Kiedy wracasz o 4 nad ranem z wyjazdowego meczu, raz na jakiś czas, zastanawiasz się, czy masz równo pod sufitem. "Znowu przegrali? Chce ci się tak jeździć?" - usłyszysz cztery godziny później w robocie, mając oczy na zapałki. A potem to samo usłyszysz w domu, z wyrzutem, że opuściłeś kolejny obiad rodzinny, czy imieniny cioci Halinki. Jak przypomnisz sobie jak beznadziejnie piłkarsko wyglądał ten mecz, podobnie jak większość poprzednich, można faktycznie zastanawiać się, czy z nami jest wszystko OK. Ale kilka godzin później, kiedy wiesz, że w kolejny weekend Legia nie gra, bo grać mają orły Piechniczka o Mundial w Argentynie, zaczynasz kombinować, jakim meczem sekcji, rezerw, czy zgody można ukoić ból.
Relacja z trybun: Blisko awantury piłkarzy z piknikami
Na wyjazd do Krakowa, tradycyjnie, ruszyliśmy pociągiem specjalnym, który o godzinie 13:45 startował z dworca Warszawa Gdańska, czyli 6,5 godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Czasu mieliśmy aż nadto, bowiem na krakowską stację Mydlniki, która na zawsze zapadnie w pamięci kibiców GieKSy po bestialskich zachowaniach policji przed kilku lat, dotarliśmy kilka minut przed 17. To drugi raz z rzędu, kiedy zmieniono nam stację docelową "specjala" z Krakowa Głównego właśnie na Mydlniki.
Podstawionymi autobusami sprawnie przetransportowano nas pod stadion "Pasów", gdzie byliśmy mniej więcej 2,5 godziny przed rozpoczęciem meczu. Kiedy służby zorientowały się, że kilkanaście osób chciało skorzystać z oferty gastronomicznej punktu znajdującego się przy wejściu do klatki, czym prędzej zagnała całą naszą grupę do... prawdziwej klatki, otoczonej płotem ze wszystkich stron. Zamykając przy tym bramę na klucz, aby przypadkiem nic nikomu się nie stało. Potem mieli problemy z odnalezieniem wspomnianego klucza. Samo wchodzenie na sektor przebiegało bardzo sprawnie - wpuszczanie rozpoczęto 2h przed pierwszym gwizdkiem. Jedyną zmianą był zakaz wnoszenia na trybunę plecaków - te musiały trafić do prowizorycznego depozytu.

Na trybunach było nas 794. Sektor udekorowaliśmy pięcioma flagami: Duma i Sława, Nadarzyn, Ursynów, Wola i Żyrardów. Później, w trakcie spotkania w klatce powiewało ponadto 6 dużych flag na kijach, w tym jedną z podobizną Kazimierza Deyny. Jako że spotkanie rozgrywane było dzień przed rocznicą śmierci "Kaki", na początku spotkania skandowaliśmy "Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz!".
Cracovia w ostatnim czasie znacznie poprawiła frekwencję na domowych meczach, liczebność młyna (nie tylko na meczach z nami), liczby wyjazdowe, czy jakość opraw. Na meczu z Legią planowali także poprawić jakość dopingu, w tym wprowadzić do repertuaru więcej dłuższych przyśpiewek. Stadion udało się im zapełnić niemal w całości - ponad 14 tys. kibiców obecnych było na trybunach, w tym pełny młyn. Przy okazji tego meczu postanowiono upamiętnić heroiczną historię Kurierów Tatrzańskich, stąd ich gracze zagrali w okazjonalnych koszulkach, był też specjalny hymn odegrany z tej okazji. Mecz poprzedziła minuta ciszy poświęcona dwóm kibicom Cracovii, którzy niedawno zginęli w wypadku.

Naszym dopingiem kierował Kamil. Od samego początku z obu stron nie brakowało wzajemnych uprzejmości. Sporo bluzgów pod adresem Cracovii poleciało z naszej strony podczas ich pierwszej oprawy. A na nią składały się podświetlona kilkudziesięcioma racami folia (podczepiona do dachu) z napisem "Cracovia" oraz malowany transparent "To jest duma, niech każdy o tym wie". Niestety, po nieco ponad 20 minutach gospodarze wyszli na prowadzenie. "Hej Legio jazda z k...!" - próbowaliśmy zmobilizować naszych graczy do większego zaangażowania. Przez długi czas nie przynosiło to żadnego efektu, choć nasz doping stał na dobrym poziomie. W ramach przerywników były oczywiście kolejne bluzgi, a także nieodłączne pytanie nt. twarzy polskiej myśli dentystycznej - "Hej k..., szmaty, czy jest dziś z wami Szczerbaty?".

Legia doprowadziła do wyrównania w jednej z pierwszych akcji drugiej połowy, w końcu wprawiając nas w lepszy nastrój. Wtedy też z piekielną mogą ruszyliśmy z "Hitem z Wiednia", który wychodził nam wybornie. Niedługo później krakusy zaprezentowały drugą tego dnia prezentację - tj. chorągiewki w barwach w asyście stroboskopów. Niestety nasza radość nie trwała przesadnie długo. Choć wierzyliśmy, że legioniści pójdą za ciosem, to gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie. Po golu na 2:1 ruszyliśmy z pieśnią "Nie poddawaj się...". To kolejny nasz bardzo dobry moment pod względem wokalnym. Pomimo chu...ni z grzybnią na murawie, dawaliśmy z siebie maksimum. "Legia walcząca, Legia walcząca do końca" - ponownie staraliśmy się ponieść piłkarzy.

Od 75. minuty dopingowaliśmy bez koszulek. Te posłużyły nam przy "Hicie z Wiednia" - najpierw przy "aejaejaeja" powiewały nad naszymi głowami, a przy głośnym "Legiaaaaaaaa, Warszawaaaaaa", trzymaliśmy je w prawych dłoniach, które oczywiście wyznaczały rytm pieśni. Na sam koniec śpiewaliśmy jeszcze - tak jak przy wielu wcześniejszych pieśniach - ze ściszaniem i wracaniem do pieśni na pełnej petardzie - "Gdybym jeszcze raz...". Niestety piłkarze przegrali kolejny mecz ligowy. Cracovia od razu zaczęła świętować... naszą porażkę, nie zaś swoje zwycięstwo. Tak w młynie, jak i na pozostałych trybunach zaczęły się antylegijne pieśni na maksa, no i konkretna napinka miejscowych.

Zazwyczaj kończy się ona śmiercią naturalną - opuszczają oni trybunę, by udać się do najbliższej Żabki po kolejną setkę. Szczególnie, że była to niedziela handlowa. Tym razem jednak byli bardziej namolni. Po tym jak w stronę piłkarzy skandowaliśmy "Walczyć, trenować..." oraz "Hej Legio tylko mistrzostwo!", nagle osoby ze sztabu Legii, a następnie zawodnicy z Augustyniakiem na czele, ruszyli w kierunku napinających się (mocno nachalnie) meneli. Zawodnicy podeszli pod samą ichniejszą trybunę, nawołując do bezpośredniej konfrontacji, tzn. by ci, którzy byli tacy odważni rzucać przedmiotami i bluzgami z daleka, podeszli bliżej. "Zaj.. mu, zaj.. mu" - miarowo skandowaliśmy z sektora gości, zachęcając do obicia krakowskich łbów, by po chwili dodać - "Hej Legio jazda z k...i!". Trzeba przyznać, że takiej awantury z udziałem piłkarzy, w dodatku trwającej tak długo, już dawno nie byliśmy świadkami. Ochrona długo nie wiedziała co ma począć. Odstraszała gazem miejscowych, tzn. strasząc, że go użyją. Nie użyli, bo za dużo było osób, w tym piłkarzy, w pobliżu.
Długo trwało zamieszanie, ale w końcu miejscowe chamy opuściły stadion i wyszły na pole. My musieliśmy poczekać do 23:15 na wyjście z klatki. Następnie przewieziono nas autobusami na PKP Mydlniki, skąd po północy ruszyliśmy w stronę stolicy. Na stacji Warszawa Gdańska zameldowaliśmy się po niespełna trzech godzinach podróży.
Przed nami przerwa na mecze reprezentacji, po której czeka nas mecz przyjaźni z Radomiakiem. We wrześniu większość meczów rozegramy na własnym stadionie - czeka nas jedynie bliski wyjazd do Częstochowy.
P.S. W sektorze gości wywieszony został transparent "Buldog wracaj do zdrowia!".
Frekwencja: 14 016
Kibiców gości: 794
Flagi gości: 5
Autor: Bodziach
