Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Samsunsporem

piątek, 3 października 2025 17:22
Punkty po meczu z Samsunsporem
Rafał Augustyniak - fot. Maciek Gronau
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com

Liga czy liga?; skrzydła na papierze; wiadomo czemu Szymański; mały promyk; Urbańskich dwóch - to najważniejsze punkty po pierwszym meczu fazy ligowej Ligi Konferencji, w którym legioniści przegrali u siebie 0-1 z tureckim Samsunspor Kulübü.

 

1. Liga czy liga?

Jedenastka Legii wystawiona na czwartkowy mecz podzieliła kibiców. Jedni byli oburzeni, inni próbowali tłumaczyć decyzję trenera. Ja, z pełną świadomością ryzyka, stawiam się gdzieś pośrodku – rozumiem obie strony. Zmiany w składzie były nieuniknione, tego się spodziewaliśmy. Ale nikt nie zakładał, że zamiast czterech czy pięciu korekt dostaniemy kompletną rewolucję, dziesięciu nowych piłkarzy i Kacpra Tobiasza, który gra wszystko od deski do deski.
Pierwsze minuty tego eksperymentu wyglądały tak, jak można było się spodziewać – chaos, brak zrozumienia, akcje z przypadku, a w defensywie każdy biegał i asekurował na własną rękę. Chemii zero. Dopiero z czasem zespół zaczął łapać rytm i, trzeba to uczciwie przyznać, na tle tak eksperymentalnego zestawienia, gra wyglądała nawet przyzwoicie.
Rozumiem jednak też samego Iordanescu. Wysłał wyraźny sygnał: Ekstraklasa to priorytet. Koniec traktowania jej jak piaskownicy, gdzie można bez konsekwencji rotować składem i gonić za europejskimi punktami prestiżu. Liga w końcu ma być dla Legii numerem jeden, a mecz z Górnikiem Zabrze – ważniejszy niż potyczka z Samsunsporem. I to podejście da się wytłumaczyć.
Problem w tym, że złotego środka tu chyba nie ma. Z jednej strony punkty w Lidze Konferencji trzeba zbierać – ranking, pieniądze, prestiż. Z drugiej – wszyscy wiemy, że mistrzostwo Polski jest absolutnym priorytetem, a droga do niego wiedzie przez regularne wygrywanie na krajowym podwórku. Rotacje muszą być, ale aż taka demolka składu pachnie eksperymentem rodem z Football Managera, a nie poważnym planem na sezon.
I jeszcze jedno: trener Iordanescu nie ma doświadczenia w prowadzeniu zespołu grającego co trzy dni. To widać. Zwłaszcza podczas pomeczowych konferencji, kiedy tłumaczy swoje decyzje w sposób, który bardziej zaciemnia obraz niż go rozjaśnia. Chodzi o to, by Legia naprawdę znalazła balans – taki, który pozwoli powalczyć w Europie, ale przede wszystkim dać kibicom to, na co czekają najbardziej: mistrzostwo Polski.

2. Skrzydła na papierze

To, co miało być jednym z największych atutów ofensywy Legii, okazało się jej największym hamulcowym. Mowa o skrzydłach – Petarze Stojanoviciu i Kacprze Chodynie. Jeśli ktoś po meczu z Samsunsporem zastanawiał się, dlaczego ofensywa wyglądała tak siermiężnie, to wystarczy spojrzeć na tych dwóch panów. Ich gra była irytująca do bólu.
Dośrodkowania? Nie istniejące. Jedyny wyjątek – wrzutka Chodyny w drugiej połowie, ale to zdecydowanie za mało, by mówić o jakiejkolwiek jakości. Stojanović natomiast wyglądał tak, jakby grał na wolnym pasie – tu trochę w środku, tam trochę przy linii, ale już w ofensywie trudno go było dostrzec. A skrzydłowy, który znika z ofensywy, to jak piłkarz bez butów – niby jest na boisku, ale trudno, żeby coś wniósł.
Chodyna? Tu mam dylemat, bo krytykować można, ale nie wiem, czy kopanie go po tym meczu nie byłoby już znęcaniem się nad zawodnikiem. Z drugiej strony – może zamiast uśmiechać się od ucha do ucha, warto zostać po treningu i poćwiczyć choćby elementarne rzeczy: atak pozycyjny, wyprowadzanie kontry, czy – o zgrozo – podanie do trzech lepiej ustawionych kolegów w polu karnym, a nie trafienie w najbliższego rywala. To naprawdę nie jest rocket science.
Paradoksalnie, największy powiew jakości na skrzydle dał… Noah Weishaupt, który po wejściu na boisko przynajmniej próbował coś wrzucić w pole karne. Ale i tak największym specjalistą od dośrodkowań okazał się Marco Burch – stoper, który zagrał na prawej obronie! To dopiero powinno dać do myślenia. Jeśli boczni obrońcy i pomocnicy Legii mają się uczyć, jak się wrzuca piłkę w pole karne, to niech biorą korepetycje właśnie od Szwajcara. On pokazał, że można celnie, można z pomysłem, można z głową.

Legia Warszawa 0-1 Samsunspor Kulübü, Marco Burch
fot. Piotr Galas / Legionisci.com

3. Wiadomo czemu Szymański

Może wyjdzie, że się czepiam, ale trudno – ktoś to musi napisać. Mecz z Samsunsporem był kolejnym dowodem na to, dlaczego Damian Szymański jest absolutnym zbawieniem Legii w środku pola. To nie jest już kwestia opinii, ale fakt, który każdy kibic, ekspert czy dziennikarz powinien dostrzec.
Oczywiście nie zamierzam tu bezlitośnie pastwić się nad Rafałem Augustyniakiem. Wszyscy znamy jego ograniczenia i zdajemy sobie sprawę, że to nie piłkarz, który odmieni grę ofensywną Legii. Zresztą, jeśli spojrzymy na suche statystyki, to nie był wcale zły występ. 96% celnych podań, tylko 10 strat, komplet pięciu długich podań do celu – liczby, które na papierze wyglądają solidnie. Problem w tym, że papier cierpliwie zniesie wszystko.
Bo kiedy oglądało się Augustyniaka na tle Turków, trudno było nie zadawać sobie pytania: dlaczego on nie gra szybciej? Dlaczego każde podanie musi być poprzedzone długim skanowaniem boiska, namysłem, poprawką? I tak zamiast przyspieszenia akcji mieliśmy hamulec ręczny – rywale zdążyli się ustawić, zamknąć przestrzenie i w efekcie Legia biła głową w mur.
Damian Szymański takich problemów nie ma. On gra w tempo, podejmuje decyzje od razu, nie daje rywalowi ani sekundy oddechu. A jeśli przegra pojedynek – natychmiast rzuca się w pogoń za rywalem, odzyskując piłkę. Augustyniak? W najlepszym razie zostaje dwa kroki w tyle. Szymański to dynamika, ciąg na bramkę, dobre podłączenie się do ofensywy, sensowne dośrodkowanie i groźny strzał z dystansu. Tego pakietu Augustyniak po prostu nie ma.
I właśnie dlatego brak Szymańskiego w środku pola jest dla Legii jak wyjęcie bezpiecznika z maszyny. Niby działa, niby kręci się, ale w kluczowych momentach brakuje iskry, tego błysku, który odróżnia przeciętność od jakości. Z Samsunsporem widać to było boleśnie – ile razy Augustyniak mógł w końcu zaryzykować dośrodkowanie w pole karne, a wolał wycofać do najbliższego.

4. Mały promyk

Legioniści wcale nie zagrali źle. Biorąc pod uwagę zestawienie, jakie wybiegło na boisko, można powiedzieć, że to było wręcz… przyzwoite widowisko. Oczywiście – do piłkarskiej finezji i dominacji na tle rywala to jeszcze trzy mosty i dwa tunele, ale przynajmniej dało się oglądać bez uczucia, że ktoś w ramach kary włączył nam niektóre mecze Legii w ostatnich latach.
I teraz – gdybym miał wskazać tych, którzy w tym chaosie wyglądali jak zawodnicy, a nie statyści do biegania obok rywali, to obok Wojciecha Urbańskiego muszę wymienić jednego człowieka: Marco Burcha. Mały promyk nadziei, że można zastąpić podstawowych graczy, kiedy ci akurat odpoczywają.
Szwajcar jest trochę jak szwajcarski scyzoryk – zagra wszędzie. Środek obrony? Proszę bardzo. Defensywny pomocnik? Nie ma sprawy. Ale najlepiej wyglądał na prawej obronie. Tak, zawalił przy bramce, nie ma co mydlić oczu. Razem z kolegami wyglądał wtedy jak peleton rowerzystów próbujących dogonić TGV – wiadomo, jak się skończyło. Ale poza tym momentem Burch dawał drużynie w ofensywie i w destrukcji o wiele więcej niż Vinagre, Chodyna i Stojanović razem wzięci.
Kilka razy świetnie dośrodkował, co w Legii jest rzadkością. Grał na wyprzedzenie, nie dawał się łatwo objeżdżać w obronie. W statystykach wyglądało to jeszcze solidniej: 5 pojedynków na ziemi – tylko jedno przegrane. W powietrzu? 7 prób, z czego tylko jedna nieudana. Celność podań – 76%, bez szału, ale odbiory (3) już na naprawdę dobrym poziomie.
Innymi słowy: Burch to nie żaden zbawca, ale na tle kolegów wypadł naprawdę dobrze. Pokazał, że może być wartościowym zmiennikiem i człowiekiem od grania na kilku pozycjach. Może wreszcie nie będzie trzeba w ataku desperacko przerabiać środkowego obrońcy na skrzydłowego albo wrzucać do gry zawodnika, który myli prawą stronę boiska z lewą.

5. Urbańskich dwóch

W meczu z Samsunsporem dwóch Urbańskich dostało swoje pięć minut od pierwszego gwizdka. I od razu trzeba powiedzieć: lepszy był Wojciech. Ale żeby było jasne – to nie oznacza, że Kacper był kompletną katastrofą, jak niektórzy już próbują rysować. Jasne, statystyki pojedynków wyglądają jak nocne koszmary – prawie każdy rywal go objeżdżał – ale to nie znaczy, że chłopak nie ma jakości. Wręcz przeciwnie, widać, że ma piłkę pod kontrolą, próbuje grać prostopadle (choćby piłka do Chodyny w pierwszej połowie), tylko że… nie miał z kim. Brak zgrania bił po oczach. I teraz brzmię jak trener Iordanescu tłumaczący pół kadry: „on potrzebuje czasu i ogrania z drużyną”. Ale naprawdę – widać, że były zawodnik  Bolonii ma oko do gry kombinacyjnej, tylko jeszcze nie znalazł partnerów, którzy czytaliby jego pomysły szybciej niż po fakcie.
Z kolei Wojciech – tutaj było już zdecydowanie więcej konkretu. Był ciągle pod grą, odważnie brał się za rozgrywanie, a gdy nadarzyła się okazja, huknął sprzed pola karnego i obił słupek. Niby niewiele brakowało do gola, ale jak to często bywa w Legii zabrakło kilkunastu centymetrów. Wojciech wysłał więc jasny sygnał do trenera: można na niego liczyć i warto mu dawać więcej minut.
Kamil Dumała


Udostępnij