Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu rewanżowym z Hibernian FC

piątek, 29 sierpnia 2025 22:01
Punkty po meczu rewanżowym z Hibernian FC
Elitim ratuje Legii puchary - fot. Kamil Marciniak / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com

Nie potrafią normalnie; żaki; problem z „6”; chaos; porozmawiajmy o Tobiaszu; psim swędem - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu rewanżowym z Hibernianem FC, w którym legioniści zremisowali 3-3 i awansowali do fazy ligowej Ligi Konferencji.

1. Nie potrafią normalnie
Legia w europejskich pucharach – a właściwie w ich kwalifikacjach – to prawdziwy rollercoaster. Legioniści nie potrafią awansować w normalny sposób, bez nerwów i w spokoju. Wszyscy pamiętamy starcia z FC Midtjylland, Brøndby, Austrią czy wcześniej ze Slavią Praga –zawsze napięcie i niemal zawsze w roli drużyny, która wcale nie była faworytem.



Pierwszy mecz ze Szkotami Legia powinna wygrać wyżej i tym samym spokojnie przygotowywać się do rewanżu. Zamiast tego podopieczni trenera dali rywalom tlen, a w Warszawie wręcz włożyli im do rąk butlę tlenową, jednocześnie odcinając dopływ powietrza sobie. Pierwsza połowa była pod pełną kontrolą Legii – wynik i obraz gry nie zapowiadały katastrofy. A jednak… jak to Legia, musiała podłączyć kibiców do prądu i zagwarantować im emocje z kategorii „kardiolog poleca”.


W ciągu zaledwie 12 minut warszawianie stracili trzy bramki i w tamtym momencie żegnali się z Ligą Konferencji. Uratował ich gol w doliczonym czasie, który dał dogrywkę, a potem gol na remis, który dawał awans. Ale nie oszukujmy się - stracić trzy gole w kwadrans z przeciwnikiem, który w pierwszej połowie miał ogromne problemy, to kompromitacja. Legia była wtedy kompletnie bezradna, a mecz mógł zakończyć się jeszcze wyższą porażką w regulaminowym czasie – i nikt nie mógłby mieć o to pretensji.


Ostatecznie awans udało się wyszarpać, lecz kosztował on kibiców Legii sporo nerwów i kilka stanów przedzawałowych. To była wygrana, która bardziej przypominała cud niż pewny marsz po sukces.


2. Żaki
Jedną z najniższych kategorii wiekowych w piłce nożnej są żaki – dzieciaki, które dopiero zaczynają kopać piłkę i uczą się podstaw ustawienia czy krycia. Obserwując wczoraj naszą trójkę obrońców, miałem wrażenie, że właśnie patrzę na grupę żaków, dla których to pierwszy kontakt z boiskiem. Do tego grona spokojnie można dorzucić Rafała Augustyniaka.


fot. TVP Sport
fot. TVP Sport


Weźmy choćby sytuację przy drugim golu dla Hibernianu. Serio, czy patrząc na tego screena, komuś w ogóle przyszłoby do głowy, że z takiej pozycji można stracić bramkę? A jednak – można. Vinagre tradycyjnie przegrał pojedynek główkowy (szok i niedowierzanie…), ale cała reszta obrony zachowała się tak, jakby brała udział w konkursie na najbardziej absurdalne ustawienie. Kapuadi i Jędrzejczyk – niczym dzieci na orliku – przegrali proste starcie fizyczne i zamiast wykopać piłkę byle dalej, pozwolili, by spokojnie dotarła do Martina Boyla. Ten, zupełnie niepilnowany, strzelił gola na wagę wyrównania w dwumeczu.


A gdzie w tym wszystkim Augustyniak? Kryje powietrze w środku pola. Zamiast podejść bliżej do stoperów i pomóc im w walce o piłkę, stoi jak zaklęty i patrzy. Z kolei Jan Ziółkowski, zamiast doskoczyć do Boyla, zostawia mu wolną autostradę do bramki. I tu pojawia się pytanie: czy ci piłkarze naprawdę rozumieją, co to znaczy krycie, czy trzeba im przypomnieć zasady z pierwszej lekcji w szkółce piłkarskiej?


Podobnych sytuacji było więcej. Kapuadi często atakował rywala od złej strony i przegrywał większość pojedynków. Dopiero wejście Szymańskiego dało oddech defensywie. Dlaczego? Bo ten zawodnik w niskiej obronie wygląda, jakby wiedział, co robi. A to i tak więcej, niż można powiedzieć o Augustyniaku, który zachowywał się, jakby piłka przeszkadzała mu w byciu na boisku.


3. Problem z „6”
Legia ma potężny problem z pozycją numer „6” i mecz z Hibernianem był tego najlepszym dowodem. Od pierwszych minut Szkoci podeszli pressingiem i co się okazało? Że „August” wyglądał tak, jakby ktoś wpuścił go na boisko w ramach niespodzianki urodzinowej i zapomniał mu powiedzieć, jaką rolę pełni. Nie wiedział, czy podejść do obrońców, czy się schować, czy może zapytać arbitra, kiedy wolno mu dotknąć piłki. A jak już ją dostał, to najczęściej kończyło się to tak, że pressing rywala zamieniał się w szach-mat. Technika przyjęcia? Pół sekundy opóźnienia. Decyzja, co dalej? Kolejne pół sekundy. Efekt? Panika w obronie i ciśnienie kibiców wyższe niż na badaniu u kardiologa.


I tu jest sedno problemu. Bo obrona Legii – ta nasza trójka z tyłu – też grała jakby pierwszy raz wyszła na murawę. Ale w takich momentach właśnie „6” ma im pomóc, zejść po piłkę, dać wsparcie, wyczyścić pole. A Augustyniak? On zamiast być filtrem, był dziurą. Stał, patrzył, asekurował powietrze. Można by go zastąpić pachołkiem treningowym i pewnie wyszłoby na to samo. Ba, może i lepiej, bo pachołek przynajmniej nie da się ograć na raz jak junior. Przy trzecim golu dla Hibernian wyglądał dokładnie tak – jak junior, który wyszedł na boisko, żeby zobaczyć z bliska, jak wygląda piłka. Jasne, głównym winowajcą był Elitim, ale „August” też zrobił swoje – a raczej nie zrobił nic.


I wtedy na boisko wszedł Damian Szymański. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, defensywa zaczęła wyglądać jak defensywa. Nowy piłkarz Legii wiedział, kiedy przytrzymać piłkę, kiedy ją oddać, potrafił wejść w pojedynek fizyczny, potrafił wprowadzić futbolówkę do przodu. Prosta rzecz? Teoretycznie tak. Ale dla Legii to było jak wynalezienie koła. W końcu ktoś sprawił, że „Wojskowi” mogli złapać oddech, a kibice przestali liczyć sekundy do kolejnej katastrofy.


Czerwona kartka dla Ziółkowskiego mogła zburzyć ten balans, ale wtedy też z pomocą przyszedł nowy nabytek Legii i zaprezentował się naprawdę dobrze. Spokój, doświadczenie, ustawienie – wszystko to, czego brakowało Augustyniakowi. Widać, że granie w poważniejszych ligach niż Ekstraklasa zostawia ślad, i to ślad pozytywny. Jeśli to ma być nasza nowa „6”, to może wreszcie temat defensywnego pomocnika przestanie być w Warszawie synonimem wiecznej prowizorki.


Z Augustyniakiem jako „6” Legia nie ma prawa marzyć o czymkolwiek poważnym w Europie. Można mówić, że to walczak, że oddaje serce na boisku, że do szatni wnosi charakter. Tylko że na murawie zamiast serca przydałby się chłodny umysł, szybka noga i technika, która nie kończy się na odegraniu piłki najbliższemu obrońcy.


4. Chaos
To słowo idealnie opisuje czwartkowy mecz Legii. To, co działo się na boisku, wyglądało jak przypadkowy mecz na osiedlowym orliku, gdzie każdy gra na własnych zasadach, a jedyną taktyką jest „byle do przodu”. Legia mając prowadzenie do przerwy, po wznowieniu gry potknęła się o własne nogi i niemal runęła z klifu. A potem, jakby nigdy nic, potrafiła wyrównać, doprowadzić do dogrywki i strzelić gola na remis. I tu można by się spodziewać, że drużyna wreszcie złapie oddech, uspokoi grę, zacznie wymieniać piłkę w rombach, trójkątach czy kwadratach. Ale nie. Legia wolała iść w drugą stronę – pełna szarża na bramkę Hibernianu albo desperackie wybijanie piłki na oślep. Rezultat? Proste straty, kolejne przebieżki za piłką i coraz szybsze wypompowywanie energii.


Kulminacją absurdu było to, że gdy trener wpuścił trzech napastników, zamiast wykorzystywać boki boiska i wrzucać piłkę w pole karne, Legia uparcie tłukła środkiem. Tak samo w dogrywce. Zero logiki, zero planu – chaos w najczystszej postaci.


fot. TVP Sport
fot. TVP Sport


Co gorsza, większość piłkarzy wyglądała tak, jakby pierwszy raz widziała się na boisku. Nie wiedzieli, gdzie się ustawić, kto ma kryć, kto ma schodzić do rozegrania. Na jednym ze screenów widać całą grupę legionistów ściśniętą w środku pola, a na skrzydłach – pustynia. Nawet Vinagre czy Alfarela, zamiast operować przy linii, błądzili w środku. To już nie była taktyka, to był bieg na orientację bez mapy.


Dopiero z czasem zaczęło to jakoś przypominać ustawienie drużyny piłkarskiej, ale stracone siły i zdrowie poszły w niebo. I trudno się dziwić, że w końcówce Legia wyglądała na drużynę, która nie ma już siły podnieść nóg. Bo jak tu mieć siłę, skoro przez większość meczu biegało się bez ładu i składu?


A na deser zostaje kwestia przygotowania fizycznego. Tu też można mówić tylko jednym słowem: fatalne. Jeśli drużyna, która dopiero wchodzi w sezon, w końcówkach wygląda jak maratończyk po 45 kilometrach, to znaczy, że chyba coś jest nie tak.


5. Porozmawiajmy o Tobiaszu
Musimy napisać o Kacprze Tobiaszu. Wiem, że w tym sezonie wiele osób ma do niego pretensje – tu źle wyszedł, tam puścił, gdzie indziej źle wznowił. Ale trzeba być uczciwym: to jest inny Kacper niż rok czy dwa lata temu. Pewniejszy, dojrzalszy, momentami wręcz decydujący o tym, że Legia wciąż gra w Europie. I powiem więcej: gdyby nie on, już dawno moglibyśmy pakować walizki i odpuszczać puchary. To Tobiasz wyciągnął dwie–trzy naprawdę trudne sytuacje, szczególnie przy stanie 1-3. To były interwencje bramkarza, który udowodnił, że numer „1” w Legii należy mu się nie z przydziału, tylko z czystych umiejętności.


Ale żeby nie było zbyt cukierkowo, trzeba wskazać dwa poważne „ale”.


fot. TVP Sport
fot. TVP Sport


Pierwsze – stałe fragmenty gry. Tu „Tobi” ma problem i to duży. Bo ile razy już widzieliśmy scenariusz: wrzutka na piąty metr, brak wyjścia bramkarza i potem robi się groźnie? W meczu ze Szkotami też to było widoczne – oczywiście łatwo zwalić winę na Jędrzejczyka, że nie wyskoczył, ale fakt jest faktem: takich piłek Tobiasz powinien łapać więcej. To jest newralgiczna strefa i bramkarz klasy Legii musi brać odpowiedzialność. Tymczasem nasz bramkarz często zostaje na linii i patrzy, co się wydarzy. Owszem, wtedy można czasem zostać bohaterem, ale równie często kończy się to stratą gola.


Drugie – wznawianie gry. I tu, niestety, wyglądało to dramatycznie. Zamiast rozpocząć spokojnie akcję od obrony, zagrać w wolną strefę, Tobiasz kilka razy posyłał piłkę tam, gdzie czekali już tylko zawodnicy Hibernianu. Efekt? Strata i kolejny pressing. To nie jest detal, to fundament nowoczesnego bramkarza. Jeśli Legia chce grać piłką, jej bramkarz nie może być słabszym ogniwem w rozegraniu.


I teraz pytanie – czy to kwestia samego Tobiasza, który boi się wychodzić z bramki i ryzykować, a przy wznowieniach woli grać „na pałę”? Czy raczej problem szkoleniowy – brak odpowiednich treningów, brak odwagi w sztabie, żeby wymagać od niego więcej? Bo jedno jest pewne – jeśli Tobiasz zrobi postęp w tych dwóch elementach, to zyska Legia, on sam i cała defensywa.


6. Psim swędem
Wygraliśmy dwumecz pełen emocji. Serca podchodziły do gardeł, ale spokojnie – trzeba tu postawić kropkę i dodać rzecz niewygodną. Może oberwę, ale trudno: Legia w czwartek nie zagrała wielkiego meczu. Ba, jeśli spojrzymy szerzej, forma zespołu w ostatnich tygodniach jest najwyżej średnia. A za to odpowiada trener. Tak samo jak odpowiadał za dwumecz z AEK Larnaka – pamiętacie? Tam też przeszarżował, tam też eksperymenty odbiły się na drużynie i skończyło się katastrofą.


I właśnie dlatego warto to napisać jasno: Legia po raz kolejny, brzydko mówiąc, „psim swędem” zakwalifikowała się do pucharów. Jak mawia mój kolega Qbas – Legia awansowała nie dzięki temu, jaka jest, ale wbrew temu, jaka jest. I trudno się z tym nie zgodzić.


Od lat w klubie robi się za mało, by te awanse były czymś pewnym, naturalnym. Zamiast tego kończy się na modłach do futbolowych bogów, by losowanie dało słabszego rywala. Żyje się nadzieją, że piłka odbije się dobrze, że „jakoś to będzie”. I rzeczywiście – jakoś jest. Tylko że dwumecz z Hibernian FC pokazał już dobitnie: Legia potęgą nie jest. Co najwyżej średniakiem, który raz zachwyci, a raz ośmieszy sam siebie.


Problem w tym, że wielu zawodników w tej kadrze nigdy nie powinno było zakładać koszulki z „L” na piersi. A jeszcze gorsze jest to, że w gabinetach klubowych wciąż snuje się wielkie opowieści o Lidze Mistrzów, dalekosiężnych planach i budowie potęgi. Słowa, słowa, słowa. A czynów brak.


Tak, trener ma rację – potrzeba wzmocnień. Ale nie jednego czy dwóch ludzi, którzy „może coś wniosą”. Tu potrzeba czterech–pięciu JAKOŚCIOWYCH piłkarzy. Na już. Bo za rok kilku kluczowych graczom kończą się kontrakty i, jak na złość, większość z nich to fundamenty wyjściowej jedenastki. A ich następców? Nie widać.


I tu apel: drogi zarządzie, właścicielu, dyrektorze sportowy i wszyscy odpowiedzialni. To szczęście się kiedyś skończy. Ta seria cudownych fartów, awansów w ostatniej chwili i „obrony budżetu w dogrywce” w końcu runie. I wtedy nie będzie triumfu, tylko twardy upadek na tyłek. Trzask będzie słychać nie tylko w Warszawie, ale i w całej Europie.
I wiecie, co będzie najgorsze? Że nie ucierpi wasza duma, nie ucierpią wasze portfele. Ucierpi Legia. Klub, który zasługuje na coś więcej niż życie w letargu i gaszenie pożarów w ostatniej chwili.
Bo dziś – przykro to mówić – wyglądamy jak Maryla Rodowicz. Zamrożeni przez większość roku, odmrażani na chwilę tylko wtedy, gdy trzeba uratować budżet, zespół i przyszłość. I tak w kółko.
Pytanie tylko – jak długo jeszcze?


Kamil Dumała

Udostępnij