Blamaż; zbyt wierni sobie; nie ma Elitima nie ma granka; nie na swoich pozycjach; w gazie - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu Legii z AEK Larnaka, w którym legioniści przegrali 1-4.
Punkty po meczu z AEK Larnaka
1. Blamaż
Bądźmy szczerzy — ten wynik i sam mecz w wykonaniu Legii to wstyd i kompromitacja, a mówiąc nieco łagodniej — blamaż. Odnoszę wrażenie, że zlekceważono zespół z Cypru, bo przecież grają tam tacy zawodnicy jak Karol Angielski czy niedawno pozyskany Kewin Komar. Okazało się jednak, że to złudne przeświadczenie, bo Larnaka to wcale nie są „ogórki”, o czym boleśnie przekonała się Legia.
Oczywiście pogoda miała na to pewien wpływ (do tego jeszcze wrócę), ale po takich porażkach powinniśmy wreszcie przestać ciągle szukać wymówek. Winę ponoszą piłkarze, trener (o nim również później) oraz osoby decyzyjne w klubie. Myślenie, że obecna kadra, dodatkowo osłabiona, będzie bez problemów ogrywać każdego rywala, jest błędne.
Odejście Oyedele i Luquinhasa? To jak wykręcenie żarówki w pokoju — niby można żyć, ale robi się ciemno. Zaraz odchodzi Jan Ziółkowski, wzmocnień brak, a każdy w klubie wiedział, że te eliminacje będą jak bieg przez płotki. I co zrobiono? Usunięto bieżnię, zostawiono same płotki.
Wiadomo od dawna, że ta kadra nie jest przygotowana do gry co trzy dni i jednoczesnego osiągania dobrych wyników. Rezerwowym składem straciliśmy dwa punkty z Arką, a teraz — praktycznie w najmocniejszym zestawieniu — mocno ograniczyliśmy swoje szanse na awans do IV rundy eliminacji Ligi Europy i zapewnienie sobie spokoju w kontekście gry w fazie grupowej pucharów.
Oczywiście, nie jest niemożliwe, aby odrobić straty w meczu rewanżowym z zespołem z Cypru — w piłce działy się większe cuda. Jeśli jednak tak się stanie, to będzie to raczej efekt większej ilości szczęścia, niż przemyślanych działań ludzi odpowiedzialnych za obecny stan warszawskiej drużyny.
2. Zbyt wierni sobie
Czwartkowy mecz Legii był jak deja vu z zeszłego sezonu, za czasów Gonçalo Feio. Pamiętacie Lecha Poznań? Do przerwy remis, a potem kilka szybkich gongów i jedna z najwyższych porażek z odwiecznym rywalem. Dlaczego? Bo „Wojskowi” zamiast ustawić się z tyłu i przeczekać, ruszyli jak husaria… bez koni. Byli wierni swojemu stylowi, który w teorii miał „przynosić efekty”, a w praktyce był jak podpisanie kontraktu na własną egzekucję.
Z Larnaką dostaliśmy dokładnie ten sam film, tylko w nowej scenerii. Już pod koniec pierwszej połowy było widać, że kilku graczy oddycha rękawami. Normalna drużyna w takim momencie zwalnia, łapie piłkę, uspokaja grę. Ale Legia? Nie. Legia szła w atak tak, jakby od tego zależało przyznanie Oscara za „najwierniejszą rekonstrukcję taktyki bez planu B”.
Efekt? Druga połowa to festiwal ciosów od rywala, który grał jak doświadczony bokser — pozwalał nam się wyszumieć, a potem bił w punkt. I tak, wiem, że łatwo się to pisze po meczu, ale właśnie po to jest trener, żeby przewidywać takie scenariusze. Jeśli wiadomo, że na Cyprze w sierpniu jest gorąco jak w piekarniku, to może nie warto piec własnej drużyny w 200 stopniach pressingiem od pierwszej do ostatniej minuty.
Szanse były w pierwszej połowie. Nie wykorzystaliśmy ich. W drugiej trzeba było oszczędzać siły, bo nawet Wszołek, jeden z najbardziej wybieganych w lidze, wyglądał jakby przebiegł maraton… w zbroi rycerskiej. Ale nie — „styl” był ważniejszy. Szkoda tylko, że ten styl przypominał bardziej rzucanie się z gołymi pięściami na ścianę. Remis, a nawet minimalna porażka w takich warunkach, zostawiłaby pole do odwrócenia losów rywalizacji w rewanżu. Teraz zostaje liczyć, że w Warszawie stanie się cud.
3. Nie ma Elitima, nie ma granka
Możemy stawiać w środku pola na Augustyniaka, Kapustkę, Urbańskiego, Gonçalvesa i jeszcze kilku innych, ale bez Elitima ta drużyna po prostu nie ma gry. To zawodnik o cechach idealnej „ósemki” box-to-box — widzimy go zarówno pod własnym polem karnym, gdzie wspiera „szóstkę” w defensywie, jak i pod bramką rywala, gdzie daje wsparcie ofensywnie nastawionym kolegom. I właśnie kogoś takiego w Legii dziś brakuje.
Augustyniak? Wiecznie zagubiony i spóźniony, jakby biegał z opóźnionym GPS-em. Kapustka? Potrafi zagrać świetną piłkę, ale równie często oddaje ją rywalowi, a te gorsze momenty zdarzają mu się zdecydowanie zbyt często. Gonçalves? Ma przebłyski, ale potrzebuje wokół siebie poukładanych, inteligentnych partnerów, którzy zdejmą z niego część obowiązków i dadzą więcej swobody.

Właśnie przez środek pola Legia w Larnace tonęła. Pomocnicy nie wspierali obrońców, tylko na hurra szli do przodu, zostawiając za plecami puste autostrady. Efekt? Gospodarze mieli przewagę i ogromne „leje” między formacjami. W sytuacji ze screena wyżej, Rafał Augustyniak powinien już być przy rywalu, a nie dopiero wracać z połowy przeciwnika.
Larnaka wcale nie musiała się specjalnie wysilać — wystarczyły dwa, trzy podania i byli pod naszym polem karnym. Dlaczego? Bo nasi pomocnicy nie tylko mieli problem z utrzymaniem pozycji, ale przede wszystkim nie potrafili asekurować kolegów. W środku pola panował chaos, a to w piłce zawsze kończy się tak samo — stratą goli i nerwową gonitwą za wynikiem.
4. Nie na swoich pozycjach
To, co w tym meczu przerażało najbardziej — obok tracenia goli po własnych ofensywnych stałych fragmentach (!) — to chaos w ustawieniu. Zawodnicy Legii z uporem godnym lepszej sprawy biegali tam, gdzie akurat nie powinni, zostawiając Larnace hektary wolnej przestrzeni do rozegrania akcji.

Weźmy pierwszą bramkę. Jan Ziółkowski wychodzi za rywalem aż pod linię środkową, przegrywa pojedynek i zostawia po sobie krater w obronie. Nikt — absolutnie nikt — nie próbuje go załatać. Za to trzech (!) graczy stoi przy jednym podającym, jakby nagle wszyscy chcieli zostać jego ochroniarzami. Efekt? Spokojne podanie do kolegi i Legia patrzy na piłkę w swojej siatce.
Ile takich „zrywów bez głowy” było w tym meczu? Za dużo. Przy kontrze zakończonej golem Angielskiego, w samym środku obrony Legii stał… Augustyniak i lewy skrzydłowy Stojanović. Obrona była ustawiona tak, że można by ją wydrukować jako przykład w podręczniku pod tytułem ”Jak nie grać w defensywie”.
To nie jest kwestia braku ambicji. To jest brak podstawowego piłkarskiego instynktu: wiedzieć, kiedy trzeba przyspieszyć, a kiedy się cofnąć i zamknąć przestrzeń. Zamiast mądrego ustawienia i asekuracji, mamy szarżowanie na hurra, jakby wynik ustalało to, kto przebiegnie więcej metrów, a nie kto myśli na boisku.
5. W gazie
Na koniec jedna, jedyna pochwała - Jean-Pierre Nsame. Napastnik Legii jest w gazie i to naprawdę cieszy, bo w końcu robi to, co napastnik powinien robić: strzela bramki. Znów mu jednej nie uznano — a szkoda, bo popisał się świetnym wyczuciem i precyzyjnie wykorzystał wyjście bramkarza. Kilkanaście minut później dopiął jednak swego i głową wpakował piłkę do siatki już bez żadnych kontrowersji.
Nie sądziłem, że to napiszę, ale dziś utrata Nsame byłaby dla Legii poważniejszym ciosem, niż wielu chciałoby przyznać — zwłaszcza patrząc na dyspozycję reszty ofensywy. W końcówce na boisku zameldował się jeszcze Rajović… i ponownie niczym szczególnym się nie wyróżnił. No, chyba że liczymy „odblokowanie się” — tyle że w niewłaściwą stronę.
Kamil Dumała
