Stracone punkty; kontrola, z której nic nie wynikało; długie wznawianie; zarządzanie meczem; aktor - to najważniejsze punkty po sobotnim starciu Legii Warszawa z Rakowem Częstochowa, w którym padł remis 1-1.
Punkty po meczu z Rakowem Częstochowa
1. Stracone punkty
Bądźmy szczerzy – Legia zmierzyła się z najsłabszym Rakowem Częstochowa od kilku lat i zamiast zyskać trzy punkty, straciła dwa. Oczywiście, przed pierwszym gwizdkiem wielu z nas pewnie brałoby remis na trudnym terenie w ciemno, ale patrząc na przebieg spotkania, trudno nie mówić o kolejnej stracie. Legia miała inicjatywę, potrafiła zepchnąć rywala do defensywy i stworzyć kilka sytuacji podbramkowych, lecz brakowało konkretów i wykończenia akcji. Raków z kolei wyglądał na zespół bez większego pomysłu w ofensywie – praktycznie nie istniał pod bramką Legii.
Poza rzutem karnym jedyną groźną okazję gospodarze mieli na początku drugiej połowy, ale wtedy dobrze interweniował Ruben Vinagre. Defensywa dowodzona przez Kamila Piątkowskiego przez większość meczu radziła sobie bez zarzutu. Problem w tym, że Legia wcale nie zaprezentowała się dużo lepiej. Brakowało jej tempa, kreatywności w środku pola i jakości w ofensywie, która mogłaby przechylić szalę zwycięstwa. To kolejny mecz, w którym drużyna miała przewagę, ale nie potrafiła zamienić jej na trzy punkty.
2. Kontrola, z której nic nie wynikało
Legia złapała się w pułapkę własnej dominacji, bo - musi to wybrzmieć jasno – była stroną dominującą, miała posiadanie piłki na poziomie ponad 60%. I to właśnie w tej statystyce kryje się największa bolączka warszawskiej drużyny. Kontrola meczu, przewaga w środku pola, piłka krążąca od nogi do nogi – wszystko wyglądało przyzwoicie na papierze. Tyle że w ofensywie z tej przewagi nie wyniknęło praktycznie nic.
Podopieczni Edwarda Iordanescu po raz kolejny pokazali, że z drużyną grającą głęboko w defensywie zwyczajnie nie potrafią sobie poradzić. Raków, pozbawiony tej dawnej energii i charakterystycznej pazerności na bramki, nie wyszedł zbyt wysoko. Postawił klasyczny autobus, skupił się na zabezpieczeniu dostępu do pola karnego Kacpra Trelowskiego – i to w zupełności wystarczyło. Legia przez całe spotkanie biła głową w mur, bez pomysłu, jak ten mur skruszyć.
Brakowało dynamiki. Brakowało przełamania schematu, odważnego zagrania, ryzyka. Zamiast przyspieszenia akcji i przenoszenia ciężaru gry na boki, piłka była klepana wszerz, bez większej wiary, że z tego może narodzić się coś groźnego. Mileta Rajović czekał w polu karnym na porządne dośrodkowanie, ale doczekał się może dwóch, trzech takich prób. Reszta? Albo w pierwszego obrońcę, albo za mocno, albo zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Gra środkiem? Symboliczna, praktycznie nieobecna.
Wrażenie było takie, że Legia nie miała realnego planu na ofensywę. Że liczyła na przypadek, na szczęśliwy rykoszet, na to, że piłka spadnie komuś pod nogi i coś z tego uda się „uklepać”. Ale na dłuższą metę to nie wystarczy – w Ekstraklasie można raz czy drugi wygrać po takim zbiegu okoliczności, ale drużyna, która marzy o mistrzostwie, nie może opierać się na szczęściu. I to jest sedno problemu. To nie był jednostkowy przypadek, tylko kolejny mecz, który wpisuje się w niepokojący schemat. Legia dominuje statystycznie, gra bez większego zagrożenia pod własną bramką, ale końcowy rezultat i tak nie satysfakcjonuje. Posiadanie piłki dla samego posiadania to złudna przewaga – na końcu liczą się gole, a tych wciąż brakuje.
Raków w obecnej formie to nie jest rywal, którego można się bać. To nie jest drużyna, która kipi energią i rozgrywa mecze na wysokiej intensywności. Wręcz przeciwnie – to był Raków do ogrania, Raków do dobicia. Tymczasem Legia po raz kolejny nie wykorzystała okazji. I to boli podwójnie. Bo taki remis, w którym kontrolujesz grę przez większość spotkania, a nie potrafisz przekuć tej przewagi w trzy punkty, smakuje jak porażka. I jeśli warszawiacy nie znajdą wreszcie sposobu na rozbijanie głęboko cofniętych drużyn, to nie ma co marzyć o powrocie na mistrzowski tron. Ekstraklasa to liga, w której większość rywali będzie bronić się właśnie w taki sposób. A Legia – póki co – nadal nie ma na to odpowiedzi.
3. Długie wznawianie
W pierwszej połowie rzucała się w oczy jedna rzecz – sposób wznawiania gry przez Legię. I to nie byle jaki, bo długimi piłkami, najczęściej od Kacpra Tobiasza, a czasem również od środkowych obrońców, przede wszystkim Kamila Piątkowskiego. Jeszcze w poprzednim sezonie miałem pretensję, że drużyna za wszelką cenę próbuje rozgrywać piłkę od bramki. Efekt? Wystarczyło mocniej przycisnąć pressingiem, a obrońcy Legii popełniali proste błędy i nagle rywal miał sytuację sam na sam. W meczu z Rakowem zobaczyliśmy odwrotność tego pomysłu – Tobiasz posyłał piłki daleko do przodu. Problem w tym, że robił to z marną skutecznością. Większość jego podań lądowała pod nogami zawodników Rakowa, którzy zagęszczali środek pola i odzyskiwali piłkę bez większego wysiłku. Nawet kiedy futbolówka docierała do Milety Rajovicia, ten próbował zgrywać ją do partnerów – tylko że ci ustawieni byli zbyt daleko, żeby akcja miała jakąkolwiek ciągłość. W efekcie piłka i tak wracała do gospodarzy, a Legia musiała na nowo organizować się w defensywie, tracąc przy tym mnóstwo sił.
Cały ten schemat wydawał się kompletnie nielogiczny. Legia zbyt często sięgała po długie podania, które ani nie dawały przewagi, ani nie tworzyły sytuacji bramkowych. Zamiast tego drużyna oddawała piłkę i narażała się na kolejne ataki. I trudno zrozumieć, dlaczego Iordanescu tak mocno obstawał przy tym rozwiązaniu, skoro gołym okiem było widać, że ono zwyczajnie nie działa.

4. Zarządzanie meczem
Miałem nie krytykować trenera Edwarda Iordanescu. Chciałem dać mu czas, zrozumieć, że dopiero buduje drużynę i poznaje realia Ekstraklasy. Ale po meczu z Rakowem nie da się tego przemilczeć – zarządzanie spotkaniem zwyczajnie mu nie wyszło. Zmiany? Delikatnie mówiąc, chybione. Każdy z zawodników wprowadzonych z ławki nie wniósł do ofensywy Legii praktycznie nic. Co gorsza, szkoleniowiec przeprowadził tylko trzy zmiany, mimo że na ławce czekali chociażby Kacper Urbański czy Arkadiusz Reca. Obydwaj powinni pojawić się na murawie, bo zarówno Ruben Vinagre, jak i Bartosz Kapustka wyglądali słabo i prosili się o zmianę. To była szansa, by wprowadzić trochę świeżości, może odrobinę innej jakości. Zamiast tego oglądaliśmy zmęczoną Legię, która coraz bardziej traciła siły.
Najbardziej jednak martwi brak reakcji na wydarzenia boiskowe. W drugiej połowie Legia kompletnie nie miała pomysłu, jak sforsować mur Rakowa. W takich momentach drużyna potrzebuje impulsu z ławki – nowego ustawienia, odważnego manewru, czegoś, co zmieni rytm meczu. Tymczasem dostaliśmy bezradne powtarzanie schematów, które od początku nie przynosiły efektu.
Rozumiem, że trener objął zespół niedawno. Rozumiem, że w kadrze doszło do wielu zmian, że potrzeba czasu, by to wszystko zagrało. Ale bądźmy uczciwi – w Legii tego czasu po prostu nie ma. Klub walczy o mistrzostwo Polski, a to oznacza, że każdy mecz trzeba traktować jak finał. Ekstraklasa się rozwija, rywale nie oglądają się na Legię, nie czekają, aż warszawiacy znajdą swój rytm. Tu i teraz trzeba wygrywać, bo inaczej marzenia o tytule szybko zamienią się w walkę o to, żeby w ogóle zostać w grze.
5. Aktor
Rzadko komentuję decyzje sędziów, bo zwykle szkoda na to nerwów. Po meczu z Rakowem nie mogę jednak przejść obojętnie obok tego, co się wydarzyło i tego jak cała sytuacja została rozdmuchana w mediach. Według mnie karnego nie było. Oczywiście zaraz ktoś wyskoczy, że nie znam się na przepisach i nie powinienem wnikać. Jasne, rozumiem. Tylko że problem nie leży w jednej decyzji – leży w całym systemie i podejściu, które od lat ciągnie Ekstraklasę w dół pod tym względem.
Wielu arbitrów w naszej lidze nie chce być jedynie strażnikami gry. Oni chcą grać pierwsze skrzypce. Zamiast pilnować przepisów, stają się marnej jakości aktorami, którzy próbują błyszczeć gestami, dramatycznym wskazywaniem na rzut karny, wolny czy koniec meczu. Ich występy często wyglądają jak amatorskie przedstawienie w szkolnej sali gimnastycznej – tyle że na żywo, przed tysiącami kibiców i kamerami telewizyjnymi.
VAR miał być wybawieniem – mechanizmem, który eliminuje błędy. A stał się parodią. Albo sędziowie nie potrafią go obsługiwać, albo system zawodzi w najmniej odpowiednich momentach. Wozy VAR regularnie mają awarie, a liga udaje, że wszystko jest w porządku. Mecz potrafi się nie rozpocząć przez dziurę w siatce bramki, ale kiedy nie działa jeden z najważniejszych elementów sędziowania – nagle nikomu to nie przeszkadza. To jest groteska, a nie profesjonalna liga piłkarska.
Do tego dochodzi pełna loteria: raz ręka w polu karnym to karny, innym razem nie. Zero konsekwencji, zero logiki. Nic dziwnego, że sędziowanie przypomina występ kiepskiego aktora w dramacie, w którym każdy czeka tylko na przerwę, żeby uciec z widowni. A liga zamiast rozwijać się, kręci się w kółko – bo ktoś pomylił powołanie i zamiast pracować w teatrze amatorskim, został „profesjonalnym” sędzią piłkarskim.
Dopóki w polskiej piłce ktoś nie wprowadzi spójnych zasad, nie wyznaczy lidera Kolegium Sędziów, nie naprawi VAR-u i nie wyeliminuje „aktorów” z gwizdkiem, liga będzie wyglądać jak farsowy spektakl. Kibice będą się wkurzać, drużyny będą tracić punkty przez głupie błędy, a prawdziwy rozwój Ekstraklasy będzie niemożliwy.
Ekstraklasa zasługuje na więcej. Na powagę, na jasne zasady, na profesjonalizm. Tymczasem mamy teatr, kabaret i VAR-ową parodię. I dopóki nikt tego nie zmieni, każdy kolejny mecz będzie tylko kolejnym dowodem, że niektórzy ludzie pomylili swoje powołanie – zamiast grać w teatrze, wzięli gwizdek i decydują o losach piłki w Polsce.
Kamil Dumała
