Da się; pewien niedosyt; więcej spokoju; najsłabsze ogniwo; maszyna, Jan Piotr - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu Legii z Hibernian FC w którym legioniści wygrali 2-1.
Punkty po meczu z Hibernian FC
1. Da się
Po meczu z Wisłą Płock oraz wcześniejszych słabszych występach przeciwko Larnace, GKS-owi Katowice czy Arce Gdynia wielu kibiców nie miało przesadnych nadziei przed wyjazdem do Szkocji. Hibernian to drużyna mocna fizycznie, groźna przy stałych fragmentach gry i intensywnie pressująca rywali. I faktycznie – wszystko to potwierdziło się w czwartkowym spotkaniu.
Trener Edward Iordanescu zdecydował się na grę z wahadłowymi i trójką obrońców, a początek meczu nie zwiastował niczego dobrego. Gospodarze od pierwszych minut ruszyli wysokim pressingiem, niemal nieustannie szturmując pole karne Kacpra Tobiasza. Legia miała kłopoty z podaniami za linię obrony oraz z grą na bokach. Ratował ją albo dobrze dysponowany bramkarz, albo nieskuteczność piłkarzy Hibernianu.
Z czasem „Wojskowi” zaczęli łapać rytm, przejęli inicjatywę i grali coraz odważniej, tylko sporadycznie pozwalając gospodarzom na groźniejsze akcje. Ważne było też to, że drużyna nie złamała się psychicznie po trudnym początku i potrafiła dostosować się do intensywnego tempa gry.
Cieszy, że po słabym występie z Wisłą legioniści wreszcie pokazali charakter, jakość i skuteczność w starciu z silnym przeciwnikiem. Oby to zwycięstwo było przełamaniem.
2. Pewien niedosyt
Po tym meczu pozostaje jednak pewien niedosyt. Owszem, Hibernian miał swoje okazje i gdyby je wykorzystał, dziś znów mówilibyśmy o słabym występie Legii. Tak się jednak nie stało, a patrząc na sytuacje stworzone przez „Wojskowych”, to zwycięstwo powinno być zdecydowanie wyższe. Szanse mieli Biczachczjan, Nsame, Kapustka czy Stojanović, lecz żaden z nich nie potrafił ich zamienić na gola. W wielu fragmentach gry brakowało też tego kluczowego, ostatniego podania.

Nsame rozegrał dobre spotkanie, ale w jednej z sytuacji powinien zachować się znacznie lepiej. Prosiło się o zagranie do wbiegającego w pole karne Pawła Wszołka – nie tylko pozwoliłoby to ograniczyć ofensywne zapędy gospodarzy, lecz także wprowadziłoby więcej spokoju w szeregi Legii. Wiem, że nasz napastnik potrafi rozegrać piłkę na wysokim poziomie, dlatego tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego w tym przypadku nie podjął najlepszej decyzji. Wszystko wskazywało bowiem na to, że mogła z tego paść kolejna bramka dla „Wojskowych”. O „setce” Wahana nawet nie warto pisać, bo tylko on wie, dlaczego nie trafił chociaż w bramkę…
3. Więcej spokoju
Muszę się przyczepić do jednej rzeczy w grze Legii – braku spokoju przy wyprowadzaniu piłki z defensywy oraz ze środka pola. „Wojskowi” zaczęli bardzo nerwowo i dopiero gdy przejęli inicjatywę, wszystko wyglądało znacznie lepiej. I właśnie tak powinni grać przez cały mecz – z chłodną głową i cierpliwością, a nie w pośpiechu i chaosie.
Problem dotyczył nie tylko obrońców. Owszem, Jędrzejczyk, Ziółkowski czy Kapuadi zbyt często próbowali zagrywać długie piłki, które najczęściej stawały się łatwym łupem zawodników Hibernianu albo kończyły poza boiskiem, ale pod pressingiem gubili się także pomocnicy. Kapustka i Elitim, zamiast uspokoić grę i utrzymać piłkę w trudnych momentach, zbyt często ją tracili, podejmując ryzykowne decyzje. To napędzało gospodarzy i pozwalało im szybciej wracać do ataku.
A przecież było widać, że gdy Legia potrafiła wyjść spod pressingu kilkoma dokładnymi podaniami i zachować kontrolę, Szkoci kompletnie się gubili – nie potrafili ani odebrać piłki, ani prowadzić gry. To najlepszy dowód na to, że kluczem był spokój i konsekwencja, a nie granie na chaos.
Szkoda, że zmiany nie poprawiły tej sytuacji. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że rezerwowi wnieśli jeszcze więcej nerwowości niż spokoju. Efekt był łatwy do przewidzenia: zamiast spokojnego 2-0, które ustawiłoby rewanż, Legia straciła gola i wprowadziła niepotrzebną nerwowość. I to właśnie ten brak chłodnej głowy sprawia, że w drugim meczu nic nie jest przesądzone.
4. Najsłabsze ogniwo
Pamiętacie program Kazimiery Szczuki „Najsłabsze ogniwo”? Gdyby w Legii zastosować tę zasadę, to Ruben Vinagre odpadłby już w pierwszej rundzie – bez najmniejszych wątpliwości. To jest wręcz przypadek dla „Archiwum X”. Z piłkarza, który potrafił notować asysty, napędzać ataki i przy tym solidnie bronić, został tylko cień zawodnika, który dziś pokazuje może 20% swojego potencjału.
Hibernian atakował głównie naszą lewą stroną – i nic dziwnego, bo Portugalczyk wyglądał tam jak zagubiony junior. Albo nie było go w obronie, albo gdy już się pojawiał, podawał pod nogi rywalom. Kilka razy dał się ośmieszyć prostymi zwodami, pozwalając Szkotom dośrodkowywać bez większego oporu. To nie jest poziom piłkarza, który miał być wiodącą postacią Legii.
Nie rozumiem, co się z nim stało. Umiejętności przecież ma. Może foch, że transfer nie wyszedł i nie chce już walczyć w barwach Legii? A może inny problem, którego nikt nie ujawnia? Jedno jest pewne – dziś zamiast być liderem, Vinagre jest najsłabszym ogniwem. Zamiast dawać drużynie przewagę, częściej irytuje i osłabia zespół.
A co gorsza, alternatywy nie napawają optymizmem. Reca wygląda jeszcze gorzej, a Kun w starciu z mocniejszymi fizycznie rywalami nie miałby żadnych szans – i żadna ambicja tego nie przykryje.
Ruben Vinagre
Podania/celne: 32/26 (81%)
Próby dryblingu/udane: 2/2
Stracone piłki: 12
Pojedynki/wygrane: 5/2
5. Maszyna
Można mieć czasem pretensje do Pawła Wszołka – że nie zawsze wygra pojedynek w defensywie, że puści rywala (jak przy bramce dla Hibernianu), czy że jego dośrodkowanie przeleci całe pole karne. Ale bądźmy szczerzy – gdyby Legia miała kilku takich zawodników jak Paweł, z takim zaangażowaniem i wydolnością, to walczyłaby nie o Ligę Konferencji, a o Ligę Mistrzów.
W meczu ze Szkotami Wszołek znów harował od pola karnego do pola karnego i – co najważniejsze – dał liczby w ofensywie. To on wykorzystał świetne podanie od Nsame i wpakował piłkę do siatki. W obecnym sezonie ma już trzy bramki i cztery asysty, a blisko był kolejnego udziału przy golu, gdy zagrał do Elitima, ten odegrał do Kapustki, ale sędzia odgwizdał spalonego. Patrząc na powtórki – ten spalony był co najmniej dyskusyjny.
Wszołek to człowiek od konkretów. W każdym sezonie dostarcza kilkanaście asyst i kilka bramek, a przy tym daje zespołowi niesamowitą intensywność i pracę na całej długości boiska. I właśnie takich piłkarzy Legii potrzeba – bo jeśli reszta drużyny miałaby jego ambicję i charakter, to kibice mogliby być spokojni o większość wyników.
6. Jan Piotr
Przemiana Jean-Pierre’a Nsame w tym sezonie to coś niesamowitego. Doświadczony napastnik walczy, biega, strzela bramki i stał się jednym z kluczowych graczy Legii na tym etapie rozgrywek. Ba – można wręcz napisać, że w dużej mierze cała ofensywa spoczywa dziś na jego barkach.

W czwartek pewnie wykorzystał rzut karny, ale prawdziwy popis dał przy drugiej bramce. „Jan Piotr” kapitalnym dośrodkowaniem obsłużył Pawła Wszołka, który zdobył bardzo ważnego gola. Tym bardziej szkoda, że w drugiej połowie nie powtórzył tego zagrania w jeszcze lepszej sytuacji, bo Wszołek mógł wtedy podwyższyć prowadzenie.
Podobać się może ta przemiana Nsame – widać u niego nie tylko radość po zdobywanych bramkach, ale też satysfakcję z asyst. To pokazuje, że napastnik myśli drużynowo i rozumie swoją rolę w systemie Iordanescu. Widać, że trener potrafił do niego dotrzeć i odpowiednio go wykorzystać. Dzięki temu Nsame stał się maszyną do strzelania i kreowania – zawodnikiem, który realnie ciągnie ofensywę Legii.
Kamil Dumała
