Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Relacja z trybun: Nie było cudu nad Wisłą...

sobota, 16 sierpnia 2025 10:16 galeria
Relacja z trybun: Nie było cudu nad Wisłą...
fot. Michał Wyszyński
Legionisci.com
BodziachLegionisci.com

Po porażce Legii 1-4 w pierwszym meczu w Larnace, szanse na awans do kolejnej rundy Ligi Europy mocno zmalały. Wydaje się, że to właśnie niekorzystny rezultat, oczywiście w połączeniu z okresem urlopowym (szczególnie przed długim weekendem), sprawił, że tym razem bilety nie zostały wyprzedane na żadną z trybun. Ostatecznie na stadionie pojawiło się 23,7 tys. kibiców, wierzących, że stanie się cud. Cud nad Wisłą. A data ku temu była wyjątkowa...


Legia jeszcze nigdy w swojej historii nie odrobiła trzybramkowej straty w europejskich pucharach. Liczyliśmy, że może uda się napisać nowy rozdział w klubowej historii, choć oczywiście wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, że będzie to kosmicznie trudne. Nie brakowało dywagacji, kiedy trzeba zdobyć bramki, ile w której połowie itp., ale jak wiadomo wszystko potem weryfikuje boisko. Dojazd w czwartek na Łazienkowską był mocno utrudniony ze względu na przygotowania do święta Wojska Polskiego. Już od godziny 16:00 zamknięta była Wisłostrada, a wiele autobusów jechało objazdami. Trzeba przyznać, że dotarcie tego dnia na nasz stadion nie było łatwe, ale z drugiej strony można się było do tego odpowiednio przygotować.


Przed meczem niektórzy z nas mieli ze sobą rozpiski niczym Kacper Tobiasz przy seriach rzutów karnych - z listą lotów do Belgradu, Goeteborga, Bergen i Edynburga. Tylu bowiem potencjalnych przeciwników było możliwych, w zależności oczywiście od wyników meczów rewanżowych. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego zakończył się mecz w Norwegii i wówczas wiadomo było, że w przypadku wygranej z AEK-iem, przyjdzie nam lecieć do - będącego bramą do norweskich fiordów - Bergen.



Fani AEK-u do Warszawy przylecieli w dużej mierze wraz z piłkarzami i za odpowiednią opłatą mieli zaplanowany dwudniowy pobyt w stołecznym Radissonie, wraz z wyżywieniem, dojazdami z lotniska, a także na stadion. W sektorze gości było ich ok. 175 (w tym sporo piknikowego towarzystwa), wywiesili 9 kieszonkowych flag, w tym żadnego swojego głównego płótna, które można zobaczyć na ich meczach domowych. Ponadto wywiesili flagę Grecji. Wszak uważają się za Greków i na Cyprze także dominują greckie flagi. Ponadto warto zauważyć, że "Larnaka Guardians" mocno inspirują się fanatykami Panathinaikosu, których grafów jest sporo w całym mieście. Ekipa z Larnaki prowadziła sporadyczny doping. Widząc, że w takiej liczbie nie mają najmniejszych szans na rywalizację wokalną, dopingowali tylko raz na dłuższy czas.


Tak jak w ostatnią niedzielę, naszym dopingiem kierował "Szczęściarz". Przed meczem ponownie z trybun niosło się głośne "Zawsze i wszędzie policja j... będzie", w związku z serią zakazów stadionowych. Legioniści skandowali także "J...ć UPA i Banderę, hej!". Kilkukrotnie pod adresem przyjezdnych niosło się "Lalalala F...k Larnaka".



Ruszyliśmy bardzo konkretnie, z wiarą i nadzieją. "Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz" - śpiewali fanatycy, pamiętając, że kilka dni wcześniej właśnie ta pieśń pomogła w odwróceniu losów meczu z GKS-em. I w 11. minucie cały stadion eksplodował po raz pierwszy, po trafieniu Nsame. Kiedy zaś pięć minut później legioniści zdobyli drugą bramkę... szaleństwo nie miało końca. Do odrobienia strat z pierwszego spotkania brakowało już tylko jednego gola, a przed nami było jeszcze 75 minut gry. Te dwie bramki nakręciły nas niesamowicie. Od razu dało się wyczuć, że wiara w końcowy sukces znacznie wzrosła. Teraz nawet ci, którzy przed spotkaniem nie wierzyli, że może zdarzyć się cud, zaczęli spoglądać na rozpiskę lotów do Bergen.



"Nie poddawaj się, ukochana ma" - śpiewała jak w amoku Żyleta, a do wspólnych śpiewów często przyłączał się cały stadion. Od razu po drugim golu pozbyliśmy się koszulek. Nakręceni, zdzieraliśmy gardła na maksymalnych obrotach. A kilka minut przed końcem pierwszej połowy mogliśmy trafić do raju... Rajović miał setkę, by podwyższyć na 3-0... Niestety pozostało złapać się za głowę i dalej zdzierać gardła. W odpowiedzi, jak na złość, kilkadziesiąt sekund później to przyjezdni strzelili bramkę. Wielu z nas wydzierało się w stronę sędziego - wszak najpierw była nakładka, później jeszcze zagranie ręką gracza AEK-u... Ale pozostawało czekać. Tych parędziesiąt sekund dłużyło się niemiłosiernie, ale w końcu sędzia pokazał znak "telewizorka". Można było odetchnąć z ulgą i pocisnąć przyjezdnym krzycząc "Taki ch...!". Na bank zrozumieli.



Po przerwie cały czas nie zwalnialiśmy tempa, chcieliśmy ponieść piłkarzy do strzelenia trzeciej, tak upragnionej bramki. Ale gra legionistów nie wyglądała już tak obiecująco jak w pierwszej połowie. A na domiar złego, 8 minut po przerwie AEK strzelił gola kontaktowego. Tym razem nie było mowy o pomocy z wozu VAR. Znów droga do kolejnej rundy Ligi Europy znacznie się wydłużyła. Legioniści zawsze walczą do końca i tego samego wymagamy od zawodników. Ryknęliśmy zatem "Legia walcząca, Legia walcząca do końca!". Aż w końcu arbiter pokazał drugą żółtą kartkę jednemu z ich grajków, co spotkało się z radością porównywalną ze strzeleniem bramki. "Wypie...j, wypie...j!" - żegnaliśmy zawodnika z Larnaki opuszczającego murawę. I wrzuciliśmy wyższy bieg. "Hej Legio, jazda z k...!" - skandowała Żyleta. Potem wybroniona przez Kacpra Tobiasza sytuacja sam na sam, jeszcze raz nakręciła nas do większego wysiłku.


Ale czas uciekał nieubłaganie. Legioniści sporadycznie stwarzali sobie sytuacje bramkowe po przerwie. W 85. minucie założyliśmy koszulki i odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego. Zaraz potem raz jeszcze się ich pozbyliśmy i na koniec przez kilka minut jechaliśmy "Gdybym jeszcze raz...". Jeśli żegnać się z Ligą Europy, to z klasą. Trzeba przyznać, że do naszej postawy nie można mieć tego dnia zastrzeżeń. No może poza frekwencją, która mogła być lepsza.



Stadion opuszczaliśmy w ponurych nastrojach. Nawet jeśli przed meczem nieliczni wierzyli w cud, to początek spotkania dawał nadzieję... I nie pierwszy, i zapewne nie ostatni raz zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Tymczasem mecz w Szkocji potoczył się tak, że Partizan w 96. minucie doprowadził do dogrywki, więc z kim przyjdzie nam rywalizować w kolejnej rundzie europucharów (tym razem Ligi Konferencji) dowiedzieliśmy się o 23:35. Za tydzień przyjdzie nam podróżować do Szkocji, a dokładniej do Edynburga. Wcześniej, bo już w najbliższą niedzielę udamy się do Płocka. Miejscowa Wisła po raz pierwszy wyprzedała wszystkie bilety na mecz na swoim nowym stadionie. Liczba wejściówek dla legionistów, co dziwić nie może, również okazała się niewystarczająca. Będzie to dla nas pierwsza wizyta na nowym stadionie płockiego klubu, a także pierwsza rywalizacja z płocczanami po kilkuletniej przerwie.


P.S. Na Żylecie wywieszony został transparent "Michał czekamy".


Frekwencja: 23 673
Kibiców gości: 175
Flagi gości: 9


Autor: Bodziach





Udostępnij