Cudu nie było; sposób na 30 minut; przeczytani w przerwie; zmiany; jakość - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu Legii Warszawa z AEK Larnaką, w którym legioniści zwyciężyli 2-1, ale odpadli z eliminacji Ligi Europy.
Punkty po meczu rewanżowym z AEK Larnaka
1. Cudu nie było
Wyeliminowanie AEK-u Larnaka po takim wyniku pierwszego meczu i awans Legii do kolejnej fazy eliminacji Ligi Europy byłby w świecie piłki czymś na miarę małego cudu. Niestety, cudów na Łazienkowskiej tym razem nie było. Początek spotkania dawał nadzieję, że historia napisze się inaczej – pierwsze dwadzieścia minut roznieciło w sercach kibiców istny pożar.
Legia, mimo nieco niemrawego wejścia w mecz, szybko przeszła do ataku. Problem w tym, że w ofensywie kulała najważniejsza broń – skuteczność. Gole Nsame i Rajovicia wyglądały jak początek huraganu, który miał zmieść Cypryjczyków z murawy. Wydawało się, że to tylko kwestia chwili, by dołożyć trzecią bramkę, a potem kolejną – i ustawić rywala pod ścianą. Ale na zapowiedziach się skończyło.
Zawodnicy, od których oczekiwano chłodnej głowy i snajperskiego instynktu, raz po raz marnowali okazje – strzały lądowały obok bramki albo trafiały w dobrze ustawionego golkipera gości. A przecież w pierwszej połowie Legia mogła spokojnie wpakować jeszcze dwie piłki do siatki i z większym luzem podejść do drugiej części gry.
Tymczasem przerwa okazała się zbawieniem… dla AEK. Trener Larnaki odrobił lekcję perfekcyjnie – zneutralizował najmocniejsze strony Legii, a gospodarze stracili impet. I tak marzenie o wielkim powrocie prysło jak bańka mydlana.
Efekt? Cudu nie było, a sytuacja w europejskich pucharach stała się dużo bardziej skomplikowana. A przed Legią kolejne wyzwanie – Hibernian. I to wcale nie będzie spacer. Szkoci to drużyna wybiegana, grająca twardo, pressująca rywala i zasypująca pole karne dośrodkowaniami. Innymi słowy – dokładnie taki zestaw cech, z którym Legia w tym sezonie radzi sobie tak, jak ryba na pustyni.
2. Sposób na 30 minut
Trener Edward Iordănescu musiał kombinować przed rewanżem z AEK Larnaką niczym krawiec, któremu nagle zabrakło materiału. Ze składu wypadł Gonçalves, Elitim dopiero co wracał po urazie – a trudno było ryzykować i stawiać całą drużynę na jego barkach – do tego za czerwoną kartkę pauzował Bartosz Kapustka. W tej sytuacji szkoleniowiec postawił na grę z wahadłowymi i dwójką silnych napastników. Trzeba przyznać, że przez całą pierwszą połowę wyglądało to tak, jak powinno. Iordănescu doskonale wiedział, że Legia powinna raz po raz posyłać piłkę w pole karne.

Wahadłowi zostali ustawieni wysoko i szukali przestrzeni za plecami obrońców Larnaki. Po przejęciu piłki – czasem nawet bez przyjęcia – błyskawicznie kierowali ją do napastników, którzy mieli robić to, co do napastników należy: strzelać gole. Plan działał – dwa trafienia padły po dośrodkowaniach, kolejne mogły być ich konsekwencją… gdyby nie dramatyczna skuteczność. A szkoda, bo taktyka naprawdę była dobra. Przy lepszym wykończeniu Legia mogła do przerwy prowadzić znacznie wyżej i zamknąć sprawę awansu.
3. Przeczytani w przerwie
Ale piłka nożna ma dwie połowy. Na drugą Legia wyszła już bez pomysłu – jakby ktoś wyjął baterie z całego mechanizmu. Imanol Idiakez przeczytał naszego trenera jak tani kryminał. W drugiej połowie Legia była kompletnie sparaliżowana na skrzydłach. Dośrodkowania? Wyparowały. Wszystko przez perfekcyjnie zorganizowane ustawienie rywali. Środkowi pomocnicy Larnaki konsekwentnie schodzili do bocznych stref, wspierając obrońców i skutecznie odcinając legionistom tlen.

AEK wysoko podchodził pod naszych stoperów, zmuszając ich do jałowego klepania piłki z tyłu albo do desperackich, długich zagrań w kierunku napastników – co nie miało prawa działać. Wszołek i Vinagre byli podwajani na wahadłach, a miejsca na sensowne wrzutki po prostu nie było.
Iordănescu próbował reagować, ale wyglądało to na decyzję podjętą w pośpiechu. Rajović, choć mniej ruchliwy od Alfareli, mógł być znacznie groźniejszy w polu karnym – szczególnie, że Legia i tak uparcie grała bokami, a nie środkiem. Z kolei zdjęcie Biczachczjana to był strzał w kolano, bo w środku pola przewyższał poziomem tych, którzy go zastąpili.
A potem przyszło to, co Tobiasz podsumował bezlitośnie – w drugiej połowie na boisku panowała sielanka… dla rywali. Nikt nie trzymał pozycji, wszyscy biegali bez ładu i składu, jak mucha po zamkniętym pokoju. Bez celu. Bez sensu.
4. Zmiany
Jak już wspomniałem – trener Iordănescu w drugiej połowie drużynie nie pomógł. Chciał szybko zareagować na taktykę Larnaki, wpuszczając szybkiego napastnika, który miał biegać za długimi piłkami posyłanymi przez obrońców. Niestety, plan spalił na panewce, bo wejście Alfareli było po prostu słabe. Tak samo jak Urbańskiego, Recy, Szkurina czy Stojanovicia. Żaden z nich nie podniósł poziomu gry – wręcz przeciwnie, można było odnieść wrażenie, że wraz z kolejnymi zmianami Legia coraz bardziej biła głową… ale we własny mur.
Owszem, Rumun nie miał wielkiego pola manewru, ale mimo to trudno zrozumieć, dlaczego tak szybko zdjął z boiska zawodników, którzy jeszcze dawali coś drużynie – choćby Biczachczjana. Efekt? Zamiast tchnąć w zespół nową energię, Legia w drugiej połowie wyglądała na coraz bardziej bezradną.
Ławka rezerwowych? Mówiąc delikatnie – pozostawia sporo do życzenia. Mam wrażenie, że część piłkarzy była myślami zupełnie gdzie indziej, a inni, zamiast w takim meczu pokazać się z najlepszej strony, zrobili wszystko… tylko nie to, czego drużyna potrzebowała.
5. JAKOŚĆ
Możemy gdybać bez końca – co by było, gdyby Rajović przed przerwą trafił na 3:0, gdyby Alomerović nie wyciągnął strzałów Nsame i tak dalej. Jednak to wszystko sprowadza się do jednej rzeczy: JAKOŚCI. A tej w Legii dramatycznie brakuje.
Nie ma nikogo, kto na skrzydle potrafiłby zrobić przewagę dryblingiem, dokładnym dośrodkowaniem i czymś ekstra. Zamiast tego przez 20 minut klepiemy piłkę wokół obrony, licząc, że w końcu uda się wrzucić ją na głowę napastnika. Pod nieobecność Elitima widać to jak na dłoni – środek pola wygląda wtedy jak labirynt bez wyjścia. Jesteśmy zagubieni niczym bohaterowie serialu Lost - nie wiemy, po co tu jesteśmy i co mamy zrobić.
Elitim to mózg tej drużyny, ale sam mózg nie wygra meczu. Potrzeba mu partnera – kogoś, kto jednym podaniem potrafi odmienić obraz gry. Tak, wiem, kadra jest szeroka, ale bądźmy szczerzy: jakości jest tyle, co kot napłakał. Jeśli Legia chce myśleć o czymś więcej niż piąte miejsce w lidze i coroczna walka o puchary „bo trzeba”, musi się WZMACNIAĆ, a nie tylko „uzupełniać skład”.
Problem w tym, że w tym klubie wszystko jest na odwrót i stoi na głowie. Nowy dyrektor sportowy – za późno. Trener – za późno. Dyrektor skautingu – za późno. Piłkarze? Oczywiście, że za późno. Dopóki władze nie zrozumieją, że puchary i wygrywanie w lidze to inwestycja, a nie koszt, dopóty będziemy kręcić się w miejscu. A czas, w piłce tak jak w życiu, nie czeka na spóźnialskich.
Kamil Dumała
