość i chaos. Panował tam raczej strach i desperacja — piłkę trzeba było jak najszybciej oddalić sprzed własnego pola karnego, by tylko nie doszło do straty gola.


Rozumiem, że to spotkanie miało ogromne znaczenie w kontekście kolejnych rund eliminacji, bo w przypadku porażki Legia prawdopodobnie nie poradziłaby sobie ze Spartą Praga. Tymczasem, przy ewentualnej wpadce Baníka Ostrawa, wciąż może liczyć na rozstawienie w 3. i 4. rundzie eliminacji Ligi Konferencji.
Mimo wszystko od Legii — szczególnie przy tak doświadczonej kadrze — należy wymagać znacznie więcej. Szczęście w końcu może się skończyć, a liczenie na przypadkowe awanse nie zawsze będzie skuteczne.


2. Brak spokoju
Legia miała wiele braków w rewanżowym spotkaniu w Kazachstanie, jednak najbardziej rzucał się w oczy brak spokoju. W wielu sytuacjach aż prosiło się, żeby uszanować piłkę – rozegrać ją, wymienić kilka podań, zwolnić tempo gry. Zamiast tego ci zawodnicy, którzy powinni odpowiadać za uspokajanie gry, bezrefleksyjnie wybijali piłkę na oślep, byle dalej od własnego pola karnego.


Ani Pankov, ani Kapuadi, Kapustka czy Augustyniak nie wykazali choćby odrobiny inicjatywy, by przejąć kontrolę nad tempem meczu i zmusić gospodarzy do biegania za piłką. Legia nie jest przyzwyczajona do takich warunków atmosferycznych, jakie panowały w Kazachstanie, więc tym bardziej logiczne byłoby dążenie do uspokojenia gry i utrzymania piłki przy nodze – zamiast za każdym razem gonić za nią po niecelnym wybiciu.


fot. TVP Sport
fot. TVP Sport


Wiele przykładów można by przytoczyć, ale wystarczy jeden – z 83. minuty. Po rzucie rożnym dla Legii piłka została wybita w okolice środka boiska. Bartosz Kapustka, nieatakowany przez nikogo, miał idealną okazję, by przyjąć piłkę i spróbować zbudować groźną akcję. Tymczasem, zamiast pomyśleć i rozegrać, zdecydował się na wybicie piłki w aut – bezsensownie, bez presji, bez pomysłu. Takie zachowanie, niestety, było w tym meczu regułą: zamiast spokoju – chaos. I to Legia sama ten chaos wprowadzała we własne szeregi.


3. Sens bez sensu


Jeśli Legia w ogóle próbowała atakować, to głównie poprzez grę skrzydłami – piłki kierowano do Biczachczjana, Wszołka lub na lewą stronę, głównie do Kuna. I właśnie tutaj pojawia się pewien problem.


Sam pomysł zagrywania piłek za linię obrony do Patryka Kuna nie jest zły – wręcz przeciwnie, to może być skuteczna broń. Jeśli zagranie trafia na dobieg, Kun ma szansę wykorzystać swoją szybkość i nie jest od razu skazany na porażkę. Niestety, większość tych „świec” była kierowana tak, by Kun musiał walczyć o piłkę w pojedynkach powietrznych (!). Trudno zrozumieć, dlaczego nikt z trenerów lub zawodników nie zareagował wcześniej, zwłaszcza że Aktobe przesunęło na stronę Kuna dobrze zbudowanego Daniela Sosaha, który dominował w powietrzu.


fot. TVP Sport
fot. TVP Sport


To ustawienie zdawało egzamin – Kun, choć ambitny, nie jest Supermanem i nie ma warunków fizycznych, by regularnie wygrywać pojedynki główkowe z silnymi rywalami. Takie zagrania miałyby sens tylko wtedy, gdyby były kierowane za linię obrony, by Kun mógł wykorzystać przewagę szybkości. W obecnej formie – były po prostu bezużyteczne i skazane na niepowodzenie.


4. Napastnik
Szansę od pierwszych minut w rewanżowym meczu z FK Aktobe otrzymał Marc Gual. Niestety, był to kolejny słaby występ Hiszpana, którego zachowania coraz trudniej zrozumieć. Kilkukrotnie zdarzyło mu się stracić piłkę w środkowej strefie boiska lub w ofensywie – i owszem, to może przydarzyć się każdemu. Problem w tym, że kiedy znajdował się blisko rywala i miał realną szansę na jej odzyskanie, zamiast ruszyć do walki, wdawał się w dyskusje, rozkładał ręce, gestykulował… wszystko, tylko nie próbował naprawić własnego błędu.


Nie oczekuję cudów, ale coraz trudniej jest mi zrozumieć grę Guala. Mam wrażenie, że często rozgrywa w głowie zupełnie inny mecz, jakby był oderwany od rzeczywistości, w której na boisku znajduje się jeszcze 21 innych zawodników.


W pewnym momencie złapałem się na tym, że z niecierpliwością czekam na wejście Nsame, bo brakowało nam kogoś, kto potrafi przytrzymać piłkę z przodu, uspokoić grę i powalczyć w pojedynkach powietrznych. I o dziwo – kiedy Nsame pojawił się na murawie – faktycznie spełniał te zadania. Wygrał większość główek, umiał utrzymać się przy piłce, dał drużynie oddech.


Jasne, Nsame nie jest wybitną postacią w Legii, a fragmentów jego gry, za które można go pochwalić, jest niewiele. Ale jeśli w tak ważnym meczu daje zespołowi więcej niż Gual, to może Hiszpan powinien wreszcie poważnie zastanowić się nad swoją postawą. Może to już czas, by uderzyć się w pierś i zacząć naprawdę grać, zamiast mieć ciągłe pretensje do całego świata.


5. Zaczyna wracać
Na koniec – zasłużona pochwała. Choć wiadomo, że Juergen Elitim był jednym z lepszych zawodników Legii w tym meczu, to właśnie dzięki Kacprowi Tobiaszowi mogliśmy w ogóle myśleć o awansie do kolejnej fazy eliminacji Ligi Europy. To „Tobi” kilkukrotnie ratował zespół po strzałach rywali, zwłaszcza wtedy, gdy nasza defensywa kompletnie zasypiała. Szczególnie dwie interwencje pod koniec spotkania stały na naprawdę wysokim poziomie.


Widać, że Tobiasz z meczu na mecz zyskuje pewność siebie i prezentuje coraz lepszą formę. Coraz śmielej wychodzi do dośrodkowań, nie stoi biernie na linii, asekuruje obrońców, trafnie ocenia sytuacje – wie, kiedy opuścić pole karne, a kiedy zostać i zabezpieczyć przestrzeń. Widać, że oczyścił głowę i ma wreszcie jasność co do swojej pozycji w drużynie. Jest „jedynką” i czuje to – a to przekłada się na jego grę.


Powoli wraca stary, dobry Tobiasz z pierwszego sezonu, w którym nie był po prostu bramkarzem Legii, ale jednym z kluczowych graczy, który realnie wpływał na wyniki i często ratował zespół przed stratą bramki. Oby tak dalej!


Kamil Dumała

Udostępnij