Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Relacja z trybun: Męczarnie w upalnej Larnace

sobota, 9 sierpnia 2025 13:28
Relacja z trybun: Męczarnie w upalnej Larnace
Legioniści w Larnace - fot. Mishka / Legionisci.com
Legionisci.com
BodziachLegionisci.com

Ostatni raz na Cyprze byliśmy pod koniec listopada ubiegłego roku. Wówczas – mimo zakazu wyjazdowego – poleciało nas ponad 700 osób, choć meczu z Omonią Nikozja i tak nie było nam dane obejrzeć. Wtedy jednak na zakup biletów lotniczych mieliśmy znacznie więcej czasu niż teraz. Po pokonaniu Baníka Ostrawa wyjazd do Larnaki mieliśmy zaplanowany zaledwie na niespełna siedem dni później. Ceny były mocno wygórowane – trzeba się było liczyć z wydatkiem około 1,5 tysiąca złotych za bilety lotnicze w obie strony.



Po niezłym początku sezonu chyba zbyt mocno uwierzyliśmy w sportową siłę naszej drużyny. Przed rywalizacją z AEK-iem Larnaka panowało przekonanie, że – nieważne w jakim stylu – awans do kolejnej rundy Ligi Europy mamy praktycznie pewny. Być może dlatego większość z nas bardziej skupiała się na ogarnianiu lotów na kolejną rundę, do Göteborga lub Bergen, gdzie mielibyśmy zagrać w przypadku wyeliminowania Cypryjczyków.


Na Cyprze o tej porze roku panują ogromne upały – znacznie przyjemniej jest tam w listopadzie, o czym mieliśmy okazję się przekonać. Mimo to w sierpniu na Wyspę Afrodyty ściągają tłumy turystów. Tym razem przywitały nas temperatury sięgające około 34 stopni w cieniu, którego trudno było znaleźć. Woda w morzu była niemal gorąca, jednak naszym celem nie był wypoczynek na plaży, lecz kibicowska misja. Większość z nas dotarła na miejsce dzień przed meczem, a niektórzy – ograniczając urlop do minimum – wybrali loty w czwartek. Oprócz upałów w Larnace zaskoczył nas również strajk kierowców autobusów, który znacznie utrudnił poruszanie się zarówno po mieście, jak i z lotniska. W tej sytuacji pozostawały jedynie lokalne taksówki, które jednak koncentrowały się wyłącznie na kursach między lotniskiem a centrum, odmawiając realizacji innych zleceń.



W dniu meczu spotkaliśmy się o godzinie 18:00 przy głównej promenadzie w Larnace. Kilkanaście minut później wsiedliśmy do trzech podstawionych autokarów, które – w policyjnej eskorcie – zawiozły nas w stronę 8-tysięcznego stadionu AEK Arena, oddanego do użytku dziewięć lat temu. Na szczęście cypryjscy funkcjonariusze zachowywali się z dużym dystansem i nie stwarzali żadnych problemów. Przed wejściem na sektor przygotowano dla nas punkt, w którym można było kupić napoje oraz drobne przekąski. Ponieważ do rozpoczęcia meczu pozostawało jeszcze 45 minut, od razu przeszliśmy pod bramki. Wejście na trybuny przebiegało sprawnie, bez żadnych komplikacji. Nasza 155-osobowa grupa zajęła miejsca na trybunie za bramką, położonej zaledwie dwa metry od linii końcowej boiska. W sektorze zawisła jedna flaga – „Legia Fans”.


Nasz doping w pierwszej połowie był mocno szarpany, z częstymi przerwami. Ze względu na brak bębnów, dominowały krótsze pieśni i okrzyki. Ledwo sędzia rozpoczął spotkanie, a już mieliśmy powód do radości – po trafieniu Nsame cała nasza trybuna zrzuciła koszulki. W tym upale, choć słońce powoli chyliło się ku zachodowi, było to chyba najlepsze możliwe rozwiązanie. Niestetym po analizie VAR, gol został anulowany i to miejscowi mieli powody do radości.



Na trybunach tego dnia pojawiło się 4100 widzów. Liczba fanów za bramką była całkiem przyzwoita, choć tylko niewielka część stanowiła prawdziwy młyn, prowadzący regularny doping. Właściwe centrum znajdowało się po prawej stronie od flagi „1994”. Nad samą flagą – choć ubrani w jednakowe, czarne koszulki z motywem „Larnaka Guardians” – stali ludzie zupełnie niezainteresowani śpiewami. W młynie powiewało kilka flag na kijach, a niedługo później miejscowi również pozbyli się koszulek. Melodie, do których śpiewali, w większości były kopiami pieśni greckich – co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że trzon młyna tworzą Grecy, otwarcie inspirujący się Panathinaikosem. W samej Larnace nie brakuje zresztą grafów i tagów potwierdzających tę sympatię.


Wśród oflagowania AEK-u wyróżniały się przede wszystkim dwa większe płótna: „Larnaka Guardians” i „Larnaka Hardcore”, a także jedna flaga z hasłem pisanym greką. Jak na liczbę osób w młynie i brak zadaszenia, doping miejscowych stał na niezłym poziomie, szczególnie w drugiej połowie, gdy wynik im sprzyjał.Na pewno nie pomagał im fakt, że pozostałe trybuny w żaden sposób nie włączały się do śpiewów - z wyjątkiem jednej sytuacji, kiedy młyn zainicjował śpiewy na dwie strony – wtedy przez kilkadziesiąt sekund obie proste faktycznie się włączyły.


Naszym dopingiem tego dnia kierował Kamil, starając się zmobilizować wszystkich, by nie zważać na duchotę i zdzierać gardła ku chwale Legii Warszawa. Niestety, po tym jak sędzia anulował nam pierwszego gola (co w tym sezonie staje się plagą), w 16. minucie miejscowi wyszli na prowadzenie. Ich radość nie trwała jednak długo – ryknęliśmy „Hej Legio, jesteśmy z Wami!” i niespełna dwie minuty po wznowieniu gry legioniści wyrównali. Kilkakrotnie w trakcie meczu niosło się jeszcze „Hej Legio, jazda z k…mi!”. Do przerwy wynik już się nie zmienił, a remis w tamtym momencie można było brać w ciemno.


Po zmianie stron nasz doping był zdecydowanie lepszy, z mniejszą liczbą przerw, ale na boisku zaczęło się dziać coś odwrotnego. AEK szybko po wznowieniu gry wyszedł na prowadzenie. Wynik 1-2 oczywiście można by było odrobić w rewanżu... tyle, że gospodarze w końcówce strzelili jeszcze dwie bramki. I wydaje się, że jest już pozamiatane...



"Nie poddawaj się, ukochana ma..." - śpiewaliśmy po straconej bramce na 1-2. Zaśpiewaliśmy także - założywszy koszulki - hymn narodowy. Przy jednobramkowym prowadzeniu gospodarzy, cały czas wierzyliśmy w korzystny wynik, zachęcając piłkarzy do skutecznych ataków. "Legia walcząca do końca", czy "Legio, klubie Ty nasz, pokaż k... jak w piłkę grasz" - śpiewaliśmy. Na sam koniec chcieliśmy zostawić "Gdybym jeszcze raz...", ale nasz hit śpiewany bez bębnów i w takich okolicznościach (1-4), nie miał tego czegoś, co zazwyczaj wgniata w ziemię. W ostatnich minutach, po raz drugi tego dnia, śpiewaliśmy "Nie poddawaj się...".



Po końcowym gwizdku piłkarze podeszli pod nasz sektor. Ryknęliśmy w ich stronę tylko jedno, krótkie, ale wymowne hasło: „Walczyć, trenować, Warszawa musi panować!”. Chwilę później mogliśmy już opuszczać stadion – co w polskich realiach byłoby praktycznie niewyobrażalne. Po zaledwie kilku minutach cała nasza ekipa siedziała już w autokarach, które szybko ruszyły w stronę centrum Larnaki. Większość z nas opuszczała Cypr w piątek, choć nie brakowało takich, którzy wracają bezpośrednio na niedzielny mecz z GieKSą. Odpadnięcie z Ligi Europy byłoby do przełknięcia znacznie łatwiej, gdyby w 4. rundzie eliminacji Ligi Konferencji los zetknął nas z Partizanem. Problem w tym, że Serbowie u siebie przegrali z Hibernianem 0-2 i na ten moment najbardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym za półtora tygodnia lecimy do Edynburga. Chyba że jednak nasi piłkarze zdołają odrobić trzybramkową stratę z Larnaki... Zanim jednak przyjdzie nam rozegrać rewanż z Cypryjczykami, w niedzielny wieczór na Łazienkowskiej czeka nas ligowe starcie z GKS-em Katowice, na które wybiera się liczna grupa fanów z Górnego Śląska.


Frekwencja: 4102
Kibiców gości: 155
Flagi gości: 1


Autor: Bodziach


Udostępnij