Po meczu w Szkocji Legia miała jednobramkową zaliczkę przed rewanżem, w związku z czym podchodziliśmy do spotkania przy Ł3 z zupełnie innym nastawieniem niż przed dwoma tygodniami, kiedy trzeba było sprawić sensację, tj. wygrać co najmniej trzema bramkami w rywalizacji z AEK-iem Larnaka. Tym razem zadanie wydawało się prostsze, ale... tylko tak się wydawało. Na pewno czwartkowy wieczór i emocje, które towarzyszyły nam na trybunach zapamiętamy na długo. Najważniejsze, że nie był to ostatni akcent Legii w tegorocznej przygodzie z europejskimi pucharami.
Relacja z trybun: Emocjonalny rollercoaster

Galeria zdjęć · Mishka i Woytek · 86 zdjęć

Galeria zdjęć · Piotr Galas · 115 zdjęć

Galeria zdjęć · Kamil Marciniak · 68 zdjęć

Galeria zdjęć · Maciek Gronau · 121 zdjęć

Galeria zdjęć · Michał Wyszyński · 79 zdjęć
Sprzedaż biletów, znacznie droższych na tym etapie względem zeszłorocznej 4. rundy eliminacji Ligi Konferencji, szła słabiej niż można się było spodziewać. Komplet sprzedanych wejściówek udało się osiągnąć dopiero w dniu meczu. Na mecz z Dritą fani z Żylety płacili 42 zł (obecnie 60 zł) w przypadku karneciarzy oraz 65 zł przy dzisiejszych 85 zł (dla pozostałych). Spora różnica - podwyżka o 30-40 procent, a jak wiadomo na pozostałe trybuny różnica jest jeszcze większa - skrajne sektory na trybunie Deyny były droższe o ponad 65 procent!

Wśród legijnego oflagowania pojawiło się biało-czerwone płótno "Wrzesień 1939". Ponadto tego dnia na Żylecie gościliśmy uczestnika Powstania Warszawskiego, 94-letniego Jana Witkowskiego, który wcześniej często pojawiał się na trybunie honorowej naszego stadionu. Pan Jan bardzo chciał obejrzeć mecz z perspektywy Żylety, więc jego życzenie zostało spełnione przez legionistów. Po meczu przyznał, że legioniści tworzą niesamowitą atmosferę. Przed rozpoczęciem meczu fani z Łazienkowskiej skandowali "Cześć i chwała Bohaterom!". Naszym dopingiem tego dnia kierował Kamil, starając się rozruszać zebrane towarzystwo sporo przed meczem, kiedy swoje śpiewy rozpoczęli fani Hibernianu. Niedługo później poniosło się "Szkocka k...a aejaejao".

Szkoci na wyjazd do Warszawy wykupili wszystkie przyznane wejściówki - 1722 szt. Do stolicy Polski przylecieli w większości dzień wcześniej, a kiedy dotarli do Warszawy byli pilnie strzeżeni przez policję. Kiedy tylko grupa fanów z Edynburga zasiadła w knajpach, rozwieszając flagi, wnet przy nich pojawiały się kabaryny, które pilnowały, by nic złego nie spotkało przybyszy z Wysp. W dniu meczu z kolei zorganizowano im "strefę kibica" na Polu Mokotowskim, gdzie mieli rozstawione grille, mogli żłopać browary do woli, a wszystko to oczywiście pod czujnym okiem mundurowych. Cała grupa przyjezdnych zajęła miejsca na stadionie ze sporym wyprzedzeniem. W klatce wywiesili, brytyjskim zwyczajem, kilkadziesiąt flag. Trzeba przyznać, że dopingowali z większym zaangażowaniem niż "Brytole". Widać, że część Szkotów (i to nie tylko tych z Edynburga) zaczyna wzorować się na wzorcach ultras i starają się wystawiać młyny na meczach domowych, a na wyjazdach prowadzić regularny doping. "Hibs" nie upilnowali kilku swoich flag i cztery z nich zawisły do góry kołami na Żylecie. Choć trzeba pamiętać, że wartość flag ekip UK jest nieco inna - co widać jakie czasami paździerze mają "swoje" płótna klubowe.

Tego dnia Nieznani Sprawcy zaprezentowali oprawę wyjątkowo na trybunie Deyny. Było to oczywiście większe wyzwanie, bowiem zasiadający tam kibice nie są przyzwyczajeni do zasad panujących na Żylecie. Ale trzeba przyznać, że zdali egzamin - brawo! Choreografia pokazana na wyjście piłkarzy przedstawiała wielki napis "WARSAW" utworzony z chorągiewek w barwach, a po środku rozciągnięta została wycinana, malowana sektorówka przedstawiająca Warszawską Syrenkę. Pokaz zwieńczyły odpalone na górze trybuny ognie wrocławskie. Te delikatnie zadymiły murawę, przez co arbiter o półtorej minuty opóźnił rozpoczęcie spotkania.
Ruszyliśmy z głośnym "Hitem z Wiednia" i niewiele brakowało, a już w pierwszych minutach, tak jak w Szkocji, to rywale wyszliby na prowadzenie. Legioniści otrząsnęli się i w 13. minucie wyszli na prowadzenie po trafieniu Biczachczjana na bramkę przed Żyletą. Po tradycyjnym pytaniu o strzelca bramki przez spikerów, nastąpiła mała przerwa zanim nastąpił dialog dotyczący wyniku, i tym razem... zamiast dialogu z resztą stadionu, mieliśmy dialog gniazdowego z Żyletą. Inaczej niż zwykle. Wydaje się, że prowadzenie i w miarę dobra gra legionistów w I połowie, a przynajmniej pełna kontrola nad przebiegiem meczu, nieco nas uśpiła. Chyba wszyscy byliśmy już myślami przy piątkowym losowaniu fazy ligowej LKE, kiedy nagle... wszystko runęło.

Początek drugiej połowy zwiastował kłopoty. Najpierw po serii rzutów rożnych przyjezdni doprowadzili do wyrównania. "Hej Legio jesteśmy z Wami!" - ryknęliśmy od razu po golu. Z kolei przyjezdni oszaleli i nakręcili się do dopingu. A to co stało się później najlepiej byłoby przemilczeć. Czegoś podobnego nie było chyba od pamiętnego spotkania z Widzewem w 1997, choć oczywiście ranga meczu nie ta... No i tym razem skończyło się jednak happy endem. Ale... strzelone w bardzo krótkim odstępie dwie kolejne bramki przez Szkotów sprawiły, że wkradł się niepokój i zwątpienie. Goście z kolei oszaleli na całego. Zaczęli wdrapywać się na ogrodzenie i napinać w kierunku sektorów rodzinnych i biznesowych.

Jak wiadomo, Legia nigdy się nie poddaje. Ci zaś, którzy kiedy drużynie przestało się powodzić, i z tego powodu zamilkli na dłuższy czas, niech zastanowią się poważnie nad sobą. Dodajmy, że zaraz po bramce na 1-3, jej strzelec postanowił rozjuszyć Żyletę, podbiegając w jej pobliże, pokazując prowokacyjne gesty. Co nieco poleciało w jego kierunku, a arbiter ukarał Chaiwę żółtą kartką. Chwilę przed tym golem ruszyliśmy z pieśnią "Gdybym jeszcze raz...", ale po powstałym zamieszaniu zostaliśmy niejako wybici z rytmu. I po chwili zdjęliśmy koszulki, i ryknęliśmy "Nie poddawaj się...". Jakimś promykiem nadziei była czerwona kartka dla jednego z graczy gości... Tyle, że szkocki grajek nie zdążył się jeszcze przemieścić w stronę szatni, a arbiter karę anulował i zespoły nadal grały w równych składach.

Na czas hymnu cała nasza trybuna założyła koszulki, by zaraz ponownie ich się pozbyć. Legia potrzebowała jednego gola, by doprowadzić do dogrywki. I musieliśmy za wszelką cenę pomóc w odwróceniu losów sptokania. Na maksymalnych obrotach zdzieraliśmy gardła do "Hitu z Wiednia"... i w końcu, na kilkadziesiąt sekund przed końcem doliczonego czasu, stadion eksplodował po trafieniu Elitima. Była oczywiście chwila niepewności, bowiem w dobie VAR-u, można spodziewać się wszystkiego... Ale na szczęście tym razem nie było ku temu podstaw i gra została wznowiona od środka. Legia napędzona golem na 2-3, ruszyła do przodu, chcąc zapewnić sobie awans jeszcze w regulaminowym czasie.

Tak się nie stało i do rozstrzygnięcia losów rywalizacji potrzebna była dogrywka. Naprawdę niewiele brakowało, a w 98. minucie legioniści w końcu przeprowadzili atak zakończony trafieniem Rajovicia, a wówczas stadion eksplodował z taką mocą jak kilkanaście minut wcześniej. W tym momencie, to my byliśmy górą w dwumeczu! Przed rozpoczęciem drugiej połowy dogrywki skandowaliśmy "Legia walcząca do końca!". Emocji do samego końca nie brakowało. Legioniści grali na czas, kradli w każdy możliwy sposób cenne sekundy... W końcu z boiska wyleciał Janek Ziółkowski, a w samej końcówce rywale mieli okazję zdobyć bramkę, która doprowadziłaby do serii rzutów karnych. W ostatniej akcji meczu niesamowitą interwencją popisał się kulejący Kacper Tobiasz, a chwilę później czekaliśmy jeszcze na werdykt sędziów VAR, którzy analizowali, czy przyjezdnym nie należy się rzut karny. Chwila niepewności trwała całą wieczność. W końcu jednak sędzia... odgwizdał koniec meczu i mogliśmy świętować awans do fazy ligowej Ligi Konferencji. Końcowy gwizdek sędziego wybrzmiał o 23:39. Któż by pomyślał przed pierwszym gwizdkiem, że tego dnia czeka nas aż tyle emocji i zwrotów akcji.

Kiedy piłkarze podeszli pod Żyletę skandowaliśmy "Hej Legio, dzięki za walkę". Pozdrawiany był także Kacper Tobiasz, a następnie Żyleta pożegnała odchodzącego do Romy chłopaka z Kobyłki, skandując "Janek Ziółkowski". Młodzian na pożegnanie ucałował legijny herb, rzucił swoją koszulkę w trybuny. Nocną porą, nabuzowani emocjami, wracaliśmy do domów. Jednym oczywiście odjechały już ostatnie autobusy, tramwaje, czy pociągi. Przecież nikt wcześniej nie kalkulował, że będziemy świadkami spotkania trwającego ponad 120 minut. Najważniejsze, pomimo mocno przeciętnego losowania, które miało miejsce w piątek, że jeszcze w tym roku czeka nas 6 kolejnych meczów w europejskich pucharach.
W niedzielę czeka nas natomiast wyjazd na Cracovię, gdzie udamy się pociągiem specjalnym. Później zaś nastąpi przerwa na mecze reprezentacji, po której spotkamy się przy Ł3 na meczu przyjaźni z Radomiakiem.
P.S. Na Żylecie wywieszone zostały transparenty "Michał czekamy" oraz "Gonzo, Pablo, Rudy trzymajcie się!".
Frekwencja: 27 659
Kibiców gości: 1730
Flagi gości: ok. 35
Autor: Bodziach
